Ostatnio wśród badaczy toczyła się niewielka medialna debata utrzymana w tonie felietonistycznym na temat tego, czy słowo „faszyzm” jest uzasadnione w odniesieniu do skrajnie prawicowych ruchów i rządów – od Trumpa po AfD – czy też trafniejsze są inne terminy; czy słowo na F niesie ze sobą alarmistyczne ostrzeżenie i czy raczej ważniejsze nie byłoby dokładne opisanie tego, co się dzieje, pozostawiając pytanie, jak je nazwać, jako sprawę drugorzędną. Ale właśnie jeśli dokładnie opiszemy procesy radykalizacji, które obserwujemy, możemy dojść do wniosku, że znane terminy takie jak „prawicowy populizm” są eufemizmami, a terminem właściwym może okazać się „nowy faszyzm”.
Dobrze udokumentowane są w badaniach naukowych i esejach z zakresu teorii społecznej formy społecznej apatii sprzyjające powstawaniu skrajnie prawicowych ruchów protestacyjnych (strach przed spadkiem w hierarchii społecznej, luki w reprezentacji politycznej, frustracja wobec ustalonych partii politycznych…), a także jakie osobowości są szczególnie otwarte na skrajnie prawicowe światopoglądy i przekazy („autorytarna osobowość”, analizowana przez Adorno i innych). Można by nawet sporządzić listy żądań i programów politycznych zgłaszanych przez niemal wszystkie partie skrajnie prawicowe. A jednak nic z tego w pełni nie opisuje tego zjawiska. Bowiem – jak wszyscy wiemy – często liczy się nie tylko to, jakie postulaty polityczne są wysuwane, ale także sposób ich rozpowszechniania; również społeczne niezadowolenie stanowi jedynie pewien warunek wstępny. Nie wyjaśnia ono, jak zmieniają się ludzie, gdy zostają wciągnięci w wir skrajnie prawicowej propagandy. Osobowość autorytarna nie jest stanem statycznym, lecz raczej procesem dynamicznym: agresja autorytarna, gwałtowny wybuch afektu, przyjemność płynąca z wyobrażania sobie, co można by zrobić podstępnym elitom i wyimaginowanym wrogom ludu – aż po niepokojące upajanie się okrucieństwem – mają charakter wyraźnie eskalujący. Osoby wciągnięte w ten wir, w którym jedno skandaliczne posunięcie następuje po drugim, stopniowo stają się kimś innym. Bez pojęć z zakresu psychologii tłumu nie sposób tego trafnie opisać. To, czego jesteśmy świadkami, to nic innego jak prawdziwe Erziehung zur Grausamkeit – „edukacja dla okrucieństwa”.
Mechanizm ten opiera się na silnych emocjach, przede wszystkim na strachu. Strach ten jest podsycany aż do poziomu paranoi – przez nowych faszystów i powiązane z nimi pseudomedia, przy czym tradycyjne tabloidy odgrywają tu rolę pomocniczą. Świat przedstawiany jest jako miejsce niebezpieczne, siedlisko przestępczości i zepsucia; towarzyszy temu jawne sianie paniki wokół „wielkiej wymiany”, „ludobójstwa Niemców” (czy też „białych”), uzbrojonych w noże napastników i tym podobnych zjawisk. Każdy problem wykorzystuje się do podsycania emocji, piętrząc wymyślone koszmary na te rzeczywiste, aż okrucieństwo zaczyna jawić się jako uzasadniony akt samoobrony. Jednocześnie celowo roznieca się żądzę okrucieństwa: czerpanie przyjemności z wyobrażania sobie zemsty za krzywdy doznane od innych. Język okrucieństwa – a także prymitywnej, prostackiej brutalności – stanowi zatem stały element tego repertuaru, a bezlitosne czyny muszą być nie tylko popełniane, lecz dokonywane na oczach opinii publicznej.
Gdy już rozbudzi się w ludziach poczucie przynależności do oblężonej wspólnoty, zwolennicy zaczynają postrzegać zaspokojenie pragnienia zemsty jako formę wyzwolenia – towarzyszy temu niekończący się potok zjadliwości, fantazji o morderstwach i kultury nienawiści, wylewający się między innymi z mediów społecznościowych. Leo Löwenthal, jedna z czołowych postaci frankfurckiego Instytutu Badań Społecznych, opisał to z niezwykłą szczegółowością w swoim studium Fałszywi prorocy. W późniejszym okresie życia zauważył, że propaganda ta działa niczym „odwrócona psychoanaliza” – nie leczy traum, nerwic ani paranoi, lecz je podsyca – a także „wzmacnia mordercze, agresywne i destrukcyjne popędy”.
Każdy, kto patrzy na świat trzeźwym okiem, widzi dziś, że propaganda nie jest procesem jednokierunkowym. Jej zwolennicy nie są jedynie podburzani czy wręcz „uwodzeni” – sami aktywnie uczestniczą w eskalacji i podsycaniu tego, co Hans-Jürgen Wirth nazywa „afektywną furią”. Nakręcają się nawzajem, a w skrajnych przypadkach potrafią nawet pchać swoich przywódców do dalszego nakręcania spirali eskalacji. Silnej negatywności towarzyszy euforia wynikająca z przekonania, że zbawienie jest na wyciągnięcie ręki, a „tamci” wkrótce otrzymają to, na co zasłużyli. Wszystko to dzieje się w tłumie – i tylko w tłumie – ponieważ masa daje jednostce swoiste carte blanche, by zachowywała się gorzej, niż czyniłaby to w pojedynkę. Mechanizmy „zarażenia emocjonalnego”, wyłączenia sumienia i osłabienia hamulców instynktownych są od stulecia dobrze udokumentowane w psychologii tłumu. Jeśli stan ten utrzymuje się wystarczająco długo, jeśli ludzie są godzinami „bombardowani” takimi przekazami, budzącymi lęk (fałszywymi) wiadomościami i fantazjami o zemście, przechodzą swoistą szkołę nieludzkiego postępowania.
Podsyca się gniew, a wraz z nim gorycz, paranoję i to, co Adorno nazwał „sadystyczną przyjemnością”; autorytarny przywódca jawi się jako zbawca zdolny przywrócić świat rzekomo skradziony przez imigrantów, mniejszości etniczne, feministki, intelektualistów, dysydentów i innych wykreowanych wrogów. Sama zemsta staje się programem politycznym. Kultura okrucieństwa karmi się tym emocjonalnym wzburzeniem, oferując osobom zaślepionym resentymentem odurzające poczucie przynależności oraz satysfakcję płynącą z wrogości i zemsty. Wnikliwi obserwatorzy tych mechanizmów zwracają uwagę na aspekt często pomijany w konwencjonalnych opisach faszyzmu: zjawisko emocjonalnego zarażenia, w którym resentyment, upokorzenie, strach i pragnienie zemsty stają się zaraźliwe. Rozprzestrzeniają się one za pośrednictwem mediów społecznościowych, prawicowych kanałów telewizyjnych, podcastów, wieców i tym podobnych kanałów przekazu.
Jednostka poddana politycznej mobilizacji (podżeganiu) nie pojawia się znikąd – ona jest kształtowana; przechodzi proces uczenia się bezwzględności. Historia uczy nas, że ludzie potrafią z entuzjazmem uczestniczyć w zbrodniach, których popełnienie było dla nich nie do pomyślenia zaledwie kilka lat wcześniej. Dziś znów obserwujemy osobliwe sojusze faszyzującej polityki emocji, twardego konserwatyzmu i zradykalizowanego neoliberalizmu, co przywodzi na myśl słynną maksymę Maxa Horkheimera: kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien milczeć o faszyzmie. Nawet jeśli chcemy uniknąć banałów towarzyszących uproszczonej krytyce kapitalizmu, nie wolno nam – spoglądając na ten ponury obraz w całej jego rozciągłości – zapominać, że sam neoliberalizm ustanowił „kult twardości”: gloryfikację siły i pogardę dla słabości niszczące poczucie solidarności na rzecz ducha rywalizacji, w świetle którego cała egzystencja zaczyna przypominać walkę wszystkich ze wszystkimi o ostatnie okruchy. W połączeniu z obiektywnymi kryzysami naszych czasów rodzi to specyficzne poczucie nadciągającej katastrofy, które zmienia nasze społeczeństwa w wielkie emocjonalne pola bitwy, podsycając przekonanie, że każdy musi bronić własnego bytu na własną rękę. Gdy sytuacja wszystkich się poprawia, sąsiad jest towarzyszem, z którym dzielimy owoce ogólnego postępu; gdy zaś wydaje się, że wszyscy zmierzają ku upadkowi, sąsiad staje się rywalem, którego – jak mamy nadzieję – zmiażdżą koła losu, byle byśmy tylko sami uniknęli ciosu.
Na pytanie, czy partie takie jak AfD są wrogie wobec konstytucji, nie sposób odpowiedzieć, ograniczając się jedynie do analizy ich programów, pojedynczych wypowiedzi i postulatów czy też propozycji dotyczących przebudowy instytucji. Należy również uwzględnić to, jak faszystowska polityka emocji oddziałuje na zwolenników tych ugrupowań, jak przekształca ona ludzi i wprawia ich w stan szaleńczego uniesienia, mający na celu pozbawienie ich wszelkich zahamowań.
Robert Misik
Autor jest dziennikarzem i pisarzem politycznym, autorem książki Erziehung zur Grausamkeit: Die Massenpsychologie des Neuen Faschismus, wydanej przez Suhrkamp w sierpniu 2026 roku.