Pojawiają się w debacie publicznej głosy, że błędem było wstrzymywanie się z wyborem sędziów do Trybunału Konstytucyjnego w wypadku pojawianie się kolejnych w nim wakatów.
Nie zgadzam się z takim stanowiskiem. Wcześniej, w 2016 r., doprowadzono do sytuacji niekonstytucyjności w pozycji tego ważnego organu. Należało więc przed wyborem pierwszych dwóch sędziów, bo najpierw zawakowały dwa stanowiska, dokonać takich zmian w ustawodawstwie, które przywróciłyby stan konstytucyjności Trybunału i dopiero wtedy dokonywać obsady wolnych stanowisk sędziowskich. Nie można było przy tym zakładać z góry, że prezydent naprawę Trybunału Konstytucyjnego zablokuje.
Tak się stało w wyniku weta, wiemy więc, na czym stoimy i dlatego wybór szóstki sędziów, wprawdzie z pewnym opóźnieniem, był już konieczny, bo nie można dopuścić do wygaszenia działania Trybunału w ogóle.
Nie można też zakładać, że konstytucja dopuszcza jakąkolwiek formę kontroli prezydenta nad procesem wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego przez Sejm. Prezydent działa przecież, jak każdy organ, w granicach i na podstawie prawa – a takiej kompetencji nie ma. Gdyby tak było, taka kompetencja, jako nie-prerogatywa, podlegałaby kontrasygnacie premiera. Czysty absurd: premier kontrolowałby nie tylko prezydenta ale i wybór samych sędziów Trybunału!
Wybrani sędziowie nie mogą nie złożyć ślubowania – muszą zamanifestować swą wolę podjęcia misji orzeczniczej, bo inaczej brak takiej woli może być potraktowany jako odmowa złożenia ślubowania.
Jakoś to ślubowanie „wobec prezydenta” muszą więc złożyć, a nigdzie nie jest powiedziane, że musi to być siedziba prezydenta.
Jerzy Adam Stępień
Autor opublikował wcześniej komentarz na swoim profilu FB