Kiedy Adrian Zandberg i jego Razem nie zagłosowali za zatrzymaniem i aresztowaniem Zbigniewa Ziobry (nie wzięli udziału w głosowaniu, choć byli za pozbawieniem go immunitetu), natychmiast oskarżono ich o „pisiorstwo”. I choć Zandberg wyjaśnił, o co chodziło (Razem uznało wniosek za przedwczesny), niewiele to zmieniło w społecznym odbiorze.
Może dlatego, że ludzie od dłuższego czasu dostrzegają zadziwiającą bliskość poglądów pomiędzy częścią lewicy a PiS i w końcu doszło do tego, że choć ślusarz zawinił, to kowala powiesili?
Wielu lewicowców – Rafał Woś, Grzegorz Sroczyński, Piotr Ikonowicz czy niektórzy autorzy „Krytyki Politycznej” – pod jednym względem myśli o państwie podobnie jak PiS. Uważają, że jak chcesz być proludzki, musisz być antyinstytucjonalny, bo jesteś antyelitarny.
To ludzie, którzy patrzyli na niszczenie sądownictwa z pewną z nadzieją. Tą samą, która przyświeca osobom z radością przyjmującym wywalenie stolika, przy którym – jak im się zdaje – nie siedzą.
Dlatego w wywiadzie Sroczyńskiego z Bartoszem Pilitowskim („On łamie prawo lepiej niż Ziobro”. Czy bać się Żurka?) obaj dochodzą do wniosku, że teraz z praworządnością jest gorzej niż za Ziobry, że w tej „naprawie” chodzi o emocje „pewnej grupy pałacowych sędziów” wspierających Żurka, a sam Sroczyński rozmowę o przywracaniu praworządności prowadzi pytaniami „Fanatyzm?” i „Mobbing?”.
Jednocześnie w „Tygodniku Powszechnym” Jacek K. Sokołowski z Klubu Jagiellońskiego pisze tekst „Jak sprzątać po Ziobrze”. Z tekstu wynika, że polskie państwo to po prostu psychodrama kilkuset urzędników w todze, bez żadnej struktury, bez zasad, bez autonomii.
Sokołowski patologie redukuje do personaliów i emocji: zamiarem Ziobry było „pozbawić całkowicie elitę prawniczą wpływu na interpretację prawa”, a sędziowie Iustitii, dokładnie tak samo jak w wywiadzie Sroczyńskiego nazywani „pałacowymi”, po prostu „odgrywają się na części środowiska” i „chcą sobie podporządkować młodych”.
I w jednym, i w drugim przypadku to jest opis świata, w którym nie ma instytucji. Jest tylko grupa ludzi powielająca swoje przyzwyczajenia. Dokładnie tak PiS przez lata przedstawiał sądy: jako klan, środowisko, kastę, „mentalność”.
To jest jakiś rodzaj „efektu podkowy” po polsku – lewica i prawica nie są ulokowane na przeciwstawnych końcach prostej linii. Raczej te końce linii zaginają się w dół, zbliżając się do siebie i czasami wyglądają jak dwie wersje tego samego gniewu.
Niby dzieli je wszystko, a w niechęci do liberalnych elit, ekspertów, instytucji i reguł są zaskakująco blisko. I choć jedni chcą rewolucji w imię równości, a drudzy w imię narodu, to wszyscy powtarzają jak mantrę, że system jest zły, elity zdradziły, a instytucje to narzędzie opresji.
To właściwie odruch: instytucja równa się czyjeś narzędzie, a nie moje dobro.
Dlatego tak łatwo u nas budować nieformalny front tych, którzy w różnych językach mówią to samo: że merytokracja jest tyranią, instytucje przykrywką dla indywidualnych interesów, że prawo przeszkadza sprawiedliwości, a demokracja liberalna to tylko dekoracja dla klas panujących.
Instytucjofobia jest grzechem antypolskim. Bo jeśli coś naprawdę utrzymało nas na Zachodzie, to była to prozaiczna, liberalna, nudna wiara w instytucje. To ona chroni kraj przed powrotem do logiki republiki bananowej, gdzie raz rządzi gang jednych, raz gang drugich, a ponad prawem stoi dobro narodu, które każdy definiuje po swojemu.
Być może dlatego w Polsce lewicowy antyelitaryzm wchodzi w sojusz z prawicowym antyinstytucjonalizmem. W tym ujęciu zamiast instytucji widzi on osobę: sędziego, urzędnika, dyrektora, prezesa, a zamiast procedury – preferencje tej osoby.
Dlatego nie ma sensu reformować instytucji – trzeba zmienić ludzi. Na przykład wymienić sędziów na neosędziów, prezesa TK – na kolegę Ziobry, a szefa NBP – na kogoś myślącego tak samo jak szef partii. I mówić wszystkim, że wtedy będzie lepiej.
Instytucji nie buduje się w przekonaniu, że ludzie są aniołami. Są projektowane przeciwko ludzkim wadom – stronniczości, emocjonalności, oportunizmowi i plemienności. Instytucja działa więc nie dzięki charakterom ludzi, ale dzięki temu, że narzuca im normy, które wcześniej czy później internalizują.
U nas nie ma żadnej wiary w internalizację. Jest za to silna wiara w TKM i to, że lepsi są nowi ludzie niż stare nawyki.
Wielu ludzi na lewicy i prawicy łączy przekonanie, że jak tylko przestaniemy ufać instytucjom, nasz świat stanie się łatwiejszy. To prawda – stanie się łatwiejszy do zniszczenia.
Marcin Matczak
Komentarz Autor opublikował wcześniej na swoim profilu FB
Tytuł – od Redakcji
Zdjęcie wykonał Adrian Grycuk