Dowiadujemy się właśnie, że premier Donald Tusk wykona ruch w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, zaproponowany przez ministra Waldemara Żurka. Chodzi o przywrócenie konstytucyjnej sprawności Trybunałowi, by mógł legalnie orzekać w kwestii zgodności ustaw z ustawą zasadniczą.
Tajemnica odzyskania Trybunału dla naszego wspólnego pożytku, czyli wyrwania go z rąk do niedawna rządzącej partii, kryje się w personaliach: ludzie udający sędziów nie mogą cieszyć się sędziowskim immunitetem, ani gwarancją kadencyjności.
Gdyby porównać państwo do człowieka, Trybunał Konstytucyjny można by określić jako głowę. Czy państwo może funkcjonować pozbawione głowy? Okazuje się, że owszem, trochę kulawo, trochę jak zombie, ale może.
Niebawem minie plugawa dekada, kiedy Kaczyński postanowił odciąć Polsce głowę. Byłem świadkiem tamtych wydarzeń i kolejnych, podobnie jak tysiące protestujących, choć w proporcji do nieprotestujących milionów było nas niewielu. Nie będę tu referował wszystkich wydarzeń wokół tego Trybunału z Alei Szucha, ale niektóre znaczące wypada wspomnieć.
Kiedy po raz pierwszy pobiegłem pod siedzibę Trybunału, wcześniej musiałem sobie doczytać w Wikipedii, czym się to szlachetne gremium w ogóle zajmuje. Demokracja uśpiła nas, społeczeństwo obywatelskie, które w pełnym zaufaniu powierzyło rządzącym stery. Teraz czekała nas przyspieszona lekcja praworządności, szkoda, że wtedy, gdy była ona przez Zjednoczoną Prawicę z wielkim impetem dewastowana.
Protestowaliśmy przeciwko ignorowaniu prezesa Trybunału, prof. Andrzeja Rzeplińskiego. Wiedzieliśmy, że Kaczyński pragnie wrogo przejąć ten Trybunał. Odciąć głowę państwu polskiemu. I w jej miejsce doczepić balon z wyrysowaną flamastrem groteskową twarzą. Tak się rychło stało, mimo naszych protestów.
Ówczesna premierka, Beata Szydło, odmówiła druku orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego w Monitorze Polskim – Dzienniku Ustaw. Ukonstytuował się (nomen omen) Komitet Obrony Demokracji, który ustawił przez siedzibą Szydłowej licznik dni trwania bezprawnego wstrzymywania druku. Jej przestępczy upór był wstępem do zbójeckich rządów pełnych kłamstw, demagogii, a z czasem jak się okazało malwersacji, sprzeniewierzeń i ogromnego złodziejstwa.
Prezydent Duda podpisywał niekonstytucyjne ustawy z pewnością siebie, wiedząc, że Trybunału już nie ma i że ustawy zostaną przezeń klepnięte na polityczne polecenie i dla wygody rządzących. Duda jeździł na początku po Polsce kwestionując Konstytucję i nazywając ją anachroniczną. Dopiero po latach się przemógł i z kolei czynił z niej parawan dla swoich licznych deliktów.
Na czele Trybunału stanęła magister Julia Przyłębska, odkrycie towarzyskie Kaczyńskiego, która ponoć znakomicie pichciła potrawy. Jej małżonek był komunistycznym konfidentem o pseudonimie Wolfgang i oboje przemieszkiwali w Berlinie. Pani Julia jeszcze jako pretendentka do stanu sędziowskiego została oceniona poniżej jakiegokolwiek poziomu, ale była przecież gorliwą wyznawczynią Prawa i Sprawiedliwości.
Najgorszym jej posunięciem było stwierdzenie zgodności z Konstytucją ustawy zaostrzającej i tak drakoński tzw. „kompromisowy” przepis antyaborcyjny. Z tego powodu zaczęły umierać kobiety w ciąży. Ten fundamentalistyczny, katolicki urobek uczynił z kobiet inkubatory, więc zaczęły umierać w męczarniach z powodu gnicia martwego płodu w ich macicach. Dodajmy, że w otoczeniu zastraszonych lekarzy. Protestowaliśmy zatem wraz ze Strajkiem Kobiet pod Trybunałem magister Przyłębskiej.
Potem zatrudniono tamże sędziów dublerów, a także panią Krystynę Pawłowicz i pana Stanisława Piotrowicza, komunistycznego prokuratora prześladującego dawną opozycję PRLu, co uczyniło z tego ciała groteskę. Było trochę śmieszno, a trochę straszno. Trybunał był w oczach polityków i opinii publicznej całkowicie skompromitowany i wydawało się, że już nic bardziej nie jest w stanie go ośmieszyć.
No, ale to okazało się nieprawdą. Po przejściu magister Przyłębskiej na emeryturę na czele wydmuszki legislacyjnej stanął pan Bogdan Święczkowski, zwany przez złośliwców Godzillą ze względu na niebanalną posturę, choć to małostkowość, jako że to, co czyniło go niezdatnym do stanowiska nie było widoczne gołym okiem. Była to bowiem absolutna pustka w głowie.
Pan Bogdan był najbliższym przyjacielem Zbigniewa Ziobry, czyli naczelnego chuligana niszczącego praworządność z lat sprawowania władzy przez Zjednoczoną Prawicę. Święczkowski obwieścił niedawno, że w Polsce dokonano zamachu stanu. Oczywiście, że miałby rację, gdyby ulokował ten zamach w latach 2015 – 2023. Już jednak przyzwyczailiśmy się do tego, że pisowska propaganda przypisuje demokratom własne zbrodnie.
Państwo nadal funkcjonuje po akcie dekapitacji, nie mając głowy. Głową nie jest ani prezydent, ani premier, ani parlament, lecz właśnie Trybunał Konstytucyjny. To cud, że Polska nie umarła mimo braku głowy. To cud, że istnieje, mimo balona przyszytego do szyi. Nadszedł czas, by nasz kraj odzyskał głowę, a wraz z nią pełnię praworządności i demokracji. Konstytucja, choć tak bezlitośnie gwałcona przez prawicę, nadal obowiązuje. Na nasze szczęście.
Przemysław Wiszniewski
Autor opublikował komentarz wcześniej na swoim profilu FB