Po wiekach samouwielbienia szlacheckiego od dwu stuleci przyzwyczailiśmy się patrzeć na ustrój Rzeczypospolitej Polsko-Litewskiej jako na twór wyjątkowo nieudany, który musiał doprowadzić do upadku państwa. Pouczali nas o tym historycy niemieccy, austriaccy czy rosyjscy, którzy z wysokości swych zwycięskich, „dobrze zorganizowanych”, scentralizowanych monarchii absolutnych nie dostrzegali żadnych pozytywnych wartości w zanarchizowanej ich zdaniem Rzeczypospolitej. Po upadku powstania styczniowego przyjęła tę postawę także część historyków polskich, słynna szkoła krakowska, która skłonna była dostrzegać od początku ukształtowania się Rzeczypospolitej właśnie w jej ustroju nie tyle zarodki co przyczynę ostatecznej katastrofy państwa. W okresie międzywojennym krytyka ta osłabła, pojawiali się badacze, jak Władysław Konopczyński, pieczołowicie wyważający blaski i cienie w strukturze państwa polsko-litewskiego, ale parlamentaryzm szlachecki nadal nie budził entuzjazmu zwolenników rządów autokratycznych.
Po dyktacie jałtańskim, w dobie stalinizmu, historiografia marksistowska z równym zapałem przystąpiła do negowania wszelkich wartości i osiągnięć tak Pierwszej jak i Drugiej Rzeczypospolitej. System władzy reprezentowany przez Pierwszą Rzeczpospolitą traktowano jako anachroniczny i anarchiczny. Wznawiano więc bardzo krytyczną wobec ustroju Rzeczypospolitej historię Polski Dobrzyńskiego, potępiano – zwłaszcza w pracach syntetycznych czy w podręcznikach – politykę zewnętrzną i wewnętrzną państwa szlacheckiego. Dopiero w latach sześćdziesiątych znalazła się grupa historyków z różnych ośrodków, która przeciwstawiła się tej krytyce, podjęła gruntowne badania nad funkcjonowaniem państwa szlacheckiego i starała się obiektywnie spojrzeć na parlamentaryzm szlachecki oraz na cały system władzy panujący w Rzeczypospolitej. Wkrótce powstały pierwsze syntezy dalekie od prymitywizmu marksistowskiego, zaś badania nad tym okresem naszych dziejów rozwinęły się szeroko.
Każdy historyk jest więźniem swego czasu i okoliczności, w których tworzy swe dzieła. Stąd w starożytności a i później przez wiele wieków historię uważano nie tyle za naukę ile za jedną ze sztuk (nad którą czuwała jedna z muz, Klio). Do dzisiaj zresztą są historycy, którzy wyżej cenią sposób przedstawienia przeszłości niż prawdę i ścisłość historyczną, ciesząc się przy tym znaczną popularnością i poczytnością wśród miłośników historii. Ale i zwykły rzemieślnik historii, przestrzegając wszelkich reguł, jakie mu narzuca obecnie nauka historyczna, nie jest wolny od ulegania swym apriorycznym poglądom, sympatiom czy antypatiom, zwłaszcza ideologicznym i politycznym. Stąd różnorodność ujęć historii. Niemal każde pokolenie pisze odrębną, oryginalną historię, która opiera się na tym samym czy bliskim (nie neguję znaczenia kwerend źródłowych, które poszerzają znajomość faktów i zjawisk historycznych) materiale faktograficznym, rozmaicie jednak usystematyzowanym, wyselekcjonowanym i interpretowanym. W ten sposób teraźniejszość tworzy przeszłość, czy raczej wzbogaca wiedzę o niej.
Nie inaczej dzieje się i obecnie. Wróćmy do Pierwszej Rzeczypospolitej. Przywykliśmy utożsamiać ją z Polską, a jej mieszkańców z Polakami. Tak działo się z powodów, które można zrozumieć, w dobie rozbiorów, tak uczono pod rządami komunistów, którzy realizując nacjonalistyczną myśl Dmowskiego, by Polska była krajem Polaków, tworzyli per fas et nefas mit państwa jednonarodowego, odrzucając tradycję państwa nie obojga (jak to przypomniał Jasienica) ale wielu narodów, jakim była Polska jeśli nie od Kazimierza Wielkiego to od Jagiellonów. Dopiero w ciągu kilkunastu ostatnich lat, kiedy Polska odzyskała niezależność a wraz z nią także jej bliżsi i dalsi sąsiedzi, odradza się prawda o tradycyjnym charakterze państwa polskiego jako państwa wielonarodowego, które nie było „więzieniem narodów” jak carska czy sowiecka Rosja, ale wolnym krajem, w którym każdy z tych narodów mógł rozwijać właściwe mu wartości, współtworząc w ten sposób te osiągnięcia w zakresie kultury politycznej i artystycznej, którymi może się szczycić Rzeczpospolita polsko-litewska, i te sukcesy, które przyniosła wspólna walka w obronie Rzeczypospolitej zwłaszcza w XVII wieku.
Odradzanie się tej prawdy nie jest łatwym procesem, gdyż rozbiorcy, zwłaszcza Rosjanie starali się przez dwa wieki wpajać w Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Niemców, Żydów przekonanie, że w ramach Rzeczypospolitej spadały na nich tylko ciężary, ograniczenia, nietolerancja i dopiero rozbiory poprawiły ich sytuację. Również ruchy nacjonalistyczne, związane z budzeniem się świadomości narodowej, krytycznie oceniały okres koegzystencji w państwie polsko-litewskim, co uwydatniło się zwłaszcza w dwudziestoleciu międzywojennym, pociągając tragiczne skutki podczas okupacji niemieckiej. Aby przełamać tę zaporę uprzedzeń i nieufności trzeba wciąż wielu wysiłków i starań. Toteż na specjalne uznanie zasługuje powołanie przez prof. Jerzego Kłoczowskiego Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej w Lublinie. Instytut ten zaczął swą działalność od rewizji dotychczasowych ujęć dziejów Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi poprzez wspólne dyskusje i publikacje. Owocem tych działań jest opracowywanie historii tych narodów, wolnej od mitów i wzajemnych uprzedzeń, przedstawiającej zarówno pozytywne jak i negatywne strony ich koegzystencji w Rzeczypospolitej szlacheckiej. Właśnie w ramach powstałych w ten sposób wydawnictw ukazała się przed rokiem „Historia Rzeczypospolitej wielu narodów” Andrzeja Sulimy-Kamińskiego, profesora na znanym, jezuickim Georgetown University w Waszyngtonie. Zastanawiając się nad wartościami, jakie wniosła w dzieje tych narodów koegzystencja w ramach Rzeczypospolitej szlacheckiej, za szczególnie cenny uważa on wzorzec społeczeństwa obywatelskiego.
Można się zastanawiać, czy profesor prestiżowego uniwersytetu, z którego wywodzi się wielu amerykańskich działaczy politycznych, nie uległ tendencji do modernizacji posługując się pojęciem politologicznym, modnym obecnie w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej. Jednakże dokładniejsza lektura jego książki rozprasza te obawy, a nieuprzedzonemu znawcy dziejów Pierwszej Rzeczypospolitej trudno oprzeć się wrażeniu, że Sulima-Kamiński trafił w sedno, odwołując się do tego pojęcia.
Społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo świadome swych uprawnień a zarazem wynikających z nich obowiązków wobec swego państwa, to społeczeństwo, którego członkowie wyróżniają się umiłowaniem wolności, poczuciem osobistej godności, przywiązaniem do swych instytucji samorządowych oraz dumą z możliwości sprawowania i kontrolowania władzy państwowej. Właśnie takie społeczeństwo powstawało w Rzeczypospolitej. Mamy jego znamienną charakterystykę, już z 1648 r., pióra Łukasza Opalińskiego: „Jeśli chodzi o sprawy publiczne, to jeździmy na sejmiki, z prawem głosu a nawet sprzeciwu. Szerokie tam pole dla wielkoduszności, pozyskania sławy, udowodnienia miłości ojczyzny i pracy dla dobra ogółu. Tam bowiem strzeżemy praw, tam o wszystkim wydajemy sądy, protestujemy, nie pozwalamy, tam radzimy z dziwnym umiarkowaniem, między szacunkiem dla panującego a obroną wolności, nad dobrem ojczyzny. Tam przede wszystkim właściwości naszego ustroju znajdują odpowiednie zastosowanie i pokierowanie. W tym celu nasza młodzież pobiera nauki, aby je kiedyś ujawnić na pożytek Rzeczypospolitej z wielką sławą zdolności, rozsądku i wymowy (…) Prawdą jest, że nienawidzimy niewoli. I czemuż nie. Ową zarazę natury ludzkiej (…) najgorszą klęskę, jaką zadać może los przeciwny, karę ostateczną życia doczesnego, rodzicielkę wreszcie wszelkich nieszczęść i złej doli! (…) kochamy zaś wolność, nie powiem złotą, ale bezcenną, która jest szczególnym darem ducha i nagrodą dobrego żywota. Szczęśliwiśmy z tego losu! Błogosławiona nasza ojczyzna z powodu tego daru Boga, a tym bardziej błogosławiona, im rzadszy u innych ludów ten klejnot, im mniej znany ten skarb”.
Pisał te słowa wielkopolski magnat myśląc wyłącznie o szlachcie. Już jednak w najbliższych latach, podczas klęsk, jakie spadały na Rzeczpospolitą właśnie od 1648 r., miało się okazać, że nie tylko ciesząca się pełnią praw politycznych szlachta, ale mieszczaństwo, a także poddani chłopi wysoko sobie cenili wartości reprezentowane przez Rzeczpospolitą i ofiarnie walczyli z najeźdźcami.
Powszechnie znaną obronę klasztoru i twierdzy jasnogórskiej przed Szwedami poprzedziła w 1654 r. podobna obrona miast i twierdz w Wielkim Księstwie Litewskim przed najazdem Moskali, sienkiewiczowskich Septentrionów, o których pisarz, z uwagi na cenzurę carską, mógł tylko zdawkowo wzmiankować. Najazd ten odbywał się pod hasłem wielkiej krucjaty prawosławia. Car nie zdołał jednak pozyskać sobie ani współwyznawców w Wielkim Księstwie, ani białoruskich, litewskich czy żydowskich mieszczan i chłopów, nie wspominając już o szlachcie, którzy bohatersko – mimo zdawałoby się beznadziejnej sytuacji ze względu na porażki wojska Księstwa Litewskiego – bronili swych miast Krzyczewa, Witebska, Słucka czy Starego Bychowa. Część z nich oparła się wielomiesięcznemu oblężeniu, gdy inne padały, powstawały oddziały partyzanckie, które nie ustawały w walce z Rosjanami. Podobną postawę zajął i wówczas, i w 1734 r. Gdańsk ze swym niemieckim i luterańskim mieszczaństwem. O takiej postawie nie decydował bowiem czynnik religijny, ani pochodzenie etniczne, ale poczucie tego, co można by nazwać obywatelstwem Rzeczypospolitej, co wyraził już w XVI w. Stanisław Orzechowski mówiąc o sobie, że jest gente Ruthenus, natione Polonus. Rzeczpospolita, mimo wszelkich swych wad, reprezentowała dla wchodzących w jej skład narodowości i dla wszystkich warstw ludności wartości, dla których warto było walczyć z carskim despotyzmem czy szwedzkim absolutyzmem. Społeczeństwo obywatelskie to społeczność nie tylko samorządna ale i gotowa bronić swego państwa.
Postawa mieszczan i chłopów w latach kryzysu mogła być tym mniej oczekiwana, że przez cały okres istnienia Pierwszej Rzeczypospolitej społeczeństwo jej było społeczeństwem stanowym, w którym uprzywilejowany i dominujący stan stanowiła szlachta. Była ona stosunkowo liczna, bo sięgała 10% ludności. Obejmowała bardzo zróżnicowane grupy ludności, zarówno ze względu na pochodzenie etniczne i wyznanie, jak wreszcie sytuację społeczną – od magnatów, posiadaczy obszernych latyfundiów, poprzez właścicieli jednej czy kilku wsi, tzw. szlachtę średnią, po szlachtę zagrodową i nie dysponującą żadną własnością ziemską gołotę, wysługującą się bogatszej szlachcie czy to w administracji jej dóbr, czy w życiu politycznym – grupa ta bowiem miała do Sejmu Wielkiego prawo uczestniczenia w sejmikach jeżeli nie we wszystkich (bo gdzieniegdzie jej tego zakazywano) to w większości, czy też pełniąc służbę w wojskach prywatnych. Cały ten podział jest w gruncie rzeczy wymyślony przez historyków, wszelkie bowiem podziały w łonie szlachty nie miały charakteru formalnego ani w postaci odpowiednich tytułów, wyróżniających w większości państw europejskich arystokrację (stąd znaczna część tytułów, z jakimi obecnie spotykamy się w Polsce, pochodzi z nadań zaborców), ani w ograniczaniu uprawnień którejś z grup, z wyjątkiem tej szlachty, która zajmowała się handlem oraz rzemiosłem i przyjmowała prawo miejskie, a od drugiej połowy XVII w. także niektórych grup wyznaniowych. Przejście z jednej grupy szlacheckiej do innej nie łączyło się z żadnymi prawnymi postanowieniami, ale raczej z posiadanym majątkiem, sprawowaną funkcją (np. senatora), a zwłaszcza z uznaniem ze strony pozostałej szlachty danego województwa czy ziemi. Ten egalitaryzm szlachecki nie przeszkadzał temu, że w polityce liczyły się tylko dwie pierwsze grupy szlachty, które odgrywały dominującą rolę na sejmikach i w sejmie.
Przywileje i uprawnienia, jakie zdobyła sobie szlachta, były wynikiem paruwiekowych starań i zabiegów, które uwieńczone zostały w XV w. utrwaleniem pozycji sejmików, powstaniem sejmu, w którym uczestniczyli niemal wyłącznie przedstawiciele szlachty, przyjęciem zasady nietykalności osobistej bez wyroku sądowego (neminem captivabimus). Jednak ostateczna forma władz w Rzeczypospolitej ustalona została dopiero w XVI w., kiedy szlachta średnia (w znacznej mierze kalwińska i ariańska) zdobyła sobie dominującą pozycję w sejmie, doprowadziła w Lublinie do unii z Litwą, zaś w dobie pierwszego bezkrólewia przygotowała pierwszą w Polsce konstytucję, którą pod nazwą Artykułów henrykowskich musiał od 1573 r. zaprzysięgać każdy nowowybrany monarcha. Nawiasem mówiąc nie używano wówczas pojęcia konstytucji w nowoczesnym znaczeniu tego słowa, ale nazywano tak każdą uchwałę sejmową, stąd przy Artykułach henrykowskich nazwa ta nie mogła się pojawić. Ale jeśli chodzi o charakter i wagę zawartych w nich postanowień, Artykuły henrykowskie odpowiadają dzisiejszemu pojęciu konstytucji i tak są traktowane przez wielu historyków.
Z tego względu pozwalamy sobie przypomnieć te postanowienia, na których opierał się cały proces kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego w Pierwszej Rzeczypospolitej. Zawierały więc one obok zasady powoływania królów wyłącznie w drodze wolnej elekcji, w której miała prawo uczestniczenia cała szlachta, obowiązek regularnego zwoływania sejmu, który wyrósł od czasu konstytucji Nihil novi z 1505 r. na najwyższy organ prawodawczy. Do jego kompetencji należało wyrażanie zgody na pospolite ruszenie, nakładanie podatków, wyznaczanie liczebności wojska, podejmowanie postanowień dotyczących zasadniczych kierunków polityki zewnętrznej, kontrolowanie działalności króla i ministrów, przyznawanie indygenatu i noblitacji. Samodzielność sejmu ograniczał wszakże fakt, że jednym z jego zasadniczych członów czyli „stanów”, jak je wtedy nazywano, był sam monarcha i jego zgoda była niezbędna dla uznania ważności uchwał sejmowych. Natomiast mianowany przez króla (dożywotnio) senat miał służyć mu radą i czuwać nad posunięciami dyplomatycznymi, łącznie z decyzją o wojnie i pokoju. Z senatorów też miał się składać wybierany przez sejm organ doradczy i kontrolny przy królu – rada rezydentów. Na królu spoczywał obowiązek utrzymywania z dochodów ze swych dóbr wojska kwarcianego, opłacania pospolitego ruszenia w razie użycia go za granicą oraz przestrzegania prawa, w tym zwłaszcza tolerancji religijnej, zgodnie z postanowieniami konfederacji warszawskiej z tegoż 1573 r. Gdyby król nie stosował się do praw krajowych, szlachta mogła wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Na tej zasadzie opierały się późniejsze rokosze i antykrólewskie konfederacje.
Sejm walny był najwyższą instytucją decydującą o sprawach państwa ale i najważniejszą szkołą wychowania obywatelskiego. Zachowane diariusze sejmowe, w których znajdują się wystąpienia członków izby poselskiej i senatu, przy daleko posuniętej swobodzie wypowiedzi dobitnie świadczą o głębokim poczuciu odpowiedzialności za losy kraju wśród zdecydowanej większości posłów i senatorów i o ich wysokiej kulturze politycznej. Wyrastali spośród nich wybitni parlamentarzyści, którzy służyli za wzór innym, jak w XVI w. przywódcy ruchu egzekucji praw, marszałkowie izby poselskiej Hieronim Ossoliński z Małopolski, Rafał Leszczyński z Wielkopolski, a zwłaszcza podkomorzy chełmski Mikołaj Sienicki czy nieco później Jan Zamoyski, który w sejmie zaczynał swą karierę wielkiego polityka, statysty jak wówczas mówiono, i w sejmie – jako senator – miał ją zakończyć. W XVII w. kontynuowali te tradycje Jerzy Ossoliński, z czasem kanclerz wielki koronny, ojciec króla Jakub Sobieski, doświadczony parlamentarzysta, który dotarł do najwyższej godności senatorskiej kasztelana krakowskiego, zaś w drugiej połowie wieku Jan Gniński, który został później podkanclerzym koronnym. Czasy saskie nie sprzyjały powstawaniu tego rodzaju talentów, choć u ich początków działał wytrawny parlamentarzysta a zarazem najbardziej oryginalny przedstawiciel myśli reformatorskiej w Rzeczypospolitej – Stanisław Dunin Karwicki. Dopiero za Stanisława Augusta, zwłaszcza w dobie Sejmu Wielkiego, nadejdzie znów okres wielkich parlamentarzystów.
Wykształcenie obywatelskie mogła zdobyć sobie w sejmie tylko niewielka grupa – w izbie poselskiej zasiadało raz na dwa lata około 200 posłów, w senacie było 150 senatorów. Istotne były wszakże wzorce, jakie stąd płynęły na całą szlachtę. Sejm, w którym panowała zasada jednomyślności, wymagał od kierownictwa i wszystkich uczestników umiejętności godzenia rozbieżnych stanowisk i szukania kompromisów. Bez tej umiejętności sejmy rozchodziłyby się bez podjęcia uchwał (co już od XVI w. co pewien czas się zdarzało), a od 1652 r. wszystkie byłyby zrywane w trakcie obrad, tak jak się stało za Augusta III, kiedy zabrakło woli ratowania tej instytucji a obce – pruskie, francuskie czy rosyjskie – pieniądze były dla niejednego posła ważniejsze niż interes kraju, zaś liberum veto, wbrew początkowym założeniom, służyło nie ochronie ustroju państwa ale prywacie. Jeżeli więc do połowy XVII w. z sejmu płynęły pozytywne wzorce, sprzyjające powstawaniu, poczynając od ówczesnej elity politycznej, społeczności obywatelskiej, to późniejsza destrukcja w funkcjonowaniu sejmu osłabiła jego możliwości oddziaływania w tym kierunku, powodując różnicowanie się postaw w społeczności szlacheckiej.
Dla wykształcenia większości tej społeczności w duchu obywatelskim o wiele większe znaczenie, jak to podkreślał Opaliński, miał jej osobisty udział w sejmikach, w tym, co można by nazwać życiem sejmikowym. Na sejmikach podejmowano decyzje zarówno w sprawach ogólnopaństwowych jak i miejscowych, dzisiaj zwanych samorządowymi. Do pierwszych należał przede wszystkim wybór posłów na sejm wraz z przygotowaniem dla nich instrukcji, które zawierały nie tylko ustosunkowanie się sejmiku do propozycji królewskich, przedstawianych przez specjalnego posła królewskiego, ale i postulaty dotyczące spraw ogólnopaństwowych, które nurtowały szlachtę, oraz postulaty dotyczące spraw danej ziemi czy województwa. Posłowie zobowiązani byli trzymać się ściśle danej im instrukcji, co zwykle się działo, ale wyjątkowo zdarzało się, że jakieś konsekwencje dotykały tych, którzy by tego zobowiązania nie dotrzymali. Posłowie mieli możliwość wytłumaczenia swego stanowiska na posejmowych sejmikach relacyjnych, które w XVII w. stały się, przynajmniej w przeświadczeniu szlachty, organami równorzędnymi z sejmem walnym, uzupełniając czy nawet korygując jego postanowienia, zwłaszcza w sprawach podatkowych. Sejmiki zamiast sejmu zaczęły też wybierać poborców podatków, a później ich szafarzy, by uchwalone podatki były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. W ten sposób nie tylko wybrani posłowie ale i cała szlachta, czy przynajmniej ta jej część, która uczestniczyła w sejmikach, miała możliwość bezpośredniego udziału w decydowaniu o sprawach ogólnopaństwowych.
Uniezależnienie w latach 1578-1581 szlacheckiego sądownictwa apelacyjnego od władzy monarszej przez utworzenie trybunału koronnego i litewskiego a później powstanie trybunału skarbowego otworzyło przed sejmikami możliwość wpływania na funkcjonowanie tych ogólnopaństwowych instytucji przez coroczny wybór spośród sejmikującej szlachty deputatów do trybunału, oraz komisarzy do trybunału skarbowego. Wybory te, istotne dla funkcjonowania sądownictwa oraz skarbowości nie były ani przypadkowe, ani tak uzależnione od dyktanda frakcji magnackich, jakby to wynikało z pamiętników Marcina Matuszewicza, odnoszących się do stosunków w Wielkim Księstwie Litewskim, których nie można utożsamiać ze stosunkami w Koronie.
Postanowienia w sprawach samorządowych mogły właściwie zapadać na każdym sejmiku bez względu na jego główne zadanie, jakkolwiek w XVIII w. usiłowano to ograniczyć i skoncentrować tę działalność na sejmiku gospodarskim, na którym wybierano wspomnianego komisarza. Sprawy samorządowe obejmowały przede wszystkim decyzje podatkowe na potrzeby danej ziemi czy województwa, uwzględniające zarówno rodzaj i wysokość wprowadzanych podatków, jak i sposób wykorzystania wpływów, czy to na wojsko czy na zapłatę za funkcje pełnione dla sejmiku, czy też na cele społeczne, jak budowa kościołów czy klasztorów, reparacje miast dotkniętych przez działania wojenne lub klęski elementarne, czy na poratowanie szlachty, która ucierpiała z podobnych przyczyn.
Do tych spraw należały także zarządzenia porządkowe, dotyczące zapewnienia bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, regulacji sytuacji niektórych grup ludności, np. ludzi luźnych (a więc wolnych najemników), niekiedy stosunku do obcych wojsk przebywających w danym województwie czy ziemi, oraz dostarczania i rozdziału soli, otrzymywanej na potrzeby szlachty. Do spraw związanych z zadaniami samorządowymi zaliczyć też można przedstawianie królowi kandydatur na stanowiska sędziowskie, nie licząc już drobnych interwencji i rozstrzygnięć w sprawach przedstawianych sejmikowi
Sejmiki, podobnie jak sejmy, były zrywane. Jędrzej Kitowicz zauważył, że „daleko było bezpieczniej zerwać sejm niżeli sejmik, bo sejm, jako z wyboru osób złożony, zachowywał cożkolwiek skromności (…) Sejmiki zaś pospolicie odprawiane tumultem, przemocą i po pijanemu, nieraz zrywającego, a nawet i przeczącego większemu zdaniu na szablach rozniosły, chyba że z dobranymi pomocnikami dopadł do kancelarii [grodu], podpisał manifest i (…) zdążył uciec z miejsca sejmiku. Wtenczas dopiero, obaczywszy manifest, wszyscy jednostajnie osądzili, że nie można dalej sejmikować bez zgwałcenia prawa wolnego «nie pozwalam», które pospolicie nazywano pupilla libertatis, źrenica wolności. A jeżeli kontradycenta doszli, zrąbali lub też na śmierć zabili, nim zaniósł manifest, to pupilla libertatis miana była za zdrową i całą, choć szablami pokrajana albo z okiem ze łba wycięta”. Zaznaczyć przy tym trzeba, że ten szacunek dla manifestów wciągniętych do ksiąg sądowych przybierał niekiedy postać kuriozalną. Podczas konfederacji barskiej zdarzało się, że jakaś ziemia czy województwo przyłączało się do konfederacji, wpisywało swój manifest do akt, poczem, nie podejmując działań wojennych, rozjeżdżało się, przekonane, że wykonało to co najważniejsze dla pokonania nieprzyjaciela.
Zdecydowana większość sejmików nie była jednak zerwana. Z uchwał sejmikowych, laudów i instrukcji wyłania się niezwykła aktywność sejmikującej szlachty. Wystarczy spojrzeć na wydane akta sejmikowe województw krakowskiego, ruskiego, kujawskich i wielkopolskich, czy na znajdujące się w zbiorach Akademii Umiejętności teki z aktami innych sejmików, nie obejmujące zresztą całości ich laudów i instrukcji. Każdy badacz, który gruntowniej zetknął się z tymi materiałami, jest pod wrażeniem ich wszechstronności i widocznej dbałości oraz troski o sprawy zarówno całej Rzeczypospolitej, jak i „małej ojczyzny” sejmikującej szlachty. Taka była bowiem codzienność życia sejmikowego, zwłaszcza w tych województwach, które nadawały ton życiu politycznemu i najintensywniej walczyły o prawa obywatelskie, jak krakowskie, sandomierskie, lubelskie, ruskie, poznańskie i kaliskie, czy całe Prusy Królewskie.
Dla ugruntowania poczucia wspólnoty ogólnopaństwowej istotne było prawo każdego szlachcica do udziału w elekcji króla. Jeżeli nawet liczba uczestników wahała się od kilkuset do kilku tysięcy, sama świadomość, że każdy szlachcic jest elektorem, podnosiła jego poczucie własnej wartości zarówno w kraju, jak i wobec zagranicznej szlachty. Podobną rolę pełniły konfederacje, zarówno wojewódzkie, które wzmacniały więzi i poczucie odpowiedzialności za losy „małej ojczyzny”, jak i generalne, obejmujące całą lub prawie całą Rzeczpospolitą. Nie jest przy tym, z naszego punktu widzenia, problemem czy były to konfederacje antykrólewskie, zwane w XVII w. rokoszami, czy prokrólewskie oraz czy występowały w imię zagrożenia istniejących praw, czy też dla obrony kraju przed najeźdźcą. Osobne miejsce zajmują wśród nich konfederacje zawiązywane od 1572 r. po śmierci monarchy, na okres bezkrólewia, dla zapewnienia swym autorytetem bezpieczeństwa wewnętrznego w państwie.
Uczestnicząca w konfederacjach szlachta podporządkowywała się wybranym przez siebie władzom (marszałkowi, radzie konfederackiej) specjalną przysięgą, rezygnowała też zwykle z liberum veto, uznając zasadę większości. W stosunku do tych, którzy nie chcieli przystąpić do konfederacji, tworzył się rodzaj przymusu – grożono im represjami i uznaniem za „wrogów ojczyzny”. Do konfederacji powoływano też znaczniejsze miasta, które miały prawo uczestniczenia w sejmach (Kraków i Wilno, a w XVII w. także Lwów, Kamieniec Podolski i Lublin) lub w sejmikach (miasta Prus Królewskich). Dodać tu trzeba, że miasta królewskie i większość miast prywatnych rządziła się samorządnie, w oparciu o posiadane przywileje, stąd i tradycje samorządności były wśród mieszczaństwa Rzeczypospolitej silne, nie tylko w największych miastach.
Konfederacje były swoistą instytucją stanu wyjątkowego, kiedy w razie indolencji sejmu czy monarchy trzeba było zapewnić sprawniejsze funkcjonowanie aparatu państwowego. Szereg konfederacji spełniło to zadanie z powodzeniem. Konfederacje generalne były też czynnikiem scalającym więź ogólnopaństwową szlachty i to nieraz z głębokim, osobistym zaangażowaniem i ofiarnością ich członków, jak zawiązane dla obrony państwa konfederacje tyszowiecka, dzikowska czy barska, które stawały się dla późniejszych pokoleń zarówno wzorcem, jak i lekcją patriotyzmu. Podobną rolę pełniło także pospolite ruszenie, na które wielokrotnie powoływano szlachtę całego kraju albo z zagrożonych najazdem województw.
Po tym przeglądzie instytucji, których funkcjonowanie wiązało się z powstawaniem społeczeństwa obywatelskiego, pora zastanowić się, w jakiej mierze ci obywatele przygotowani byli do wykonywania zadań, jakie stawiał przed nimi system władzy powstały w Rzeczypospolitej. Zapewne ważne były tradycje domowe. W niejednym domu szlacheckim znajdowały się tomy silva rerum, różnorodnych zapisów i odpisów w znacznej części tyczących spraw politycznych. Obok tego domowego wykształcenia potrzebna była też i dobra szkoła, na co już Opaliński zwracał uwagę. Jeżeli nawet część szlachty nie potrafiła pisać (choć akta sejmikowe nie wskazują na to, by wśród sejmikowiczów była to liczniejsza grupa), to przecież nie brakowało w Rzeczypospolitej dobrych szkół średnich, kolegiów czy gimnazjów, zarówno katolickich jak i związanych z innymi wyznaniami, w których uczniowie nie tylko zdobywali wiedzę ale i które kształtowały ich charakter.
Dla kraju, w którym tak często odwoływano się do wzorów republikańskiego Rzymu czy Aten, historia starożytna, która do reform z czasów Oświecenia służyła jako główny pozabiblijny przekaźnik wiedzy o przeszłości, odgrywała istotną rolę w tworzeniu systemu wartości, w którym wolność obywatelska i umiłowanie ojczyzny zajmowały najwyższe pozycje. Zresztą i historia biblijna, oparta o Stary Testament, służyła wieloma przykładami patriotyzmu, w którym Bóg i ojczyzna – podobnie jak działo się to w Rzeczypospolitej – stanowiły zwartą całość. Obniżenie po wojnach z połowy XVII w. poziomu tego szkolnictwa a chyba także akademickiego było ceną, którą płaciło się za zniszczenia wojenne.
A przecież i wtedy obok tradycyjnego nauczania nie brakowało prób wyjścia naprzeciw potrzebom kraju. Służył temu m.in. dobrze rozwinięty jezuicki teatr szkolny, który nie tylko nawiązywał do żywotów świętych ale i do aktualnej tematyki politycznej. Jezuita Wojciech Bystrzonowski w swej publikacji Polak sensat w liście, w komplemencie polityk, humanista w dyskursie, w mowach statysta na przykład dany szkolnej młodzi, wydanej w Lublinie w 1730 r., przedstawia przebieg sejmiku gospodarskiego, na którym dyskutuje się głównie o sprawach „dobra pospolitego”, do którego to pojęcia, jak wynika z badań nad ówczesną mentalnością, często odwoływali się politycy. Zastanawiając się, jak usprawnić funkcjonowanie sejmiku, wysuwano nawet projekt ograniczenia czy usunięcia „wolnego nie pozwalam”, przytaczając różne argumenty za i przeciw takiej innowacji. W ten sposób autor starał się skłonić czytelnika do zastanowienia się nad sensownością utrzymywania szkodliwych, aczkolwiek uświęconych tradycją, symboli wolności. Nie mniej prawie wiek trzeba było czekać na pijara Stanisława Konarskiego i zapoczątkowaną przez niego reformę szkół pijarskich a po nich także jezuickich, aby edukacja stała się w pełni obywatelską, co później kontynuowała Komisja Edukacji Narodowej. Gdy brakowało gazet i czasopism (Merkuriusz polski z 1661 r. ukazywał się bardzo krótko i dopiero od 1729 r. można mówić o systematycznie wydawanej gazecie) korzystano z gazetek pisanych, rozsyłanych przez poczmistrzów, jako źródła informacji o aktualnych wydarzeniach. Tym większe znaczenie miały liczne druki ulotne i pisma polityczne, drukowane lub przepisywane, które ukazywały się najczęściej z okazji jakichś ważnych wydarzeń politycznych, jak bezkrólewia, rokosze, czy sejmy, ale nie wyłącznie. O ich liczebności niech świadczy fakt, że dla samego okresu panowania Jana Kazimierza Wazy (1648-1668) prof. Stefania Ochmann-Stamszewska zebrała 165 pism politycznych, niekiedy odnoszących się do jakichś wydarzeń, a niekiedy do zasadniczych problemów polityki państwa. Trudno ustalić, w jakiej mierze politycy szlacheccy zapoznawali się (czy byli w stanie zapoznać się) z tymi pismami. Wiele, w tym ilość zachowanych odpisów, wskazuje jednak na to, że przynajmniej część z nich krążyła wśród szlachty stając się ważnym źródłem kształtowania się jej poglądów oraz edukacji politycznej.
Powstawanie społeczeństwa obywatelskiego w Pierwszej Rzeczypospolitej było procesem długim i nie wolnym od załamań. Następowały one wówczas, gdy odstępowano od podstawowych zasad wolności, na których zbudowane było państwo. Tak stało się w połowie XVII w., gdy zlekceważono postulaty Kozaczyzny, odwołującej się do tej wolności. Doprowadziło to do najgłębszego kryzysu wewnętrznego jaki przeżywała Rzeczpospolita i katastrofy politycznej, jakiej nie zdołała już powstrzymać spóźniona unia hadziacka, nadająca Księstwu Ruskiemu podobne uprawnienia, jak posiadane przez Wielkie Księstwo Litewskie. W tymże czasie poprzez banicję arian naruszono zasady tolerancji religijnej a zarazem szlacheckie prawo swobody wyznaniowej, co doprowadziło do pozbawienia i innych akatolików istotnej części uprawnień politycznych w XVIII w. Wreszcie właśnie wtedy zastosowanie liberum veto podważyło normalne funkcjonowanie sejmów i sejmików. Zaczęły się mnożyć egzorbitancje, przez które rozumiano nadużycia i nieprawidłowości w korzystaniu z istniejących praw, wypaczenia naruszające praworządność.
Wybitni statyści dostrzegali groźbę, jaką stanowiła dla Rzeczypospolitej ta deformacja. Już w początkach XVIII w. Stanisław Dunin Karwicki, w dziele Exorbitancyje we wszystkich trzech stanach Rzeczypospolitej krótko zebrane, a oraz sposób wprawienia w ryzę exorbitancyj (wydrukowanym dopiero w XX w., ale szeroko znanym współczesnym w łacińskiej wersji „De ordinanda Republica”), przedstawił pierwszy projekt gruntownej reformy państwa polskiego, która nie naruszając podstaw dotychczasowego ustroju usprawniłaby funkcjonowanie machiny państwowej. Rozbieżności między interesem Wettinów zasiadających wtedy na polskim tronie a potrzebami Rzeczypospolitej, a także intrygi sąsiadów spowodowały, że do istotnych reform mogło dojść dopiero w drugiej połowie wieku. W tych warunkach powstawanie społeczeństwa obywatelskiego uległo zwolnieniu czy nawet zahamowaniu i dopiero w drugiej połowie XVIII w. proces ten się ożywił. Przerwał go trzeci rozbiór.
Niewiele krajów europejskich może się poszczycić tak wczesnym kształtowaniem się społeczeństwa obywatelskiego, jak to nastąpiło w Rzeczypospolitej. Nie mniej zjawisko to było lekceważone nie tylko przez rozbiorców, ale i przez te państwa zachodnioeuropejskie, w których społeczeństwo obywatelskie powstawało w innych warunkach i w oparciu o odmienne przesłanki typowe dla XIX i XX w. A przecież w dobie powstawania zjednoczonej Europy, gdy mówi się o włączeniu do niej Europy Środkowo-Wschodniej, warto uprzytomnić i sobie i naszym przyszłym partnerom, że polskie doświadczenia w tworzeniu państwa wielonarodowego i związanego z tym społeczeństwa obywatelskiego mogą pomóc przy szukaniu rozwiązań właściwych dla nowej Europy.
Józef Andrzej Gierowski – nota biograficzna
Urodził się w 1922 r., zmarł w 2006 r. Z wykształcenia był historykiem. W latach II wojny światowej był żołnierzem i jednocześnie studiował na tajnych kompletach Uniwersytetu Jagiellońskiego, które ukończył w 1946 r. Następnie podjął pracę naukową na Uniwersytecie Wrocławskim.
Został też członkiem Polskiego Towarzystwa Historycznego. Rok po zakończeniu studiów uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych, w 1958 r. stopień profesora nadzwyczajnego, a w 1970 r. profesora zwyczajnego. W 1965 r. powrócił do Krakowa, gdzie został kierownikiem Katedry Historii Polski XVI-XVIII wieku Uniwersytetu Jagiellońskiego a następnie
Zakładu Historii Nowożytnej Powszechnej. W 1981 r. został rektorem tej uczelni i kierował nią do 1987 r. W tym czasie był też posłem na Sejm oraz członkiem Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa.
Dzięki zabiegom profesora, Uniwersytet Jagielloński nadał, w 1983 r., tytuł doctora honoris causa papieżowi Janowi Pawłowi II. W 1986 r. założył pierwszy w Polsce Międzywydziałowy Zakład Historii i Kultury Żydów w Polsce, który następnie został przekształcony w Katedrę Judaistyki.
Był członkiem Polskiej Akademii Nauk, a od 1989 r. członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. 27 marca 1990 r. został wybrany dyrektorem Wydziału II Filozoficzno-Historycznego PAU. W latach 1991-1995 wchodził w skład Rady do spraw stosunków polsko-żydowskich przy Prezydencie RP. W 1993 r. został przewodniczącym Rady Fundacji Judaica oraz uczestniczył w pracach Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
Uhonorowany tytułami doktora honoris causa uniwersytetów w: Uppsali (Szwecja 1983), Connecticut (USA 1986) i Wrocławiu (1992).
Jest autorem ponad 380 prac naukowych, w tym wielu monografii, m.in.: Między saskim absolutyzmem, a złotą wolnością; Sejmik Generalny Księstwa Mazowieckiego; W cieniu Ligi Północnej; Rzeczpospolita w dobie złotej wolności (1648-1763) – 5 tom Wielkiej Historii Polski (wydanie 10 tomowe).