3 września w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie odbyła się skromna uroczystość wręczenia Medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata dalekim kuzynostwu Pani Modesty Taborowej, która miała odwagę uratować małego żydowskiego chłopca, przyszłego świetnego pisarza – Henryka Grynberga i jego matkę.
Profesor Stanisław Obirek w zapowiedzi tego wydarzenia tak pisal:
Modesta Tabor Sprawiedliwa wśród Narodów Świata
W czwartek 3 września 2026 roku będzie miała w Żydowskim Instytucie Historycznym w samo południe miejsce skromna uroczystość na którą zaprasza Ambasada Izraela i gospodarz. Pośmiertnie medal i dyplom honorowy Sprawiedliwej wśród Narodów Świata otrzyma Modesta Tabor.
Uratowany dzięki niej z pożogi Zagłady znany pisarz Henryk Grynberg, ur. w 1936 roku tak o niej napisał: „Miała bardzo odpowiednie imię – Modesta. Z domu Janicka. Urodziła się 13 VI 1892 roku w Świętochowie Starym – zaledwie dwa i pół kilometra od naszej Radoszyny. Okazuje się, że i tacy ludzie tam się rodzili. W czasie okupacji mieszkała na Pradze, ul. Mińska 5, ale w pobliżu skrzyżowania z Grochowską, którą zapamiętałem jako nasz punkt orientacyjny. Dlatego gdy nie mieliśmy gdzie się podziać, przypomniałem mamie, że na Grochowskiej mieszka pani Taborowa. Mińska 5 przy spisywaniu zeznania mojej matki mogła się protokolantce przesłyszeć jako Miejska 5, a że takiej pewno nie było więc „uzupełniła” jako Nowomiejską. Mąż pani Taborowej mógł z wielu ówczesnych powodów rzadko bywać w domu i dlatego go nie zapamiętałem, zwłaszcza że pani Taborowa była w centrum naszej uwagi. Ona nas przyjęła i nad nami czuwała i od niej zależał nasz los. Teraz wydaje mi się, że rozpoznaję tę poważną, skupioną twarz z wszechwiedzącym oczami zupełnie niewykształconej kobiety, która więcej widziała niż próbowała pojąć. W dokumentach nie ma żadnej wzmianki o jej dzieciach. Może dlatego powiedziała do mojej matki „dziecko, ja cię niejedną noc przenocuję” i „zachowała się wobec nas jak matka” (patrz „Pamiętnik 2”). Adres nowego miejsca stałego pobytu od 1982 ul. Solec 36A. Miała już 90 lat, a Solec 36A to Dom Pomocy Społecznej im. Św. Franciszka Salezego, instytucja z 1887 roku. Coś jednak istnieje. Na balkonach kwiatki w doniczkach. Nie żyłaby tak długo, gdyby jej było źle. Wiem, że kto uratował życie ma takie poczucie spełnionego obowiązku, że może już niczego więcej od siebie nie wymagać”.
Pisarz do swojego wspomnienia dodał PS: PS Profesorowi mecenasowi Tomaszowi Koncewiczowi zawdzięczam dokumenty i to że są one już w Yad Vashem.
Jeśli wyznacznikiem istnienia jest obecność w zasobach Internetu to Pani Modesta Tabor, nie istnieje. A jednak to tacy „nieistniejący” ludzie tworzą historie i są solą ziemi. Jednak by się o tym przekonać trzeba historii pomoc. W przypadku Modesty Tabor tak się stało dzięki Henrykowi Grynbergowi i mecenasowi Tomaszowi Koncewiczowi, profesorowi Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. Ten pierwszy zwrócił się do Koncewicza o pomoc, który prośbę potraktował jako osobiste wyzwanie, bo z historii własnej rodziny wiedział jak to jest ważne (jego Babcia została wyróżniona tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. A mówiąc dokładniej, przed dziesięciu laty tytuły Sprawiedliwych wśród Narodów Świata otrzymały między innymi Rozalia Kisielewicz i Czesława Strag za pomoc w uratowaniu i siedmioletniej żydowskiej dziewczynki Reginy Kartyganer. Czesława Strag to babcia Tomasza Koncewicza.
Piszę o tym tylko dlatego, ze Profesor Koncewicz zaprosił mnie na ceremonię wręczenia pośmiertnie medalu i dyplomu honorowego właśnie Modeście Tabor. Henryk Grynberg ze względów zdrowotnych nie będzie mógł wziąć udziału w ceremonii, laudację na jego prośbę i w jego imieniu wygłosi, co jest zrozumiałe, mecenas Tomasz Koncewicz. Bez jego udziału w poszukiwaniu Modesty do tej uroczystości by po prostu nie doszło. Do tej notatki dołączam, dzięki uprzejmości mecenasa Koncewicza zdjęcie wraz z dowodem osobistym wydanym w 1958 roku. W miejscu podpisu jest odbicie kciuka, co wskazuje, że Modesta Tabor była osobą niepiśmienną. Jak widać do czynów bohaterskich nie jest niezbędna sztuka pisania ani czytania. Wystarczy zachować się przyzwoicie, gdy tego wymagają od nas okoliczności. Tak właśnie zachowała się Modesta.
Stanisław Obirek, już po uroczystości w ŻIH-u opublikował w znanym internetowym magazynie „Studio Opinii” następujące uzupełnienie:
Pozwalam sobie wkleić zapis z fb Henryka Grynberga, który jest ważnym dopowiedzeniem ceremonii, o której była mowa w moim poprzednim komentarzu:
Link do dzisiejszej Ceremonii wręczania Medali Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, który zaoferowałem na FB oraz mailowo, niestety, urywał się po minucie przygotowań, wobec tego przytaczam tutaj moją krótką wypowiedź na cześć Pani Modesty Taborowej:
Pani Taborowa przyjeżdżała regularnie do Radoszyny po masło i śmietanę i bywała u naszych najbliższych sąsiadów drzwi w drzwi. Masło i śmietanę kupowała od mojego ojca, który był pachciarzem od słowa „pakt” czyli kontraktorem dworskiego mleka. O pani Taborowej wiedziałem tylko, że mieszka na „bliskim Grochowie”.
Nic więcej o niej nie wiedziałem pisząc w „Żydowską wojnę” w 1965 roku w Warszawie, gdy moja mama mieszkała już w Kalifornii. Dlatego na jej miejsce wpisałem państwa Orlińskich jako nieznajomych, którzy w owej krytycznej chwili nas uratowali. Uczyniłem to również dla pokrzepienia serc – żydowskich i polskich. Zostało bardzo dobrze przyjęte. Uwierzono w każde moje słowo. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że i ja w takie wydarzenia wierzyłem.
Opatrzność, która w pięknym kościele na Wisła, który tam stoi do dziś, w ostatniej chwili przypomniała mi o pani Taborowej, po latach przysłała mi tu do Ameryki zeznanie, które moja matka złożyła po wojnie przed Żydowską Komisją Historyczną. Znalazł je pan Andrzej Sadowski, który się urodził po wojnie w naszym rodzinnym Dobrem. Mama, która mi wcześnie umarła w 1979 roku, okazała się zaprzysiężonym świadkiem najważniejszego z wydarzeń naszego życia. Niezbędnym drugim świadkiem byłem i jestem tylko ja, który miałem i mam obowiązek potwierdzić to świadectwo człowieczeństwa, jakiego na tym świecie coraz mniej. Ale w zeznaniu mojej matki nie było danych osobowych pani Taborowej, nawet jej imienia, którego nie znałem i nie miałem szans złożyć w Yad Vashem wniosku o uznanie jej jako jednej z najbardziej Sprawiedliwych.
Wcale nie wiedziałem, że była rodzoną siostrą pani Baranowej, naszej najbliższej sąsiadki. I ciotką jej córki Halinki, nieco starszej ode mnie, która chętnie się ze mną bawiła oraz pana Olesia, który chętnie mnie woził na ramie swojego roweru, choć pisałem o nich szczegółowo w jednym z najwcześniejszych opowiadań pod tytułem „Sielanka-Siaj”, które przedrukował miesięcznik „Polska” nawet w obcych językach: francuskim, czeskim, węgierski,, niemieckim.
Wczesnym latem 1961 roku przyjechałem do Radoszyny motocyklem z kolegą z warszawskiego Teatru Żydowskiego. Zatrzymaliśmy się przed pierwszym wiejskim domem. Z progu zerwało się dwoje bardzo jasnowłosych dzieci, wołając swą matkę, ładną młodą kobietę. Spytaliśmy ją o drogę do byłego folwarku. Spojrzała na mnie uważnie, jak gdyby kogoś we mnie poznała i wskazała drogę. Za pozwoleniem zostawiliśmy motocykl przed jej domem i poszliśmy pieszo. Pytałem o znajomych i okazało się, że nasz motocykl został przed domem Halinki Baranówny. W drodze powrotnej nie zastaliśmy jej w domu. Jej mąż wyjaśnił, że poszła z dziećmi na szczepienia do Traw. Jednym z tych dzieci był z pewnością obecny na dzisiejszej uroczystości pan Adam Kupiec.
Później graliśmy w Państwowym Teatrze Żydowskim „Meira Ezofowicza” na postawie powieści Elizy Orzeszkowej i na spektakle przychodziły wycieczki szkolne. Pewnego wieczoru weszła do mnie za kulisy dorastająca uczennica i przedstawiła się jako Baranówna, córka pana Olesia. Wciąż nie wiedziałem, że rozmawiam z bliską krewną pani Taborowej.
Żeby złożyć w Yad Vashem wniosek o najwyższe uznanie dla pani Taborowej, musiałem mieć doskonałego polskiego prawnika. W „Pamiętniku 3” pod datą 29 VI 2015 mam zanotowane, że Polski Sąd Najwyższy wydał długo oczekiwany wyrok uniewinniający żydowskiego poetę Naftalego Hertza Kona, którego po długich latach sowieckiego gułagu prześladowały i więziły polskie organy bezpieczeństwa. Uniewinniono go „od wszystkich czynów przypisanych mu w przeszłości” przez bezpiekę i sędziów polskiego reżymu komunistycznego. Po wielu latach walki jego córek oraz ich mecenasa, wybitnego profesora praw Tomasza Tadeusza Koncewicza z biurokracją przywrócono im zabytkowe zapiski ich ojca włącznie z pięknymi wierszami, które miałem przyjemność dla nich tłumaczyć. Ta dygresja nie jest przypadkiem, bo starsza córka poety, Ina Lancman, jest wdową po moim kilka lat starszym koledze, który wyskoczył z pociągu do Treblinki i cudem trafił do nieznajomej sprawiedliwej, która go odkarmiła, wyuczyła polskich pacierzy i wskazała mu drogę ratunku.
Gdyby nie pani Taborowa, to zginąłbym w maju 1943 roku w objęciach matki. Mając niespełna siedem lat, nie wiedziałem i nigdy bym się nie dowiedział, co wtedy się działo, i wkrótce potem, i jakiś czas potem. Ani tego co znów się dzieje. Jak mój niespełna pięć lat młodszy braciszek i niezliczone inne żydowskie dzieci.
Żyję dzięki Opatrzności, która potrzebowała takich świadków i coraz bardziej potrzebuje. Poza tym wiem z żydowskich podań, że to co dobre na tym świecie zawdzięczamy nielicznym „lamet-wownikom” zwanym sprawiedliwymi, na których – bez ich wiedzy – opiera się ten chwiejny świat