W. Gadomski w tekście z 29. 11. 2025 r. „Prezent dla prawicy od Trybunału Sprawiedliwości” dokonał analizy wyroku Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu (TSUE) w sprawie obowiązku uznania małżeństwa osób tej samej płci zawartego w innym państwie członkowskim i transkrypcji aktu takiego związku małżeńskiego. Z jego tezami polemizuje prof. Tomasz Tadeusz Koncewicz tekście opublikowanym w Gazecie Wyborczej 11 grudnia pod tytułem „Gdy dyskutujemy o odmowie wykonania wyroku TSUE, faktycznie wpisujemy się w polexit”
W tekście [Witolda Gadomskiego – przyp. MK] przeczytaliśmy m.in., że wyrok to kolejny wyraz tendencji do narzucania krok po kroku własnych rozwiązań prawnych, czyli ingerowania w kompetencje ustawodawców i dowód narzucania przez sąd poza procesem demokratycznym rozwiązań niechcianych przez większość społeczeństwa. W pierwszej chwili uderzyła mnie lekkość, z jaką tekst rozprawia się z i normalizuje (nie twierdzę, że Autor się zgadza, ale jednocześnie w żadnym miejscu nie oponuje doniesieniom, że „rząd dopiero się zastanowi, czy w ogóle ten wyrok wykonywać”) coś, co przed 2015 r. byłoby nie do pomyślenia – odmowę wykonania wyroku TSUE. Gdy czytałem jego analizę, miałem wręcz wrażenie, że dzisiaj pytanie „wykonywać, czy nie wykonywać” staje się elementem „business as usual” polskiej polityki. Dzisiaj bowiem dyskusja o odmowie wykonania wyroków jest bowiem traktowana jako coś normalnego, tak jakby było to zwykłym politycznym stanem rzeczy i opcją do rozważenia zawsze, gdy tylko wyrok nam się nie podoba.
Takie „lekkie”, bez bliższej refleksji daleko idących konsekwencji normalizowanie bezprawia jest najbardziej druzgocącym efektem zburzenia przez rządy PiS poszanowania dla autorytetu instytucji i powagi „prawa integracji”. Brak stanowczego podkreślenia w tekście, że wyroki są bezwzględnie wiążące i muszą być wykonywane bez względu na to, czy nam się podobają, czy nie, wyrządza (i tak prawie nieistniejącemu) społecznemu dyskursowi o Europie w Polsce i o Polsce w Europie, niepowetowaną szkodę. Tworzymy bowiem w ten sposób przekonanie w umysłach ludzi, że niewykonanie wyroku jest faktycznie możliwe. Tymczasem gdy dyskutujemy o odmowie wykonania wyroku TSUE, który nie pasuje do kalkulacji politycznej “tu i teraz”, to faktycznie wpisujemy się w POLEXIT. “Prawo integracji” ma szansę pozostać prawem integracji tylko gdy zachowa jednolity charakter i przemawia jednym głosem dla wszystkich 27 państw członkowskich. Tym głosem jest TSUE, a uznanie jego jurysdykcji było jednym z kluczowych elementów naszego powrotu do europejskiej wspólnoty prawa i wartości, o której marzyło pokolenie moich dziadków, rodziców i moje własne.
Zacznijmy jednak od początku.
Co powiedział Luksemburg? Perspektywa mikro
Aby dobrze zrozumieć nie tylko co, ale i jak powiedział TSUE, kluczowe są cztery momenty uzasadnienia, które razem składają się na spójną sekwencję argumentów i wywodu. Opierają się na już istniejących precedensach, co samo w sobie zadaje kłam wrażeniu po lekturze tekstu W. Gadomskiego, jakoby wyrok TSUE był jakąś niespodziewaną rewolucją, która zaskoczyła niczego nie spodziewającą się Polskę… Te cztery „momenty” to fundamenty prawa europejskiego, których nie odkrył dla nas TSUE w tym wyroku. Są one tak przewidywalne, jak to że po zimie przychodzi wiosna: „efektywność – obywatelstwo Unii – proporcjonalność – zakaz dyskryminacji”. Wyrok niczego nie „narzucił” (niebezpieczny bo antagonizujący termin, którym posługuje się W. Gadomski). Raczej oferuje wyważony kompromis pomiędzy tym, co należy oddać państwu z jednej strony, a tym co należy uznać i chronić jako wybór jednostki/obywatela Unii w ramach przysługującej jej sfery autonomii, która podlega ochronie przez prawo Unii.
Po pierwsze, TSUE podkreślił, że „co się tyczy sytuacji dwóch obywateli Unii, którzy prowadzą wspólne życie w przyjmującym państwie członkowskim i zawarli w nim małżeństwo zgodnie z prawem tego ostatniego państwa członkowskiego, skuteczność (effet utile) praw, które obywatele ci wywodzą z art. 21 ust. 1 TFUE, wymaga tym bardziej, by obywatele ci mogli mieć pewność, że będą mogli kontynuować w państwie członkowskim, z którego pochodzą, życie rodzinne, które rozwinęli lub umocnili w przyjmującym państwie członkowskim, w szczególności w wyniku zawarcia przez nich małżeństwa”.
Po drugie, TSUE wprost przyznał, że „w obecnym stanie prawa Unii normy dotyczące małżeństwa należą do kompetencji państw członkowskich, a prawo Unii nie może naruszać tej kompetencji. Te państwa członkowskie mają zatem swobodę w zakresie wprowadzenia w ich prawie krajowym małżeństwa dla osób tej samej płci”.
Po trzecie, „każde państwo członkowskie powinno wykonywać tę kompetencję zgodnie z prawem Unii, a w szczególności zgodnie z postanowieniami traktatu FUE dotyczącymi swobody przemieszczania się i przebywania na terytorium państw członkowskich przyznanej każdemu obywatelowi Unii, uznając w tym celu stan cywilny ustalony w innym państwie członkowskim zgodnie z prawem tego państwa”.
Po czwarte, Trybunał przypominał, że pojęcie „porządku publicznego” (które Polska powoływała jako rzekomo zagrożone w sprawie transkrypcji małżeństwa jednopłciowego obywateli polskich zawartego w innych państwie członkowskim) “jako uzasadnienie odstępstwa od podstawowej swobody powinno być interpretowane w sposób wąski, tak aby jego zasięg nie był określany jednostronnie przez każde państwo członkowskie bez kontroli ze strony instytucji Unii. Porządek publiczny może być przywołany jedynie w przypadku realnego i wystarczająco poważnego zagrożenia dla jednego z podstawowych interesów społeczeństwa”.
Na tej podstawie TSUE stwierdził wprost, że „spoczywający na państwie członkowskim pochodzenia obowiązek uznania małżeństwa obywateli Unii tej samej płci zawartego w innym państwie członkowskim w trakcie korzystania z przysługującej tym obywatelom swobody przemieszczania się i pobytu, po to, aby umożliwić im powrót do państwa członkowskiego, którego są obywatelami, i kontynuowanie w nim życia rodzinnego z jednoczesnym korzystaniem ze stanu małżeńskiego ustanowionego zgodnie z prawem w przyjmującym państwie członkowskim, nie ma wpływu na instytucję małżeństwa w państwie członkowskim pochodzenia, która jest zdefiniowana przez prawo krajowe. Regulowanie instytucji małżeństwa należy bowiem nadal do kompetencji państw członkowskich”.
Idźmy jednak dalej. TSUE rozwiewa bowiem wszelkie wątpliwości, gdy mówi, że uznanie małżeństwa osób tej samej płci zawartych w innym państwie nie oznacza, że państwo członkowskie pochodzenia musi wprowadzać w swoim prawie krajowym instytucję małżeństwa osób tej samej płci. Raczej oznacza obowiązek zagwarantowania uznania takich małżeństw, zawartych w przyjmującym państwie członkowskim i zgodnie z prawem tego państwa, do celów wykonywania praw, które obywatele wywodzą z prawa Unii. W konsekwencji tego rodzaju obowiązek uznania nie narusza tożsamości narodowej ani nie zagraża porządkowi publicznemu państwa członkowskiego pochodzenia.
Nie jestem pewien, czy W. Gadomski zdaje sobie sprawę, że idąc tokiem jego rozumowania, można zadawać pytanie, czy będziemy teraz także kwestionować to, co zrobił TSUE w sprawie polskiego wymiaru sprawiedliwości chroniąc legalnie wybranych i niezależnych sędziów polskich przed faktycznym unicestwieniem. Zgodnie bowiem z logiką przyjętą w komentowanym tekście, TSUE nie powinien był także wypowiadać się w sprawie wymiaru sprawiedliwości państwa członkowskiego (muzyka dla pisowskich uszu), skoro należy to do to państw członkowskich.
Tymczasem prawidłowe odczytywanie wyroku dotyczącego małżeństw osób tej samej płci zawartych w innym państwie członkowskim, prowadzi do wniosku, że sąd unijny potwierdza i szanuje ogólną kompetencję państwa członkowskiego (do regulowania instytucji małżeństwa czy, w przypadkach polskich sądów, organizacji wymiaru sprawiedliwości), ale zastrzega, że tak uznana ogólna kompetencja musi być wykonywana zgodnie z prawem europejskim. To klasyczny zabieg, który ma podkreślać, że celem prawa europejskiego nie jest wyczerpujące regulowanie małżeństwa (ani wymiaru sprawiedliwości), ale raczej zakreślenie ram prawnych dla dopuszczalnego wykonywania przez państwa własnych suwerennych kompetencji w tej sferze. Wspólnota dyscyplinuje wszystkich w równy sposób i zostawia pole manewru państwom, ale zawsze w ramach wiążących dla wszystkich państw. Różnorodność robienia rzeczy po swojemu przez każde z państw funkcjonuje ramię w ramię z zapewnieniem niezbędnej zgodności dla twardego rdzenia prawa integracji, który wiąże wszystkie państwa.
W konsekwencji istotą prawa integracji od początku istnienia Wspólnot Europejskich było cywilizowanie krajowego procesu demokratycznego i wpisywanie go w ramy wspólnoty, które wyznaczają nieprzekraczalne granice tego, co państwa mogą zrobić. Takie ramy dla wszystkich mają ograniczyć niebezpieczeństwo narodowych ekscesów w postaci tępego nacjonalizmu, arbitralnej dyskryminacji i niebezpiecznego zwrotu w kierunku własnej narodowej wyjątkowości w imię większości. W Europie, jak nigdzie indziej, powinniśmy przecież pamiętać jak niebezpieczne jest pozostawienie „słusznej większości” swobody robienia rzeczy po swojemu i do czego uwolnienie większości „50+1” może prowadzić …
Tekst W. Gadomskiego wywołuje jednak głębszy niepokój, który wychodzi poza dyskusję na poziomie mikro wyznaczoną przez konkretne orzeczenie. Wymaga także reakcji na poziomie makro, skoro błędny wywód i pochopnie stawiana diagnoza przez Autora, opierają się na zasadniczym niezrozumieniu funkcji sądu integracji, kontekstu w jakim funkcjonuje i złożonych relacji tego sądu z otoczeniem polityczno – ekonomiczno – społecznym. Sąd integracji nie tylko współkształtuje otoczenie, ale jest także jego wytworem, tyle tylko że nie w sposób, w jaki widzi to Autor.
Jak to wszystko więc pogodzić i zrozumieć?
Dlaczego i jak Luksemburg powiedział to, co powiedział. Wymiar makro
W swoim tekście W. Gadomski ubolewa, że wyrok TSUE to prezent dla prawicowej narracji. Takie ujęcie w punkcie wyjścia jest oparte na kompletnym niezrozumieniu, dlaczego i po co sąd w prawie integracji. TSUE w Luksemburgu nie jest od wręczania podarunków komukolwiek, ani też wydawania wyroków w zgodzie z falującymi nastrojami politycznymi. Jest od zapewnienia, że prawo jest przestrzegane. „Prawo” przez duże P, a nie tylko przepis prawa (art. 19 TUE). Aby Unia funkcjonowała, to prawo integracji musi być jednolite i stosowane przez wszystkich na tych samych warunkach na terenie całej UE. Sąd integracji realizuje to zadanie wobec państw poprzez przypominanie im o zobowiązaniach zaakceptowanych w dobrej wierze w dniu Akcesji do Unii, a wobec instytucji unijnych poprzez egzekwowanie [ich] działania w granicach i na podstawie Traktatów. W końcu, wobec obywateli Unii, gwarantując im efektywną ochronę ich praw oraz to, że ta ochrona ma rzeczywisty wymiar względem państw, w których DNA płynie gen ingerowania i ograniczania sfery autonomii jednostki.
Wybór europejskiego powojennego ładu instytucjonalnego nie był kwestią przypadku. Pomni tragicznych doświadczeń z przeszłości, gdy wola większości stawała się tępym narzędziem opresji i prowadziła do niewyobrażalnego bezprawia i zbrodni popełnianych w imię… prawa ustawowego, europejski konstytucjonalizm po 1945 r. odnalazł swoje powołanie i kierunek w wyeksponowaniu prawa jako tej siły, dzięki której Europa została odbudowana. Projekt europejski opierał się i nadal opiera się (nawet jeżeli dzisiejsza generacja Europejczyków o tym zapomina, a pokój europejski i życie bez wojny traktuje za pewnik) na potężnym „Nie”, które miało wybrzmieć w stolicach europejskich. „Nie” dla demokracji statystycznej i dyktatury urny wyborczej. Każdorazowo wyłoniona większość musiała przestrzegać pewnych podstawowych reguł gry, które miały być ponadczasowe i znajdować się poza dowolnością zmiany, bo „wygraliśmy wybory”. Władza polityczna miała być jednak ograniczona nie tylko od wewnątrz (instytucje, procedury, sądy), ale także od zewnątrz (struktury europejskie), by polityczny wybór na poziomie krajowym już nigdy więcej nie doprowadził do autorytaryzmu i hekatomby w imię unikalności „mojego narodu”. W tym celu europejski konstytucjonalizm został zakorzeniony w symbolicznym „nigdy więcej” i składa się dzisiaj z kilku fundamentalnych zasad.
Po pierwsze, konstytucja stanie się KONSTYTUCJĄ tylko wtedy, gdy wszyscy poddani jej władzy zaakceptują ją jako najwyższe prawo.
Po drugie, obowiązkiem państwa jest przestrzeganie praw konstytucyjnych obywateli, które wyznaczają granice działania każdej władzy.
Po trzecie, władza na poziomie krajowym zostaje poddana kontroli z zewnątrz w postaci silnego i niezależnego mechanizmu sądowej kontroli sprawowanej przez TSUE w Luksemburgu (i Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu).
Te filary wyznaczają kontekst, w którym sąd unijny funkcjonuje. Tylko gdy indywidualne orzeczenia (czasami lepsze, czasami gorsze) odczytujemy w świetle kontekstu, dajemy sobie szansę, aby uchwycić, co i jak mówi, oraz dlaczego orzeka tak, a nie inaczej, sąd unijny.
Nie inaczej jest w przypadku wyroku w sprawie transkrypcji małżeństw osób tej samej płci zawartych w innym państwie członkowskim. W wyroku sąd integracji stanął po stronie słabszych względem państwa polskiego, które przez lata czyniło wszystko, aby europejskie wybory życiowe obywateli polskich i zarazem unijnych były w Polsce niewidzialnymi, a oni sami dla państwa polskiego nie istnieli (sam znam ten problem z pierwszej ręki, ponieważ byłem pełnomocnikiem w podobnych sprawach i widziałem rozpacz oraz poczucie odrzucenia naszych obywateli przez ich własne państwo…). Zapewnienie ochrony prawnej na podstawie Traktatów i obywatelstwa Unii obywatelom znajdującym się w sytuacji szczególnie wrażliwej i słabej wobec własnego państwa było więc motywem przewodnim rozstrzygnięcia. W tej sprawie nigdy nie było mowy o kłanianiu się państwu i zaspokajaniu woli większości, czego oczekuje W. Gadomski. Tym razem to sfera obywatela potrzebowała ochrony i dowartościowania w celu przywrócenia zakłóconej równowagi pomiędzy władztwem publicznym państwa a sferą prywatną. Musiało tak być, ponieważ TSUE służy prawu, a nie politycznym efemerycznym większościom, które dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Element ochrony prawnej na sali sądowej jest strategią długofalową wychodzącą poza najbliższy sondaż czy presję własnego elektoratu. To prawo i lepszy argument, a nie polityczna kalkulacja muszą być siłą sprawczą i jedyną gwiazdą polarną dla sądu integracji.
Podkreślmy jednak, że chroniąc autonomię obywatela i jego wybory, TSUE wcale nie deprecjonował państwa (Polski). Wprost przeciwnie, czego W. Gadomski nie dostrzegł, wyrok jest jednym wielkim poszukiwaniem kompromisu. Kompromisu, w ramach którego państwo zachowuje wprawdzie swoją sferę (kompetencja do regulowania małżeństwa jako instytucji prawa krajowego uznana wprost w wyroku), ale w niezbędnej zgodzie z prawami podmiotowymi obywateli europejskich. Poszukiwanie takiego kompromisu jest niełatwe, ale jest istotą prawa integracji. Sąd integracji mamy właśnie po to, aby ukształtować kontury i ramy takiego niełatwego kompromisu, a nie przesądzać o jego szczegółowej treści, która jest pozostawiona do wypełnienia samym państwom członkowskim.
Zrozum otoczenie i instytucje, potem krytykuj
W tekście W. Gadomskiego pojawia się stanowisko, że wyrok TSUE wpisuje się w szeroko rozumiane „wojny kulturowe, które stają się narzędziem mobilizacji emocji i budowania politycznych plemion. Obie strony sporu aktywnie nakręcają napięcia, utwierdzając się w przekonaniu, że stoją wobec egzystencjalnego zagrożenia”. Autor uważa, że ten wyrok zostanie teraz wykorzystany do dalszej eskalacji konfliktu.
Nie kwestionując tezy Autora o tożsamościowych sporach jako osi nowego konfliktu wewnątrz społeczeństw demokratycznych, nie sposób jednak zgodzić się ze sposobem w jakim Autor sytuuje w tym sporze komentowany przez siebie wyrok i instytucje sądu unijnego. TSUE wielokrotnie dowodził, że rozumie w jak delikatnym i spolaryzowanym otoczeniu funkcjonuje dzisiaj i że jego orzecznictwo musi w stopniu większym niż kiedykolwiek brać pod uwagę słuszne i zasługujące na ochronę interesy oraz oczekiwania państw. TSUE nie tylko kształtuje kontekst integracji, ale jest jego integralnym elementem. Nie tylko formułuje przekaz od siebie do państw i instytucji, ale także sygnał od nich pod swoim adresem odbiera i odpowiednio kształtuje swoje orzecznictwo i jego intensywność. Sąd integracji jest graczem strategicznym. Nie liczy się tylko „co” mówi, ale także „jak”. Jest wtopiony w kontekst społeczno- polityczno-ekonomiczny. To kluczowe, bo sąd, który przestaje rozumieć kontekst, którego częścią jest, traci kontakt z rzeczywistością i nieprawidłowo kalibrując moment dla swojej ingerencji i intensywność przekazu orzeczniczego, skazuje się nie tylko na marginalizację, ale przede wszystkim ryzykuje frontalne starcie z państwami członkowskimi.
Wbrew twierdzeniom W. Gadomskiego, to właśnie całościowa, a nie wybiórcza, ocena ponad 70 lat istnienia TSUE, prowadzą do wniosku, że sąd integracji zawsze rozumiał, że w państwach demokratycznych to instytucje państwowe budują swoją legitymizację w pierwszym rzędzie z mandatu pochodzącego z wyborów powszechnych. W przypadku TSUE ten związek jest pośredni, skoro sędziowie wybrani są przez przedstawicieli państw członkowskich. Dlatego przekonanie do wyroków i stopniowe budowanie legitymizacji przez sąd musi przyjść „z wewnątrz” i płynąć z jakości wydawanych orzeczeń, które podobne sprawy rozstrzygają w sposób podobny i spójny, które są uzasadniane w sposób przejrzysty i racjonalny. To co tak naprawdę się liczy i ma znaczenie, to sposób w jaki sędziowie są w stanie przekonać świat zewnętrzny do swoich rozstrzygnięć i wizji prawa europejskiego. Żaden bowiem sąd nie może uznawać się za bezbłędny i wolny od krytycznej oceny swoich audytoriów prawniczych. Jest tak, gdyż każdy akt sądzenia przez sędziów jest jednocześnie poddaniem ich pod osąd świata zewnętrznego.
Sędziowie TSUE zdają sobie sprawę, że stale są poddawani temu testowi i ocenie. Zapominając o pewnych orzeczniczych potknięciach i niejasnościach (któż ich nie popełnia?) globalna ocena orzecznictwa sądu unijnego w procesie realizacji niezmiennej funkcji zapewnienia przestrzegania Prawa wypada pozytywnie. To właśnie krytyka podyktowana niezrozumieniem motywów rozstrzygnięcia, ich arbitralnością i nieprzewidywalnością, jest tą, której sędziowie powinni obawiać się najbardziej, a której W. Gadomski nie zawarł w swoim tekście.
Tymczasem analiza wyroku w sprawie uznania małżeństw osób tej samej płci zawartych w innym państwie członkowskim pozwala dostrzec, że element ważenia i słuchania oraz świadomość sądu własnego instytucjonalnego miejsca i ograniczeń, są niezwykle eksponowane. Wyrok jest zakorzeniony w fundamentach prawa integracji: w „obywatelstwie – efektywnej ochronie praw podmiotowych obywateli – proporcjonalności – niedyskryminacji”. Wyrok wprost mówi o tym, że takie uznanie nie ma wpływu na instytucję małżeństwa w państwie członkowskim pochodzenia, która jest nadal definiowana przez prawo krajowe. TSUE niczego nie narzucił, ale wyciągnął logiczne konsekwencje z podstawowej cechy procesu integracyjnego w Europie w postaci nakazu brania pod uwagę i honorowania perspektywy innej niż krajowa i dostrzegania, że dzięki integracji „moi” obywatele dokonują wyborów w ramach nowych możliwości, które prawo europejskie przed nimi otwiera. Elementy kompromisu i słuchania są obecne, gdy czytamy o tym, że obowiązek uznania małżeństwa pomiędzy osobami tej samej płci zawartego w innym państwie członkowskim nie ma wpływu na instytucję małżeństwa w państwie członkowskim pochodzenia, która jest nadal definiowana przez prawo krajowe. Uznanie małżeństwa osób tej samej płci zawartego w innym państwie nie oznacza też, że państwo członkowskie pochodzenia musi wprowadzić w swoim prawie krajowym instytucję małżeństwa osób tej samej płci. Ten obowiązek oznacza raczej nakaz respektowania wyborów własnych obywateli, którzy w dobrej wierze skorzystali z wolności i swobód zagwarantowanych im przez Traktat i ponoszą po wielu latach we własnym kraju negatywne konsekwencje tak dokonanych wyborów w ramach tego, co prawo integracji im gwarantuje. Bez takiej tolerancji i otwarcia perspektywy oraz gotowości honorowania wyborów obywateli, które są konsekwencją korzystania z tego co daje im prawo europejskie, sama idea integracja traci sens.
Tej kluczowej perspektywy zabrakło w analizie W. Gadomskiego.
Pragmatyczny i pryncypialny sąd integracji
Tekst W. Gadomskiego ignoruje także fakt, że sąd integracji nie jest monolitem. Sugeruje (już w nagłówku), że Luksemburg kieruje się uproszczoną logiką orzekania w sposób stale ingerujący w kompetencję państw członkowskich. To diagnoza tyleż uproszczona, co nie odpowiadająca rzeczywistości.
Wydawanych wyroków nie można sprowadzać do prostej arytmetyki: aktywistyczny (promujący interes Unii i ograniczający kompetencje państw) albo wstrzemięźliwy (zostawiający pole manewru państwom). Dzisiaj TSUE musi codziennie dokonywać trudnych wyborów, które wychodzą poza kiedyś dominującą liberalizację rynku i prointegracyjne orzekanie, co kiedyś powodowało, że znajdował się w centrum krytyki ze strony państw.
TSUE jako gracz zawsze musiał postępować strategicznie i zapewniać, że dobrze odczytuje konsensus europejski i unika wrażenia, że narzuca państwom interpretację, na którą nie są gotowe. Dzisiaj jednostronne orzekanie na korzyść integracji nie jest już możliwe, a rola TSUE ewoluuje wraz z samym prawem unijnym i w odpowiedzi na sygnały, jakie docierają do niego z otoczenia politycznego, w którym funkcjonuje. Dlaczego? Dzisiaj bowiem integracja europejska dociera do najbardziej niespodziewanych miejsc i dziedzin życia społecznego oraz wpływa na sfery, które tradycyjnie były uznawane za wyraz suwerenności państwowej. Obecnie do sędziego integracji należy znalezienie kompromisu pomiędzy słusznymi interesami i oczekiwaniami państw z jednej strony a prawami podmiotowymi obywateli Unii Europejskiej, w które państwa ingerują – z drugiej. Dokonując balansowania pomiędzy kolidującymi interesami i prawami oraz starając się wziąć pod uwagę interesy jak największej liczby stron (państw, instytucji, obywateli) zainteresowanych wynikiem sprawy, TSUE musi wybierać pomiędzy wstrzemięźliwością a odwagą i kalibrować tempo. Zawsze jednak ze świadomością, że nigdy nie zadowoli wszystkich. Ten dynamizm i sytuacyjność orzekania zawsze były nieodłączną cechą tego sądu.
Analizując jednak historię sądu integracji jasne jest, że ilekroć w grę wchodzą fundamenty konstytucyjne prawa europejskiego, TSUE gotów jest ich bronić za wszelką cenę względem państw, w których protekcjonizm „swoich” kosztem tych „innych” cały czas jest mocno zakorzeniony i ma się dobrze. W sprawie związków małżeńskich pomiędzy osobami tej samej płci na szali stała
i) istota obywatelstwa unijnego, które TSUE od wielu lat definiuje jako podstawowy status obywatela państwa członkowskiego;
ii) ochrona wyborów dokonywanych przez obywateli Unii, którzy szukają „dobrego życia” poza swoim państwem pochodzenia;
iii) zasada niedyskryminacji ze względu na orientację seksualną i w końcu
iv) prawo do autonomii obywateli Unii i poszanowania życia prywatnego.
Wszystko to spięte dążeniem do ochrony strony słabszej w konfrontacji z własnym państwem. W tej sprawie potrzebny był więc mocny i zdecydowany przekaz ze strony sądu pod adresem państw w obronie tych, którzy nie zawsze mają głos i dla których prawo i sala sądowa są często jedyną szansą na wysłuchanie i ochronę przed marginalizacją. Moment integracji i ewoluujący konsensus europejski wymagały ochrony obywateli Unii wobec ich państwa pochodzenia, co nigdy jednak nie oznaczało, jak wykazywałem wyżej, że w swoim wyroku TSUE działał na oślep i kierował się jedynie dążeniem do ingerowania w suwerenne kompetencje państw członkowskich. Takie jednostronne orzekanie nie jest już możliwe, a sam wyrok chroniąc istotę praw obywateli, dostrzega jednocześnie argumenty i oczekiwania państwa. Taki niełatwy pragmatyczno-pryncypialny kompromis jest niezbędny i jego stałe poszukiwanie wyjaśnia, po co nam sąd w prawie integracji.
A co z Tobą, Polsko, we „wspólnocie prawa”?
Polska, przystępując do Unii w 2004 r., zaakceptowała z góry bezwzględną jurysdykcję TSUE i uznała ten sąd za ostateczny autorytet w zakresie wiążącego określania zakresu naszych obowiązków europejskich. Samo rozważanie nawet „czy stosujemy się do wyroku”, podważa istotę naszej decyzji o przystąpieniu do Unii. Oznacza brak poszanowania podstaw prawa integracji, skoro w Unii państwo jest postrzegane nie tylko z perspektywy wiarygodności politycznej i gotowości do kompromisu w ramach wspólnoty, w której każdy rezygnuje z czegoś, aby coś otrzymać w zamian. Państwo jest także oceniane z perspektywy „wiarygodności prawnej” rozumianej jako gotowość wypełniania przyjętych zobowiązań i wierności wobec europejskiego dorobku prawnego (tzw. acquis communautaire).
„Unia opiera się na prawie” i dobrowolnie zaciągniętych zobowiązaniach egzekwowanych przez unijny sąd wobec wszystkich. Państwa podejmują decyzję o integracji, opierając się na założeniu, że inne państwa są podobnie gotowe do postępowania według z góry ustalonych reguł. Gdy jedno z państw nie wypełnia swoich zobowiązań, pozostałe nie mogą jednostronnie zamknąć granic i nie wpuszczać obywateli czy towarów tego pierwszego. Raczej muszą sprawę skierować na drogę postępowania sądowego, czekać na rozstrzygnięcie i bezwzględnie się do niego zastosować bez względu na treść. Jest tak, ponieważ przystępując do Unii, państwa zawarły między sobą kontrakt, którego jednym z kluczowych punktów było respektowanie kompetencji TSUE, jego jurysdykcji i zobowiązanie do wykonania każdego rozstrzygnięcia wydanego przez tak uznany sąd. Aby to zobowiązanie było wiarygodne, musi być przestrzegane nie tylko ex post factum (gdy wyrok został wydany), lecz także ex ante (gdy na wyrok dopiero oczekujemy). Tylko wtedy wspólny rynek i wspólnota polityczna mają sens.
Sukces prawa europejskiego na przestrzeni lat jest właśnie w dużej mierze konsekwencją zawierzenia sądom jako niezależnym i bezstronnym arbitrom rozstrzygającym konflikty, których państwa nie byłyby w stanie samodzielnie między sobą rozstrzygnąć. Miejsce TSUE w systemie prawnym Unii zostało pomyślane tak, aby państwa miała niezwykle ograniczoną możliwość ingerowania w orzecznictwo. W Unii wszyscy członkowie przestrzegają prawa w sposób równy i bezwarunkowy, a nie tylko wtedy, gdy im to pasuje, i pod warunkiem, że inni też go przestrzegają. Na sali sądowej mamy do czynienia ze szczególnym egalitaryzmem: potężne Niemcy dysponują jednym głosem tak jak mały Luksemburg. Na sali sądowej obowiązuje język zasad i reguł, przed którymi doraźna polityka ustępuje. Jest przez nie cywilizowana i brana w karby. Jeżeli chcesz wygrać, musisz przekonywać siłą argumentów. Dlatego też PiS bało się TSUE, skoro na sali sądowej musiało przemawiać doń językiem sądu i postępować zgodnie z jej logiką.
W konsekwencji, istota prawa integracji polega na bezwzględnym posłuszeństwie wobec wyroków, a nie na wybiórczej selekcji tych, do których się chcemy zastosować.
I na koniec: „Obywatel v. państwo” jako serce integracji
Uproszczenia, których dopuszcza się W. Gadomski i niepełny obraz na jakim operuje, zmuszają w końcu do zadania pytania „co dalej z nami”? Zachęcam więc W. Gadomskiego, zamiast posługiwania się językiem „narzucania państwom przez niewybranych demokratycznie sędziów”, do głębszej refleksji z perspektywy pytania, czym jest duch prawa integracji, który połączył narody europejskie, kiedyś wojny prowadzące lub je antycypujące, w ramach ulotnej „jak najściślejszej unii pomiędzy narodami Europy”?
W wyniku takiej refleksji możemy sformułować ważne drogowskazy dla tego, jak w 2025 r. w Polsce powinniśmy mówić i myśleć o prawie integracji i jego sądzie. Polska racja stanu potrzebuje takich drogowskazów, a nie kolejnych straszaków przed zaborczym sądem. To ostatnie zostawmy innym…
Dzisiaj integracja europejska to nadal państwa, ale już nie tylko państwa. To w równej mierze obywatele. Prawdziwe, a nie politycznie instrumentalizowane i niezrozumiałe idea i duch prawa europejskiego polegają na tym, że są one źródłem praw podmiotowych dla obywateli, którzy rzucają wyzwanie państwu, które chce za nich decydować, gdzie i jak żyć. To dzięki prawu europejskiemu i orzecznictwu TSUE obywatel żyje „na granicy systemów” i nigdy nie należy już wyłącznie do terytorium wyznaczonego granicami „swojego” państwa. Dokonuje własnych wyborów i decyduje, gdzie chce pracować, kupić samochód, zawrzeć związek małżeński etc. Prawo europejskie przetrwało 70 lat właśnie dlatego, że było i jest stosowane w indywidualnych sprawach obywateli w lokalnych sądach państw członkowskich. Duch integracji polega na wyzwoleniu obywatela z gorsetu wszechpotężnego państwa, w cieniu którego obywatel dotąd żył oraz na bezwzględnym przestrzeganiu wydanych wyroków
W analizie W. Gadomskiego ten kluczowy obywatelski element gdzieś się niestety zagubił. Zamiast tego dowiedzieliśmy się, że obecnie rząd ma ocenić, co… zrobić z wyrokiem. Spieszę z podpowiedzią: bezwzględnie się zastosować, dokładnie przeczytać uzasadnienie i starać się pogodzić (do czego sam wyrok zachęca) interes państwa ze sferą praw podmiotowych i słusznych oczekiwań obywateli polskich – obywateli europejskich. Jeśli jednak ten rząd wybierze odmowę zastosowania się do wyroku, upodobni się do swoich niechlubnych poprzedników, gdy brak szacunku dla instytucji i odmowa stosowania się do wiążących wyroków były cechą rozpoznawczą bezprawia 2015 – 2023. A przecież cała społeczna mobilizacja 15.10.2023 r. to był potężny krzyk właśnie w obronie szacunku dla prawa, instytucji i przyzwoitości w życiu publicznym.
Nie miejmy więc złudzeń dzisiaj, że za pytaniem „wykonywać czy nie” kryje się fundamentalne pytanie, jakim państwa Polska chce być dzisiaj, jutro i pojutrze.
Pamiętam, że gdy w 2000 r., rozmawiałem z byłym sędzią brytyjskim w TSUE prof. D. Edwardem, na moje pytanie, „po co sąd unijny”, odpowiedział jednym zdaniem: „Trybunał Sprawiedliwości jest po to, aby przypominać państwom o dobrowolnie zaciągniętych zobowiązaniach”.
W Polsce A.D. 2025 nadal zniszczonej paranoidalną polityką resentymentu i zakwestionowaniem wszystkiego, co zostało osiągnięte po 1989 r., ta odpowiedź nabiera wymiaru profetycznego. Nigdy też nie była bardziej aktualna skoro w naszym dyskursie publicznym, czego dowodem jest analiza W. Gadomskiego, nadal mylimy to, co z jednej strony jest bezwzględnie wiążącą nas interpretacją prawa wydaną przez sąd ku temu powołany i przez nas dobrowolnie zaakceptowany w 2004 r., a z drugiej myśleniem i językiem wyznaczonymi przez polityczną kalkulację zdominowaną ulotnymi preferencjami wyborczymi chwili, wykluczeniem, antagonizmem, strachem…
W polskiej polityce zawsze było i jest za dużo cynicznej kalkulacji wyznaczonej przez kolejny sondaż, a rację miał i nadal niestety ma ten, kto głośniej krzyczy, a za mało pryncypialnego przywiązania do tego, co powinno wyznaczać i budować naszą europejską rację: szacunek dla prawa i instytucji, przestrzeganie dobrowolnie zaciągniętych zobowiązań oraz, co absolutnie fundamentalne, poważne traktowanie obywatela i jego europejskich wolności i praw podmiotowych.
To musi się zmienić, jeśli Europa w Polsce i Polska w Europie, mają mieć jeszcze jakąkolwiek szansę…
Tomasz Tadeusz Koncewicz
Absolwent prawa uniwersytetów we Wrocławiu i w Edynburgu; Profesor prawa, kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej, Uniwersytetu Gdańskiego i 2025 Distinguished Visiting Professor, Europa Kolleg w Hamburgu. Członek Editorial Board Oksfordzkiej Encyklopedii Prawa. Zasiada w Radzie Fondation Jean Monnet pour l’Europe w Lozannie.