Decyzja o forsowaniu Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego bezpośrednio po jego odejściu z Rady Ministrów jest ustrojowo wadliwa, choć sama w sobie nie oznacza nieważności jego ewentualnego wyboru. Takie rozróżnienie czyni również prof. Andrzej Zoll: nie kwestionuje kwalifikacji Berka ani legalności samego przyszłego wyboru przez Sejm, lecz wskazuje, że kandydatura jest sprzeczna ze standardem reformy TK przyjętym wcześniej przez obecną większość.
Konstytucja powierza wybór sędziów TK Sejmowi, ale jednocześnie określa sądy i trybunały jako władzę odrębną i niezależną od innych władz. Sędziowie TK są wybierani indywidualnie na dziewięcioletnią kadencję. Z samego faktu, że wyboru dokonuje organ polityczny, nie wynika zatem dowolność w kształtowaniu relacji pomiędzy egzekutywą a Trybunałem.
Kandydatura osoby, która do ostatnich dni pozostawała członkiem Rady Ministrów, jednym z najbliższych współpracowników Prezesa Rady Ministrów i uczestnikiem rządowego procesu legislacyjnego, obiektywnie zmniejsza wymagany dystans pomiędzy egzekutywą a organem, którego zasadniczą funkcją jest kontrolowanie konstytucyjności prawa tworzonego między innymi z udziałem tej egzekutywy. Sam premier potwierdził kandydaturę Berka i przyznał, że jego niedawna funkcja ministerialna jest źródłem zastrzeżeń.
Szczególnie poważna jest sprzeczność z własnym standardem obecnej większości. Reforma TK uchwalona w 2024 r. przewidywała czteroletnią karencję m.in. dla byłych członków Rady Ministrów. Ustawa nie weszła ostatecznie w życie — została skierowana do kontroli prewencyjnej, a w lipcu 2025 r. TK uznał kontrolowaną legislację za niezgodną z Konstytucją jako całość — ale pozostaje politycznie i ustrojowo istotnym dokumentem pokazującym, jaki standard niezależności sama obecna większość uznała za właściwy.
Jeżeli czteroletni dystans od czynnej polityki uznano za potrzebny wtedy, gdy miał ograniczać możliwość politycznego zawłaszczania TK, trudno przekonująco twierdzić, że standard ten przestaje mieć znaczenie tylko dlatego, że jego zastosowanie stało się niewygodne dla obecnego rządu. Państwo prawa jest bowiem przede wszystkim rządem reguł stosowanych również przeciwko sobie, a nie systemem wyjątków uzasadnianych przekonaniem o własnych dobrych intencjach.
Z perspektywy prawa Unii należy przy tym zachować precyzję. Prawo UE nie ustanawia generalnego zakazu wyboru byłego ministra do sądu konstytucyjnego i sam przypadek Berka nie może być z góry określony jako naruszenie art. 19 TUE. Jednak Wielka Izba TSUE w wyroku z dnia 18 grudnia 2025 r. w sprawie C-448/23 stwierdziła naruszenia prawa Unii związane również z wadliwą obsadą polskiego TK oraz przypomniała znaczenie wymogu niezależnego, bezstronnego sądu ustanowionego prawem.
A zatem, zasadnicze pytanie europejskie nie brzmi: „czy Berek był ministrem?”, ale: czy całokształt okoliczności powołania tworzy obiektywnie uzasadnione wątpliwości co do dystansu Trybunału od władzy, którą ma kontrolować. Bezpośrednie przejście z Rady Ministrów do TK niewątpliwie takie pytania prowokuje, szczególnie kiedy chodzi o osobę uczestniczącą wcześniej w przygotowywaniu i ocenianiu ustaw, które mogą później stać się przedmiotem kontroli konstytucyjnej. Na ten problem zwraca uwagę również Zoll.
Nie można więc naprawiać upolitycznienia Trybunału przez zmianę politycznego beneficjenta jego obsady. Jeżeli efektem ma być jedynie zastąpienie ludzi związanych z poprzednią większością ludźmi pozostającymi w bezpośredniej relacji z obecną władzą wykonawczą, mamy do czynienia ze zmianą kierunku zależności, a nie z odbudową niezależności.
Konstytucyjny impas: gdy procedury istnieją, lecz przestają być realnie wykonalne
Nie jesteśmy już w sytuacji, w której można po prostu powiedzieć: „należy uruchomić istniejące procedury”. Problem polega właśnie na tym, że część procedur została faktycznie zablokowana przez kryzys organu, który ma je wykonywać.
Najlepszym przykładem jest sprawa immunitetu Bogdana Święczkowskiego. Prokurator Generalny skierował w dniu 30 września 2025 r. do TK wniosek o zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. 15 października 2025 r. odbyło się Zgromadzenie Ogólne; dziesięciu głosujących sędziów opowiedziało się przeciw uchyleniu immunitetu.
I właśnie tutaj powstała konstytucyjna pułapka. Prokuratura Krajowa uznaje, że uchwała nie wywołała skutków prawnych, ponieważ w Zgromadzeniu uczestniczyły osoby o zakwestionowanym statusie i — według jej oceny — nie istniało wymagane prawem prawidłowe kworum. PK stwierdziła wręcz, że w aktualnym składzie TK nie było możliwe ukształtowanie Zgromadzenia Ogólnego zdolnego do podejmowania zgodnych z prawem uchwał w sprawie immunitetu.
Sam TK twierdzi dokładnie odwrotnie: że wniosek został prawidłowo rozpoznany, odmowa uchylenia immunitetu jest skuteczna, a ponowne wystąpienie w tej samej sprawie byłoby bezprzedmiotowe.
To oznacza, że problem nie sprowadza się już do braku politycznej woli. Mechanizm odpowiedzialności został zamknięty w błędnym kole: żeby skutecznie rozpoznać immunitet, potrzebne jest prawidłowo funkcjonujące Zgromadzenie Ogólne TK; tymczasem właśnie prawidłowość składu i funkcjonowania tego Zgromadzenia stanowi istotę sporu konstytucyjnego.
Co istotne, sam Zoll w cytowanym wywiadzie dla Interii dostrzega ten problem. Mówi wprost, że wniosek o uchylenie immunitetu Święczkowskiemu był w obecnym składzie niemożliwy do zrealizowania, ponieważ decyzję może podjąć sam Trybunał. Nie wystarczy więc odpowiedzieć Zollowi: „trzeba ponowić wniosek o immunitet”. Bez wcześniejszego rozwiązania problemu prawidłowego składu organu, który ma ten wniosek rozpoznać, prowadziłoby to najprawdopodobniej z powrotem do tego samego punktu.
Kryzys dodatkowo pogłębił się w 2026 r., gdy Sejm w dniu 13 marca wybrał nowych sędziów TK, natomiast czterech spośród wybranych prawników, którzy następnie zwrócili się do ETPC, nie zostało dopuszczonych do wykonywania obowiązków. W dniu 6 maja 2026 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka zastosował w ich sprawie środek tymczasowy. Nie rozstrzyga to jeszcze ostatecznie wszystkich sporów dotyczących obsady TK, ale pokazuje, że kryzys przestał być wyłącznie sporem krajowym i stał się przedmiotem bieżącej kontroli strasburskiej.
Co można w tej sytuacji rzeczywiście zrobić
Pierwszeństwo należy nadać rozwiązaniom, które są jednocześnie prawnie dostępne i rzeczywiście wykonalne, a nie takim, które istnieją tylko teoretycznie:
- Natychmiast odstąpić od kandydatury Berka — najlepiej, gdyby sam doszedł do wniosku, że w obecnych okolicznościach jego kandydowanie nie służy odbudowie autorytetu Trybunału. To jedyny element całej układanki, który można skorygować natychmiast, bez zmiany ustawy, bez wyroku sądu i bez współdziałania innych organów. Należy wskazać kandydata, wobec którego nie powstaje problem bezpośredniego przejścia z egzekutywy do organu mającego tę egzekutywę kontrolować. Państwo nie powinno tworzyć nowego problemu ustrojowego w chwili, gdy nie potrafi jeszcze skutecznie rozwiązać poprzedniego.
- Najpierw odblokować możliwość prawidłowego działania samego Trybunału i jego Zgromadzenia Ogólnego. Dopóki istnieje fundamentalny spór dotyczący osób uprawnionych do wykonywania funkcji sędziowskich, nie można przedstawiać procedury immunitetowej jako realnego instrumentu rozwiązania sprawy Święczkowskiego. Trzeba doprowadzić do prawnego i instytucjonalnego rozwiązania statusu wakatów oraz osób wybranych przez Sejm, z pełnym respektowaniem rozstrzygnięć TSUE i środków ETPC.
- Dopiero wtedy procedura immunitetowa może odzyskać realne znaczenie. Obecnie jej skuteczność jest skrajnie ograniczona: jedna instytucja państwa twierdzi, że odmowa uchylenia immunitetu nie istnieje prawnie, druga — że jest ostateczna i skuteczna. Ponowienie identycznego wniosku bez zmiany warunków instytucjonalnych nie rozwiązuje tego konfliktu.
- status Święczkowskiego jako Prezesa TK od jego statusu jako sędziego TK. To są dwa odrębne zagadnienia konstytucyjne. Jeżeli — jak twierdzi Zoll — przy powołaniu na funkcję prezesa wystąpiła wada proceduralna, wymaga ona odrębnej analizy i wskazania konkretnej podstawy oraz właściwego organu do jej usunięcia. Nie można z samego twierdzenia o wadliwości powołania wyprowadzać generalnej kompetencji rządu do usunięcia Prezesa TK. Konstytucja stanowi, że Prezesa TK powołuje Prezydent spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne.Ustawa naprawcza może być potrzebna, ale nie wolno przedstawiać jej jako magicznego rozwiązania obecnego kryzysu
- Może ona na przyszłość wprowadzić jasną karencję po funkcjach politycznych, bardziej odporne na blokadę reguły proceduralne, standardy konfliktu interesów czy rozwiązania dyscyplinarne. Nie może natomiast stać się „lex Święczkowski”, którego rzeczywistym celem byłoby ustawowe usunięcie konkretnego sędziego albo skrócenie jego konstytucyjnej dziewięcioletniej kadencji. Ponadto każda taka ustawa musi przejść zwykły proces konstytucyjny z udziałem Prezydenta RP; nie jest więc narzędziem pozwalającym jednym ruchem rozwiązać obecny klincz.
I tutaj dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Profesor Zoll ma rację, że państwo musi działać, ale jego zdanie „pierwszym krokiem powinien być Święczkowski” opisuje raczej cel niż gotową drogę proceduralną. Sam Zoll równocześnie przyznaje, że skuteczne przeprowadzenie procedury immunitetowej w obecnym składzie jest niemożliwe. To trzeba powiedzieć wyraźnie, bo inaczej tworzymy fikcję, że istnieje prosty instrument prawny, z którego państwo z niewiadomych powodów nie korzysta.
W rzeczywistości państwo znalazło się w samoblokującym się kryzysie konstytucyjnym: legalność działania organu zależy od jego prawidłowej obsady, a rozstrzygnięcie części sporów dotyczących tej obsady zależy od działania tego samego organu. Immunitet, którego funkcją jest ochrona niezawisłości sędziego przed politycznym naciskiem, może w takiej konfiguracji zacząć działać jak faktyczna bariera uniemożliwiająca jakąkolwiek odpowiedzialność.
Nie daje to jednak władzy wykonawczej prawa do rozwiązania problemu poprzez fakty dokonane. W państwie konstytucyjnym niemożność osiągnięcia prawidłowego rezultatu legalną drogą nie tworzy nowej, pozaustawowej kompetencji rządu. Właśnie w warunkach kryzysu zasada legalizmu i podział władz musi działać najściślej, ponieważ w przeciwnym razie każda kolejna większość będzie mogła uzasadnić naruszenie granic własnych kompetencji koniecznością „naprawiania” naruszeń poprzedników.
I dlatego kandydatura Berka jest w obecnej chwili jeszcze bardziej niezrozumiała ustrojowo niż w normalnych warunkach. Państwo zmaga się z Trybunałem, którego skład, zdolność Zgromadzenia Ogólnego do podejmowania skutecznych uchwał, obsada wolnych stanowisk i relacja z orzeczeniami europejskimi są przedmiotem fundamentalnego konfliktu. W takiej sytuacji pierwszym obowiązkiem większości powinno być bezwzględne demonstrowanie, że nie zamierza ona uzyskać kontroli nad TK dla siebie.
Nie można więc z jednej strony twierdzić, że tragedią polskiego konstytucjonalizmu było podporządkowanie Trybunału bieżącej większości politycznej, a z drugiej strony — gdy pojawia się możliwość jego ponownego obsadzania — odstępować od własnego standardu czteroletniej karencji i kierować do niego człowieka, który kilka dni wcześniej należał do ścisłego centrum rządu.
Problem nie sprowadza się zatem do formalnej dopuszczalności kandydatury Berka, lecz do wiarygodności całego procesu odbudowy sądownictwa konstytucyjnego. Jeżeli celem ma być przywrócenie Trybunałowi rzeczywistej i postrzegalnej niezależności, pierwszym warunkiem musi być odtworzenie wyraźnego dystansu między władzą wykonawczą a organem, który ma ją kontrolować. Kandydatura osoby bezpośrednio przechodzącej z Rady Ministrów do TK działa w kierunku przeciwnym: rodzi wrażenie, że zmienia się nie mechanizm politycznej zależności, lecz jedynie jego beneficjent. Odbudowa państwa prawa nie może zaś polegać na zastąpieniu jednej politycznej dominacji inną, lecz na przywróceniu reguł, które ograniczają każdą władzę — także własną.
Judyta Papp