Tomasz T. Koncewicz, poruszony pozytywną reakcją słuchaczy wykładu w kaszubskiej gminie, ich potrzebą zrozumienia, czym jest Europa, dlaczego do niej należymy i jak powinniśmy w niej być, a nie tylko mieć, dzieli się na łamach Gazety Wyborczej swoimi refleksjami o miejscu Polski w Unii Europejskiej, po okresie niszczenia projektu „Polska w Unii Europejskiej”.
Przytaczamy najistotniejsze fragmenty tego ważnego tekstu zatytułowanego „Jak rozmawiać o Europie i o niebezpieczeństwach polexitu? Takiego kryzysu UE jeszcze nie przechodziła”, który powinien być wskazówką dla ewentualnych organizatorów wykładów dla mieszkańców niezliczonych gmin Szemud. To ostatnia chwila na projekt, podobny do inicjatywy „Przystanek Konstytucja” Roberta Hojdy, może pod podobną nazwą „Przystanku Europa”?. O ile nie jest za późno…
*****
Fundamentalna zasada powojennego ładu publicznego w Europie brzmi: każda władza polityczna musi być władzą ograniczoną i kontrolowaną przez instytucje od niej niezależne, przede wszystkim sądy. Bez tego powojenne hasło „nigdy więcej” staje się jedynie pustą i pięknie brzmiącą figurą retoryczną.
1 października 2025 r. zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu „O wierności konstytucyjnej, czyli o tobie, o nas, o mnie”, otwierającego Uniwersytet Trzeciego Wieku w gminie Szemud na Kaszubach. Doświadczenie tyleż zobowiązujące (rzadko zdarza mi się mówić do wypełnionej po brzegi sali!), co dające do myślenia. Po wykładzie bowiem podeszło do mnie wiele osób z pytaniem, przez który przebijały żal i zawiedzione oczekiwania: „dlaczego z takim przesłaniem tłumaczącym konstytucję i naszą obecność w Europie nie przyjeżdżają do nas częściej osoby takie jak pan?”.
Moi rozmówcy mówili mi, że chcą wiedzieć i rozumieć więcej, ale często czują się zapomniani przez wielkie miasta. Czułem w tych słowach bolesny i palący wyrzut. Dla mnie to było dobre przypomnienie i lekcja, że zakładanie z góry (tak niestety częste z perspektywy wielkiego miasta i liberalnych elit, które zawsze przecież wiedzą lepiej i najbezpieczniej czują się w swoim gronie już przekonanych), że do takich miejsc jak Szemud nie warto jeździć, bo i tak nie da się nikogo przekonać, jest oparte na błędnym założeniu, które wynika z naszej wielkomiejskiej arogancji i głuchoty
[…] Poniższe refleksje opierają się na tym wykładzie i zbierają rozproszone myśli na temat tego, co jest ważne, gdy staramy się tłumaczyć ludziom nie tylko, co i jak Europa robi dla nas, ale także – co my dzisiaj jesteśmy winni Europie. I jak to wszystko spina obywatelski szacunek dla naszej konstytucji? […]Kryzysy były nieodłączną częścią europejskiego procesu integracyjnego po druzgocącej II wojnie światowej. O ile jednak dotychczasowe kryzysy stawiały pytania o optymalny model integracji europejskiej, o tyle obecny kryzys wartości i wzajemnego zaufania w postaci kwestionowania przez jedno z państw członkowskich Unii Europejskiej liberalnej demokracji, rządów prawa, praw mniejszości i atakowania niezależnych sądów, uderza w same podstawy aksjologiczne Unii i wywołuje egzystencjalne pytanie: „dlaczego my, Europejczycy, jesteśmy nadal razem”. […] Niewiele osób pamięta, że w traktacie paryskim z 1951 r. pierwsza z europejskich wspólnot – Węgla i Stali – była oparta na jednym fundamentalnym założeniu: łączymy się i integrujemy nasze przemysły, ponieważ zakładamy, że istnieją określone wspólne i minimalne wartości i esencjonalia konstytucyjne, które, mimo różnic i tragedii wojny, powodują, że chcemy być mimo wszystko razem. […] Państwa europejskie kiedyś rozstrzygały spory na polu bitwy i w drodze krwawych konfliktów. Siłą i ambicją Unii miało być oparcie się na prawie i instytucjach, które wiążą wszystkich. Dlatego po 1945 r. standardy europejskiej kultury i praktyki konstytucyjnej kształtowała tradycja liberalna, która zakłada prymat prawa nad polityką. Prawo miało cywilizować i brać w karby doraźną politykę. Pomne tragicznych doświadczeń z przeszłości, gdy wola większości stawała się tępym narzędziem opresji i prowadziła do niewyobrażalnego bezprawia i zbrodni”, państwa europejskie były gotowe zrezygnować z części swojej suwerenności na rzecz niezależnej wspólnoty i silnych instytucji ponadnarodowych. Dlatego po 1945 r. europejski konstytucjonalizm odnalazł swoje powołanie w wyeksponowaniu prawa jako siły, dzięki której Europa zostanie odbudowana w wymiarze zarówno duchowym, jak i materialnym. […] Od tej pory każdorazowo wyłoniona demokratycznie większość musiała przestrzegać podstawowych reguł porządku konstytucyjnego, które miały być ponadczasowe; do ich zmiany nie wystarczał już prosty argument: „wygraliśmy wybory”. […] Władza polityczna miała być ograniczona nie tylko od wewnątrz (katalog praw i wolności konstytucyjnych, instytucje, podział władzy), ale także od zewnątrz (struktury europejskie), aby polityczny wybór na poziomie krajowym już nigdy więcej nie doprowadził do autorytaryzmu i hekatomby w imię unikalności „mojego narodu”. W tym celu europejski konstytucjonalizm powojenny został zakorzeniony w symbolicznym „nigdy więcej” i dzisiaj składa się z kilku fundamentalnych zasad. Po pierwsze, konstytucja musi być akceptowana jako najwyższe prawo bez względu na to, kto zdobywa chwilową większość parlamentarną. Po drugie, obowiązkiem państwa jest przestrzeganie praw i wolności konstytucyjnych obywateli, które wyznaczają granice działania każdej władzy. Po trzecie, władza na poziomie krajowym zostaje poddana kontroli z zewnątrz w postaci silnego i niezależnego mechanizmu sądowej kontroli sprawowanej przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu i Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. […] Wielka idea integracji europejskiej zrodziła się z dążenia do zapobieżenia nadużyciom opacznie rozumianej suwerenności, a jej sensem od samego początku było i jest nieustanne przypominanie państwom z zewnątrz, że wiąże je coś więcej niż tylko prawo krajowe i że kiedy funkcjonują we wspólnocie, nie wolno im wszystkiego. Integracja jest przede wszystkim symbolem przywiązania do wspólnych wartości i instytucji w obrębie projektu, który z założenia odrzuca izolację i hierarchię. Odpowiedzialność za Europę nie należy ani do państw, ani do Unii Europejskiej, ale leży po stronie „sieci” powiązanych ze sobą graczy publicznych i prywatnych, wobec których Unia powinna odgrywać rolę mediatora. […] Obecnie, w czasach Donalda Trumpa i pierwszej od 1945 r. wojny pukającej do granic Unii, w czasach polityki cynizmu i relatywizmu, szczególnego znaczenia nabierają wierność podstawom europejskiej integracji, obrona przed powrotem do protekcjonizmu, państwowego egoizmu i nacjonalizmu. Naszą odpowiedzią i potwierdzeniem, że faktycznie nauczyliśmy się z bolesnych lekcji przeszłości, musi być stale potwierdzane przywiązanie do projektu integracyjnego i wiara, że zawsze więcej nas łączy, niż dzieli i że współpracując mamy więcej do zyskania niż stracenia. Tak często eksponowane motto Unii „zjednoczeni w różnorodności” oznacza także „zjednoczeni z różnorodności”. […] Niech, parafrazując słowa Hannah Arendt, świat miniony będzie faktycznym źródłem doświadczenia w teraźniejszości. To nie jest tylko piękna figura retoryczna, ale coś, co musi być stale i zawsze przypominane. […] [N]iestety w Polsce (i nie tylko) cały czas nie rozumiemy wyzwania czasów, w których żyjemy. Po destrukcji państwa prawa jako fundamentu powojennego ładu europejskiego w latach 2015 – 2023 coraz częściej odwracamy się od wspólnoty (gdy np. dyskutujemy, czy wykonywać wyroki TSUE). Rozedrgani emocjonalnie prowadzimy dyskusję, która zamiast rzeczywistość tłumaczyć, czyni ją zakładnikiem przebrzmiałych koncepcji. W rozmowie o Europie fundamenty integracji w postaci wspólnej odpowiedzialności państw i narodów za przyszłość Europy są dla nas nadal terminami obcymi. Najlepiej czujemy się w świecie „swojej” konstytucji i historii widzianej od wewnątrz, a jeżeli już do Europy „puszczamy od czasu do czasu oko”, to tylko jako „Europy państw”, a nie wspólnego projektu opartego na dialogu, kooperacji i kompromisie, który odrzuca izolację i hierarchię. […] W Polsce cały czas jest trudno tak mówić i myśleć o Europie, skoro sztandarowym hasłem dla własnego elektoratu nadal pozostaje antagonizujące „jak coś nie wychodzi, winna jest Bruksela”. W ten sposób jednak nie uda się nigdy zbudować społecznego szacunku i zrozumienia dla procesów integracyjnych nad Wisłą. Wprost przeciwnie – to prosta droga do zburzenia społecznego poparcia dla Europy, które powoli staje się naszą nową rzeczywistością. […] „Nasza Europa” emancypuje jednostkę – prawdziwego beneficjenta integracji, który żyje na granicy systemów i nigdy nie należy już wyłącznie do terytorium wyznaczonego granicami „swojego” państwa. Dzięki prawu europejskiemu obywatel jest chroniony lepiej przed własnym państwem, dokonuje nowych wyborów i poszerza swoją przestrzeń życiową. […] „Nasza Europa” dzisiaj przegrywa, bo jej liderzy przestali rozumieć wyzwania czasów, w których żyją. Prowadzą dyskusję rozedrganą emocjonalnie i czynią ją zakładnikiem przebrzmiałych koncepcji, zdominowanych podejrzliwością i nieufnością. Dyskusja przebiega cały czas w cieniu potężnych państw suwerennych, którym nadal wszystko (w zasadzie) wolno, i które Unię postrzegają z podejrzliwością i nieufnością. W ten sposób jednak historia zatacza zgubne koło, ponieważ przemawiający w imieniu państw dowodzą, że nie uczą się na swoich błędach. […] Aby o Europie można było kiedyś powiedzieć „nasza Europa”, musimy stawić czoła trzem wyzwaniom.Po pierwsze, zrozumieć państwo we wspólnocie. Europę, jej relację z państwami, obywatelami i światem zewnętrznym, trzeba dzisiaj przemyśleć na nowo, a nie cynicznie się od niej odwracać w chwili największej próby. Z pewnością Unia nie jest organizacją idealną. Nie może jednak taką być, ponieważ dalekie od ideału są państwa, które ją tworzą,
[…] Po drugie, przyjąć język pozytywny i eksponować brak sprzeczności między integracją a państwami. Chodzi raczej o godzenie i łączenie, a nie separowanie i podkreślanie za wszelką cenę odrębności. Na nieufność i podejrzliwość nie ma już miejsca i czasu.
[…] Po trzecie, zrozumienie, że egzekwowanie przez Unię wobec Polski przestrzegania wspólnych wartości nie jest wcale próbą narzucania nam czegokolwiek. Raczej jest po prostu przypominaniem Polsce, do czego się dobrowolnie zobowiązała w 2004 r.
To wszystko spięte fundamentalnym założeniem o wspólnocie wartości, zgodnie z którym mimo różnic pomiędzy państwami i narodami europejskimi musi istnieć nienaruszalny rdzeń integracji, który wiąże w sposób równy wszystkie państwa członkowskie.
[…] Wartość podstawowa w postaci praworządności („rule of law„) nie podlega negocjacjom, ponieważ stanowi warunek wzajemnego zaufania państw członkowskich wobec siebie. Prawo i szacunek dla prawa oraz kontrola władzy przez niezależne instytucje w celu wykluczenia elementu arbitralności to zasady, które legły u podstaw pierwotnego konsensusu europejskiego w 1951 r. i nadal zachowują swoją aktualność. Nie ma z kolei praworządności bez niezależnych sądów i niezawisłych sędziów. […] Państwo narodowe kurczy się na naszych oczach, ale nie dlatego, że Unia jest tak zachłanna i stawia sobie za cel zniszczenie państw, a dlatego, że taka jest logika czasów, w których żyjemy – czasów znaczonych zmianą, globalizacją i rozproszeniem kompetencji państwowej na nowe poziomy i sfery. Odpowiedzią może być tylko otwarcie i lojalność wobec projektów integracyjnych, […] [S]łuchając wypowiedzi polskich, europejskich i unijnych polityków nie ma wątpliwości, że pilnie potrzebują nowego języka, który pozwoli na nowo opisać miejsce państw wobec Europy i zrozumieć, że w Unii nie ma miejsca na tendencje autorytarne. […] [A]ni politycy krajowi ani eurokraci nadal nie rozumieją wagi dryfowania przez którekolwiek państwo wspólnoty w kierunku autorytaryzmu i zgubnych konsekwencji podważania od wewnątrz istoty integracji. Kryzys wartości chcą zażegnywać swoimi ukochanymi wykresami, tabelkami i „odfajkowywaniem” zgodności z technicznymi kryteriami, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością i tym, jak prawo integracji zmienia życie obywateli i dotyka ich spraw codziennych. […] „Europejska tolerancja” łącząca integrację z poszanowaniem odrębności narodowych przypomina niekończącą się podróż. Rezultat nie jest ustalony z góry, ale podlega negocjowaniu i spieraniu się, a każdy jest gotów ustąpić. Unia nam niczego nie narzuca, raczej egzekwuje tylko warunki kontraktu, który podpisaliśmy w 2004 r. Bycie we wspólnocie oznacza, że jej członkowie dobrowolnie przyjmują określone reguły postępowania, które wiążą wszystkich jako warunek życia obok siebie – zawsze w cieniu okrucieństw, które jedni Europejczycy nieśli innym w imię własnej wyjątkowości. […] Gdy stajesz się częścią wspólnoty, korzyści idą w parze z obowiązkami, a twoje wybory na poziomie krajowym (np. w zakresie wymiaru sprawiedliwości) muszą zawsze pozostawać w zgodzie z nienegocjowalnym rdzeniem integracji. Dzisiaj triada „rule of law – podział władzy – sędziowska niezawisłość” stanowi o istocie tożsamości europejskiej przestrzeni publicznej i spełnia funkcję standardu dla oceny działania w jej obrębie. Jeśli jej przestrzegasz, należysz do europejskiej przestrzeni. Jeżeli nie, twoje miejsce jest poza wspólnotą. […] W latach 2015 – 2023 rozgrywał się […] w Polsce spektakl, w którym każdy grał swoją rolę na politycznej planszy gry zatytułowanej „jak manipulować prawem i instytucjami” i „jak niszczyć prawo i instytucje, gdy stawiają opór”. To spektakl, w którym pseudosąd konstytucyjny tworzył pozory legalności, a parlament przy aktywnym udziale prezydenta, co chwila ponawiał legislacyjne próby przejęcia resztki niezawisłego wymiaru sprawiedliwości i wygaszania wszelkich oznak oporu, a rząd kolektywnie i jego ministrowie jako soliści chlubili się na każdym kroku niewykonywaniem wyroków. Efekty tego niszczącego procesu są odczuwalne każdego dnia, gdy bezradnie oswajamy zastane bezprawie, którego trwanie każdego dnia oznacza faktyczny pełzający polexit. […] Czy zapomnieliśmy, że zaledwie 21 lat temu od Europy dzieliła nas granica, a do podróżowania niezbędny był paszport? Wolność podróżowania, pracy, zakupy w Berlinie, wakacje w Grecji nie są nam dane raz na zawsze tylko dlatego, że Polska jest wybrańcem narodów, któremu cały czas coś się należy. Gdy rezygnujemy ze wspólnoty i kwestionujemy wartości, których przestrzeganie połączyło nas w 2004 r., musimy także zrezygnować z tego otwarcia i wszystkich okazji, które się z nim łączą. Taki „elementarz” jest obywatelską odpowiedzią na politykę resentymentu, ignorancji i nienawistną narrację o niedobrej Europie, która rzekomo knuje przeciwko Polsce, nie docenia naszej odrębności, dybie na naszą suwerenność etc., etc. To w końcu próba wyjścia ponad dominującą w Polsce perspektywę mikro wyznaczoną przez spory „tu i teraz”, zamiast refleksji makro: „co dalej?” i jak to „co dalej” wpłynie na nasze życie i zmieni życie tych, którzy przyjdą po nas. […] Mimo tego wszystkiego myślmy o Europie, głosujmy za Europą (i Polską w niej) oraz rozumiejmy dalekosiężne zgubne konsekwencje polityki z lat 2015 – 2023, która zatruła serca i podzieliła nas. W 2026 r. poturbowana Polska i zdezorientowana opinia publiczna potrzebują bardziej niż kiedykolwiek obywatelskiej narracji, myślenia i sporu o przyszły kształt Europy i miejsce naszej konstytucji w tym niekończącym się procesie uczenia się od innych, a zarazem uczenia innych o sobie. Dzisiaj pytaniem, które musi wyznaczać nasz europejski dyskurs, nie jest już tylko tradycyjne pytanie „co” (rynek), ale przede wszystkim: „dlaczego”. Dlaczego my, Europejczycy, jesteśmy nadal razem, mimo wszystkich występujących między nami różnic. […] Każdy, komu jeszcze zależy na Europie, powinien znaleźć „swój Szemud”. Mówić. Tłumaczyć. Słuchać. Mobilizować. […]Tomasz Tadeusz Koncewicz
– profesor prawa, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystki Prawniczej Uniwersytetu Gdańskiego, adwokat, członek Editorial Board Oksfordzkiej Encyklopedii Prawa Europejskiego i Zespołu Ekspertów ds. kontroli konstytucyjności prawa przy Marszałku Senatu RP. Zasiada w Radzie Fondation Jean Monnet pour l’Europe w Lozannie.
„Jak rozmawiać o Europie i o niebezpieczeństwach polexitu? Takiego kryzysu UE jeszcze nie przechodziła„, Gazeta Wyborcza, 17 stycznia 2026
Zdjęcie z profilu FB Urzędu Gminy Szemud