Maciej Kisilowski, Anna Wojciuk: Ugoda konstytucyjna jest jedyną nadzieją Polski

4
(1)

W Polsce punktem zwrotnym było nieznaczne pokonanie liberalnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego przez ultrakonserwatystę Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich 1 czerwca. Możliwość przywrócenia porządku konstytucyjnego sprzed 2015 r. praktycznie zniknęła. Nie oznacza to jednak, że polska demokracja jest skazana na zagładę – piszą w Verfassungsblog Maciej Kisilowski, profesor prawa i strategii na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Wiedniu oraz dr hab. Anna Wojciuk, profesor nadzwyczajny stosunków międzynarodowych i polityki porównawczej na Uniwersytecie Warszawskim.

Europejscy partnerzy Polski muszą zdać sobie sprawę z dramatycznej zmiany,  jakiej dokonali polscy wyborcy. Zamiast skupiać się na formalnej legalności – lub nielegalności – oszałamiającego wachlarza reform sądownictwa i kontrreform uchwalonych od 2015 r., nadszedł czas, aby zachęcić wszystkie strony do dążenia do krajowego rozwiązania konstytucyjnego. Te nowe ramy muszą uwzględniać nie tylko niezawisłość sędziowską, ale także głębszą polaryzację społeczną i polityczną, która obecnie definiuje polskie życie.

Elementarz kryzysu konstytucyjnego w Polsce

Aby zrozumieć znaczenie wyborów prezydenckich dla konstytucyjnej przyszłości Polski, przypomnijmy sobie, jak do tego doszło. Od blisko dekady Polska zmaga się z kryzysem konstytucyjnym wynikającym z serii formalnie niekonstytucyjnych i merytorycznie niedemokratycznych posunięć rządu prawicowej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS) i jej sojusznika, prezydenta Andrzeja Dudy.

Po przejęciu władzy w 2015 r. szybko obsadzili Trybunał Konstytucyjny lojalnymi sędziami – trzema mianowanymi z jawnym naruszeniem konstytucji. W 2017 r. bezprawnie skrócili kadencję Krajowej Rady Sądownictwa, zastępując przedstawicieli sędziów osobami politycznymi nominatami. Dziś ponad 25% polskich sędziów, w tym większość w Sądzie Najwyższym, zostało nominowanych przez to skompromitowane gremium.

Kolejne ustawy kontynuowały ten autorytarny trend. PiS utworzył dwie specjalne izby w Sądzie Najwyższym – obsadzone wyłącznie przez kwestionowanych sędziów – a prokuraturę przekształcił w strukturę lojalistyczną. Prezesi sądów wszystkich szczebli zostali usunięci.

Sytuacja zmieniła się w 2023 r., kiedy wybory parlamentarne wygrała szeroka koalicja opozycyjna kierowana przez byłego premiera i przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Po historycznie opóźnionym przekazaniu władzy prezydent Duda niechętnie udzielił Tuskowi mandatu do utworzenia rządu. Rozpoczął się napięty okres politycznej kohabitacji.

Nowy minister sprawiedliwości Adam Bodnar podjął decyzję o odwróceniu trwającej osiem lat „reformy” sądownictwa według PiS. Zastąpił on zastępcę prokuratora generalnego [prokuratora krajowego – przyp. MK] – mimo że w ostatniej chwili wprowadzona przez PiS poprawka wymagała zgody prezydenta na takie zmiany – a Rada Ministrów odmówiła publikacji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, który [wcześniej -przyp. MK] zdobyło PiS. Niektórzy postrzegali te ruchy jako zbyt agresywne, inni jako zbyt bojaźliwe; PiS i Duda nazwali je wręcz bezprawiem.

Ostatecznie liberalna koalicja zawsze wiedziała, że naprawa szkód wyrządzonych polskiemu wymiarowi sprawiedliwości wymaga głębokiej reformy ustawowej. Opracowano wiele propozycji, z których wiele omówiono na tym blogu. Wszystkie mają jeden cel: odwrócenie skutków nieliberalnych rządów PiS z lat 2015-2023.

Werdykt wyborczy z 1 czerwca

Jednak w polskim systemie półprezydenckim żadna z tych zmian legislacyjnych nie może wejść w życie bez zgody prezydenta. Każda ustawa musi być podpisana przez prezydenta przed ogłoszeniem. Choć jego veto nie jest absolutne – parlament może je uchylić większością 60 proc. – to koalicji Tuska brakuje tego marginesu. Mniejszość blokująca należy do PiS i jeszcze bardziej skrajnie prawicowej Konfederacji.

Co więcej, prezydent nie musi od razu zawetować ustawy, aby ją uśmiercić. Konstytucja zezwala mu na skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego przed jej podpisaniem. Tam Prezes Sądu Najwyższego – zagorzały sojusznik PiS – może odwlekać postępowanie w nieskończoność.

Biorąc pod uwagę te ograniczenia, obrońcy praworządności nie mieli złudzeń: tylko liberalny prezydent podpisałby ustawę o zmianach niezbędnych do rozmontowania konstrukcji prawnej zbudowanej przez PiS.

Znaczącym triumfem demokratycznej odnowy były wybory z 1 czerwca, które zostały przeprowadzone w sposób wolny i uczciwy. Choć po obu stronach dochodziło do pewnych nieprawidłowości, a środowisko medialne pozostawało spolaryzowane, proces ten w niczym nie przypominał nadużyć obserwowanych pod rządami PiS: brak inwigilacji liderów opozycji przez Pegasus, brak mediów państwowych pełniących rolę orwellowskiej propagandy, brak bezczelnego wykorzystywania państwowych firm do finansowania kandydatów do władzy.

W tym zasadniczo uczciwym głosowaniu wyborcy wydali swój werdykt. Doświadczywszy zarówno rewolucyjnych rządów PiS, jak i liberalnej kontrrewolucji Tuska, wybrali – niewielką, ale wyraźną przewagą – Karola Nawrockiego: zagorzałego zwolennika PiS, ideologicznie prawicowego i bliskiego Konfederacji. Nawrocki ma szansę stać się najbardziej konserwatywnym prezydentem Polski od 1989 roku.

Krajobraz powyborczy

Co ten wynik oznacza dla przyszłości praworządności w Polsce? Wniosek jest równie prosty, co surowy: walka o powrót do jakiejkolwiek wersji porządku konstytucyjnego sprzed 2015 r. jest skończona.

Prezydent Nawrocki pozostanie na stanowisku co najmniej do 2030 roku. Biorąc pod uwagę korzyści płynące z urzędu, należy go uznać za faworyta do wygrania reelekcji i ubiegania się o drugą kadencję.

Nawrocki na pewno nie podpisze się pod żadną z propozycji reformy sądownictwa przygotowanych przez ministra Bodnara i jego zespół prawników. Co bardziej fundamentalne, nie jest jasne, jak długo Bodnar – lub koalicyjny rząd Tuska – pozostanie na stanowisku. Kolejne wybory parlamentarne odbędą się w 2027 roku. Od ponad pół roku sondaże niezmiennie pokazują, że PiS i Konfederacja zdobyłyby wyraźną większość, gdyby wybory odbyły się dzisiaj.

Nawet w najbardziej optymistycznym z liberalnej perspektywy wariancie, następna dekada zostanie zdominowana przez napiętą kohabitację centrowego rządu z ultrakonserwatywnym, mającym połowę władzy wykonawczej – prezydentem. Bardziej prawdopodobna jest jednak trajektoria amerykańska: krótkie, nieskuteczne liberalne interludium, po którym nastąpi pełny powrót skrajnej prawicy do władzy.

Każdy, kto w tej radykalnie zmienionej rzeczywistości nadal mówi o przywróceniu praworządności w zwykłych kategoriach, szczerze mówiąc, oszukuje siebie. Sytuacja wymaga nie odnowy, ale wymyślenia na nowo – radykalnie nowych idei konstytucyjnych dla skrajnie nowych warunków politycznych.

W kierunku rozwiązania konstytucyjnego

Konkretne propozycje dotyczące nowego początku są już na stole.

Od 2018 roku współkierujemy ponadpartyjną grupą 130 intelektualistów, którzy zaangażowali się w projektowanie nowej wizji konstytucyjnej Polski. Ta inicjatywa – znana jako Inkubator Umowy Społecznej (IUS) – była rzadką przestrzenią współpracy, łączącą zdeklarowanych krytyków PiS, takich jak my, z jej ostrożnymi, a nawet zaangażowanymi sympatykami. Nasza wizja została przedstawiona w książce z 2023 roku, a wkrótce ukaże się jej angielskie wydanie. Książka nakreśla pragmatyczny, ale ambitny model odnowy konstytucji. U jego podstaw leży nowy ład konstytucyjny oparty na decentralizacji terytorialnej i ponadideologicznym podziale władzy.

Takie podejście uwzględnia głęboko zakorzenione podziały regionalne w Polsce – między bardziej zurbanizowanym, postępowym północnym zachodem a bardziej wiejskim, konserwatywnym południowym wschodem. Na nowo przemyślano również jedno z najbardziej spornych pól bitwy ostatniej dekady: sądownictwo.

W naszej propozycji nominacje sędziowskie są odbierane walczącym ze sobą frakcjom narodowym. Zamiast tego sędziowie byliby wybierani z puli wykwalifikowanych kandydatów i wymagaliby poparcia burmistrzów reprezentujących co najmniej 60% populacji w regionie, w którym sędzia miałby pełnić swoją funkcję. Stanowi to podstawę legitymacji sądowej w zakresie lokalnej odpowiedzialności demokratycznej, a nie ogólnokrajowej wojny partyzanckiej.

Reforma sądownictwa może utorować drogę do szerszych zmian strukturalnych. Dlaczego na przykład programy szkolne muszą być dyktowane z Warszawy? Czy nie byłoby bardziej demokratycznie, gdyby lokalne społeczności decydowały, czy wolą edukację patriotyczną, czy edukację seksualną? W głęboko podzielonym kraju, jakim jest Polska, decentralizacja może przekształcić narodowe bitwy o sumie zerowej w lokalne debaty, które odzwierciedlają wartości różnych społeczności.

Wreszcie, proponujemy nową kontrolę centralnej władzy ustawodawczej: przeprojektowany Senat złożony z marszałków wojewódzkich sejmików i prezydentów/burmistrzów największych miast w Polsce. Legislacja wymagałaby zatwierdzenia przez Senat, co stworzyłoby bardziej zrównoważone krajowe ramy rządzenia. Byłoby to o wiele skuteczniejsze niż obecny system, w którym prezydenckie weto działa jak stronnicze narzędzie – silne, gdy prezydent i gabinet pochodzą z przeciwnych obozów politycznych, i całkowicie nieobecne, gdy tak nie jest.

Czy ugoda jest możliwa?

Nasuwa się oczywiste pytanie, czy ośmielona prawica rozważyłaby teraz kompromis z obozem liberalnym. Zmiana konstytucji wymaga przecież większości dwóch trzecich głosów w ważniejszej izbie parlamentu, czyli Sejmie. W obecnej kadencji oznacza to zapewnienie sobie poparcia mniej więcej jednej trzeciej prawicowych posłów z PiS i Konfederacji.

Co zaskakujące, wczesne sygnały nie są całkowicie zniechęcające co do osiągalności takiego wyniku. Już rok temu Konfederacja zdecydowanie opowiedziała się za „resetem konstytucyjnym”. W trakcie kampanii prezydenckiej lider partii Sławomir Mentzen opowiadał się również za decentralizacją polityki edukacyjnej na szczeblu regionalnym i gminnym.

Jeśli chodzi o prezydenta Nawrockiego, to nierozsądnie byłoby zakładać, że jego wąski mandat gwarantuje miażdżące zwycięstwo prawicy w 2027 r. Jedną z prawdopodobnych interpretacji wyborów jest to, że wyborcy – którzy przeżyli zarówno rewolucję PiS, jak i kontrrewolucję kierowaną przez Tuska – wolą podzieloną władzę.

Patrząc z tego punktu widzenia, nasza propozycja może zaoferować dokładnie to, czego chcą wyborcy: nie powrót do totalnych rządów liberalnych czy konserwatywnych, ale nową strukturę pionowych mechanizmów kontroli i równowagi opartych na lokalnej władzy. Gdyby Konfederacja nadal popierała reset, prezydent Nawrocki miałby trudności z pozostaniem w to niezaangażowanym. A jeśli będzie się opierał, liberałowie mogą uczynić z wyborów w 2027 r. referendum w sprawie kolejnej ery niekontrolowanych rządów prawicy.

Ale do tanga trzeba dwojga.

Pojednanie wymaga również autorefleksji liberałów. Zbyt często liberalni intelektualiści nakłaniali polskich polityków do przyjęcia narracji w stylu Bidena, przedstawiając prawicę jako nieodwracalne zagrożenie dla demokracji. Ta wiadomość zadziałała – raz. Pomogło to zmobilizować wyborców do poparcia szerokiej koalicji, która wyniosła Tuska do władzy w 2023 r. Ale narracje egzystencjalne źle się starzeją. W końcu upieranie się, że tylko progresiści reprezentują prawdziwe demokratyczne wartości Polski, zaczyna brzmieć obłudnie i polaryzująco. Konserwatywni wyborcy nie mogą być wiecznie obsadzani w roli ofiar oszukanych przez demagogów. W pewnym momencie konflikt przestaje przypominać walkę o ideały, a zaczyna wyglądać jak walka z sąsiadami, przyjaciółmi i rodziną, którzy po prostu myślą inaczej.

Obrońcy praworządności z dobrymi intencjami również nie zawsze pomagali. Ich skupienie się na formalnej legalności często umniejszało istotną legitymację demokratyczną legitymację konserwatywnego projektu Polski. Kandydaci popierający PiS wygrali cztery z ostatnich pięciu wyborów prezydenckich. A liberałowie w innych krajach – gdy mieli podobne uprawnienia – czasami przekraczali granice konstytucyjne w imię postępu. New Deal Roosevelta pozostaje wymownym przykładem.

Jeśli sojusznicy Polski – zwłaszcza z kręgów prawniczych i akademickich – zdołają zmienić swój cel ze sztywnej wierności Konstytucji z 1997 r. na szerszą obronę demokratycznych rządów i praw podstawowych, otworzą się nowe ścieżki. Nasza propozycja jest jedną z takich perspektywicznych, realistycznych ścieżek.

Powód do nadziei

Rzeczywiście, zaciekłość konfliktu konstytucyjnego w Polsce przesłania bardziej optymistyczną rzeczywistość: ideologiczny podział w kraju jest węższy, niż się wydaje. Przeciwstawne obozy Polski są zgodne co do głównych priorytetów geopolitycznych. Zarówno liberałowie, jak i większość konserwatystów popierają członkostwo w UE, NATO i solidną postawę obronną w obliczu rosyjskiej agresji. Obie strony cenią sobie strategiczny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Na poziomie wewnętrznym różnice są również mniej wyraźne, niż sugeruje retoryka polityczna. Tusk przesunął się na prawo w kwestii migracji i poparł projekty infrastrukturalne, które kiedyś były promowane przez PiS. To, co pozostało, to spory kulturowe i moralne – dotyczące aborcji, związków partnerskich osób tej samej płci i edukacji religijnej. Te kwestie mają ogromne znaczenie. Ale czy są warte rozdzierać na strzępy odnoszący sukcesy naród, gdy tuż obok szaleje brutalna wojna?

Podmioty międzynarodowe – w szczególności instytucje UE i akademiccy prawnicy – powinny wspierać wysiłki na rzecz pojednania. Prezydent Nawrocki, choć blisko związany z PiS, obejmuje urząd z czystą kartą. W przeciwieństwie do swojego poprzednika nie ponosi on bezpośredniej odpowiedzialności za polityczne przejęcie władzy w sądownictwie. To daje mu możliwość wytyczenia innej ścieżki.

Rząd Tuska powinien podejść do niego z powagą i szacunkiem. Jeśli obie strony będą działać w dobrej wierze, ugoda konstytucyjna nie jest mrzonką. W rzeczywistości w obecnych warunkach nawet zwykłe ustawodawstwo wymaga ponadpartyjnego konsensusu, który de facto sprowadza się do większości konstytucyjnej. Jak wyjaśniliśmy wcześniej, żadna ustawa nie może zostać uchwalona bez zgody parlamentu i podpisu prezydenta Nawrockiego. Reforma, która byłaby w stanie pokonać tę barierę, z definicji miałaby poparcie w całym polskim spektrum politycznym – w tym w części PiS, a nawet w Konfederacji.

Zastąpienie niekończącej się wojny politycznej pojednaniem nie jest utopijną fantazją – ponieważ Polska zrobiła to już wcześniej. Demokratyczne odrodzenie kraju w 1989 r. rozpoczęło się od nieprawdopodobnych rozmów Okrągłego Stołu między reżimem komunistycznym a opozycją demokratyczną. Ta pokojowa transformacja nadal inspiruje demokratów na całym świecie. O ile Polakom udało się znaleźć wspólny język ze wspieranymi przez Moskwę twardogłowymi, o tyle z pewnością mogą – i muszą – znaleźć go między sobą dzisiaj.

Maciej Kisilowski, Anna Wojciuk

Verfassungblog.de

Zdjęcie ilustrujące: Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydent-elekt Karol Nawrocki wita się z premierem Donaldem Tuskiem

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 4 / 5. Vote count: 1

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze