Leszek M. Myczka: W karczmie z „Trylogii” przy Placu Krasińskich

5
(1)

Czasem człowiekowi przypomina się nie kodeks postępowania cywilnego, tylko szlachecka karczma z „Trylogii”. Oto grupa ławników Sądu Najwyższego udaje się do świeżo powołanego I prezesa SN i mówi mu – w największym skrócie – żeby może jednak sam ustąpił. Dla dobra Polski. Dla praworządności. Dla historii. I wszystko byłoby nawet wzruszające, gdyby nie to dziwne poczucie, że oto uczestnicy wieloletniego kryzysu państwa zaczynają wierzyć, iż wystarczy jeszcze jedna uchwała, jeszcze jedno oświadczenie, jeszcze jedna konferencja prasowa i przeciwnik nagle dozna olśnienia.

Naprawdę?

Po ośmiu latach ulicznych protestów, setkach demonstracji, marszach, świecach, okrzykach i policyjnych barierkach, kolejnych potem dwóch latach przewalanki i wet ktoś jeszcze wierzy, że człowiek wskazany przez obóz polityczny budujący swój porządek instytucjonalny od 2015 roku nagle usiądzie przy stole i powie: „Rzeczywiście, przekonaliście mnie państwo uchwałą numer 9/2026”?

Was się, Panowie Ławnicy, figle trzymają.

Bo to już nie jest spór akademicki o interpretację prawa. To nie seminarium konstytucjonalistów. To wieloletnia wojna o państwo, prowadzona wszystkimi dostępnymi metodami: ustawami, nominacjami, mediami, symbolami, emocjami i cierpliwością. A wojny polityczne mają to do siebie, że nie kończą się po grzecznej rozmowie w gabinecie.

Najbardziej uderza jednak ton całej historii. Z jednej strony padają oskarżenia o „uzurpowanie”, „nielegalność”, „delikt konstytucyjny”, wezwania do Trybunału Stanu i opowieści o ratowaniu demokracji. Z drugiej – niemal pojednawcza propozycja wspólnej rezygnacji: wy odejdziecie, my odejdziemy, wszyscy razem zamkniemy ten rozdział. Jakby chodziło o konflikt w radzie osiedla, a nie o fundamenty ustrojowego chaosu ostatnich lat. Tylko że tamta strona od dawna nie gra już w ten sposób. I chyba właśnie tego część środowiska prawniczego nadal nie chce przyjąć do wiadomości. Nadal wierzy, że istnieje jakaś wspólna płaszczyzna autorytetu, wspólny język, wspólny szacunek dla wyroków europejskich trybunałów i dawnych reguł państwa prawa. Tymczasem druga strona od lat odpowiada dokładnie to samo: mamy własny mandat, własną legitymację i własne instytucje. I was mamy w dupie!

I można się z tym nie zgadzać. Można uważać to za katastrofę dla państwa. Ale trudno jednocześnie udawać zaskoczenie.

A jednak: ludzie, którzy przez lata alarmowali, że państwo jest systemowo rozmontowywane, nadal próbują ratować sytuację gestami starej republiki: rozmową, uchwałą, apelem do sumienia. Jakby przeciwnik wciąż czuł się związany tym samym kodeksem honorowym.

Stary Kiemlicz powiedziałby to zapewne krócej, dosadniej i z większym użyciem staropolskich przekleństw. Bo on przynajmniej wiedział jedno: jeśli ktoś zdobył zamek, to nie odda go dlatego, że pod bramą pojawi się delegacja z papierem i patriotycznym apelem.

A jednak jest w tej historii coś smutnego. Bo ci ławnicy wciąż próbują zachować resztki wiary, że państwo można jeszcze posklejać bez całkowitego wywracania stołu. Że da się cofnąć kryzys eleganckim ruchem, wspólnym ustąpieniem, symbolicznym gestem.

Problem polega na tym, że Polska dawno już wyszła z epoki symbolicznych gestów. Teraz każdy obóz chce mieć własny sąd, własną praworządność, własną definicję konstytucji i własnych patriotów.

I dlatego właśnie ta scena pod drzwiami Sądu Najwyższego brzmi dziś bardziej jak gorzki żart niż początek pojednania.

Leszek M. Myczka

Komentarz wcześniej został opublikowany na profilu FB Autora

Tytuł od redakcji MK

Na zdjęciu (z profilu FB Przemysława Wiszniewskiego, ławnika SN) –spotkanie ławników ze Zbigniewem Kaoińskim

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 1

No votes so far! Be the first to rate this post.

5 1 głos
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów