„Ludzie nauki” wyszli na ulice. Cudzysłów wynika z tego, że dokładnie nie wiadomo kto to jest „człowiek nauki”. Czy to osoby ze stopniami i tytułami naukowymi zatrudnieni w uczelniach wyższych i w instytutach naukowych? Takich jest około 76 tysięcy, choć niedawno było 88 tysięcy. Ale w bazie nazywającej się „Ludzie nauki” jest już prawie 220 tysięcy osób, co wynikać może z uwzględnienia emerytów i jakichś uczonych pracujących poza uczelniami i placówkami badawczymi, może nawet gdzieś cichcem, pokątnie. W każdym razie ten ludzki zasób okazuje się trudny do policzenia. Są jeszcze doktoranci (ich liczba spadła o połowę w ciągu kilku lat i obecnie wynosi około 20 tysięcy, w tym coraz więcej jest wśród nich obcokrajowców). Są jeszcze asystenci, których też ubywa.
Po co o tym piszę? Żeby uświadomić sobie i innym, że jest to grupa malejąca, ale wciąż spora. I hipotetycznie, gdyby tak cała zaczęła demonstrować pod gmachami rządowymi lub pod Sejmem, to byłoby coś. Na razie wyszło na powietrze niewielu. Jednak problem nie w tym, tylko w sile przetargowej. Uliczne demonstracje bywają u nas (czasem) skuteczne jedynie wtedy, gdy pod nogi polityków wyleje się gnój, zgniłe jabłka, spali stare opony, pogrozi kilofami itp. Można też zablokować miasto traktorami, kombajnami, ciężarówkami. A z czym na demonstracje mogą wyjść naukowcy? No właśnie – z czym?
Hasła na tekturze, megafony i krzyki na polityków nie działają. Z cuchnących instrumentów mogliby ewentualnie rzucić przed frontem jakiegoś ważnego urzędu swoje gówno-płace. Ale nie usypałby się z tego wielki stos i fetor nie doszedłby tam gdzie należy. Z tego wszystkiego wynika, że naukowcy żadnych decydentów nie są w stanie przestraszyć. Bo o przekonaniu ich to zapomnijmy.
Głosy rozsądku mówiące o tym, że od nauki zależy nasza przyszłość, że nie będzie bez niego postępu technicznego, innowacyjnej gospodarki, że inni nas przegonią o lata świetlne itp., to takie argumenty nie mają siły przebicia. Tzn. oczywiście wszyscy się z nimi zgadzają, nikt nie neguje, bo nie wypada, a na dodatek to prawda. Tyle, że kołderka krótka, forsa potrzebna na armaty, bo wróg u bram. Jak wróg spokornieje to sypniemy mamoną na badania i edukację wyższą.
Demonstranci domagali się 3% PKB na naukę, na razie jest ciut ponad 1%. W odpowiedzi minister Kulasek, popierając ich na całej linii powiedział, że rząd chce dojść do 2% w ciągu 5 lat. Co wcale nie znaczy, że w tym przypadku chcieć to móc. Zapomniał też dodać, że wtedy będzie już nowy rząd, który też będzie za, ale będzie miał też inne (a może takie same) pilniejsze potrzeby.
Realia są bowiem takie, że za pieniądze na naukę nie kupi się dużego elektoratu (co znaczy 100, czy nawet 200 tysięcy niegroźnych krzykaczy wobec kilkunastu milionów wyborców, z których wielu ma kosy w dłoniach). Takie inwestycje jak nauka i badania mogą przynieść efekt w długim okresie, a żaden polityk nie może sobie pozwolić na myślenie o przyszłości dalszej niż najbliższe wybory.
Jestem bardzo ciekawy, ile z pieniędzy z SAFE trafi do naukowców i instytucji badawczych. Obawiam się, że niewiele, bo przecież trzeba je wydać szybko i pokazać szybkie efekty. I choć wiadomo, że bez mocnego zaplecza naukowego polski sektor militarny daleko nie zajedzie i będzie musiał sięgać do myślących w dłuższym horyzoncie czasowym partnerów zagranicznych, to boję się, że wiedza ta zostanie odłożona do szuflady z napisem „później”. „Później” nigdy nie traci na aktualności.
Piotr Dominiak
Cotygodniowe komentarze „Rejsy po gospodarce” prof. dr. hab. Piotra Dominiaka, założyciela i pierwszego dziekana Wydziału Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej ukazywały się na łamach prasy gdańskiej od początku lat 90. Obecnie prof. Dominiak publikuje je na swoim profilu na FB
Ilustracja: Ludzie nauki pod Sejmem 27 maja. Zdjęcie z profilu 3procentnanaukę.pl