Judyta Papp: Hejt-trolling, mechanizmy obrony naruszeń praw autorskich

1
(1)

W sprawach dotyczących ochrony praw autorskich w Polsce po wezwaniu w ramach dochodzenia praw i roszczeń, pomysłów na obchodzenie prawa jest całe mnóstwo. Z kolei wyroki nie zawsze są wykonywane, ale nasilany jest hejt – mówi, odpowiadając na pytania Jacka Rakowieckiego znana twórczyni Judyta Papp.

Jacek Rakowiecki: Jesteś wybitną fotograficzką, zajmujesz się także projektowaniem, ale od dawna dużo czasu musisz poświęcać na procesy sądowe, bo twoje prawa autorskie są naruszane.

Judyta Papp: Raczej twórcą. Fotografowanie, to tylko jedna z form i nie jest zobowiązująca. A ja od dłuższego czasu więcej projektuję niż fotografuję. Prowadzę jednocześnie archiwum mojego Ojca i tworzę wnętrze stacjonarnej galerii jego rysunków i grafik. Mój czas jest więc bardzo ograniczony i muszę ci powiedzieć, że prawa wielu uprawnionych są naruszane. Zobacz, jak ogromną liczbę spraw z powodu naruszeń praw autorskich do utworów tworzonych przez wielu różnych twórców mają Organizacje Zbiorowego Zarządzania (OZZ). A jeszcze więcej spraw i postępowań mają wydawcy, gdy ich treści są nielegalnie pobierane. Piractwo jest niestety powszechne.

A czy w małej sprawie trzeba korzystać z kancelarii i pełnomocnika?

Po ostatniej zmianie procedury w zakresie ochrony własności intelektualnej ustawodawca próbuje właśnie prawo do obrony ograniczyć, narzucając polskim twórcom w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu przekracza 20 tys. zł korzystanie z kancelarii prawniczych, jak w przypadku spraw toczących się przed Sądem Najwyższym. Co oczywiście wiąże się z opłatą i ze zwiększeniem kosztów postępowania. Postępowania sądowe w sprawach z zakresu ochrony praw własności intelektualnej (nie tylko prawa autorskiego), wymagają ogromnego nakładu pracy i wielu pism procesowych, zaangażowania i to wcale nie musi wynikać z zawiłości sprawy. W przypadku angażowania pełnomocnika trzeba ten koszt doliczyć. W sytuacji, gdy postępowanie staje się zbyt kosztowne i nieopłacalne, to wiadomo jakiego efektu możemy się spodziewać. A skoro piractwo jest powszechne, to naruszeń jest dużo i nie jest możliwe interweniowanie w zdecydowanej większości spraw bezprawnego korzystania z utworu.

Wytłumaczmy może czytelnikom, na czym polega fach fotografa. Bo zwykły człowiek sądzi zapewne, że taka artystka jak ty, robi sobie zdjęcia, potem je sprzedaje, dzięki czemu może normalnie żyć. Tymczasem w przestrzeni medialnej ogromna i chyba rosnąca liczba publikowanych zdjęć to dzieła zwyczajnie ukradzione. Czyli takie, za których użycie po prostu nie zapłacono, a często nawet ich nie podpisano nazwiskiem twórcy.

Nie tylko fotografii, ale wszelkich utworów wizualnych, muzycznych wykonań i audiowizualnych. Na takiej samej zasadzie wydawcy mają problem, gdy ich treści są pobierane i mają z tego powody straty.

Czy można ocenić, jaka jest liczba pirackich kopii twoich zdjęć?

Nie posiadam żadnych narzędzi do wyszukiwania naruszeń, tak jak każda agencja fotograficzna, czy redakcja. Wydaje mi się, że są płatne, a wystarczy to, co wyświetlają darmowe wyszukiwarki, lub gdy w ramach jakiegoś postępowania sprawdzam, czy pozwany po wyroku był łaskaw zaprzestać naruszania i od razu ukazują się inne nieuprawnione publikacje tego samego zdjęcia. Czasem na swoją — teoretycznie, okładkę mogę natknąć się podczas zakupów w księgarni. Naprawdę nie potrzeba wielkich poszukiwań.

A jak najczęściej twoje zdjęcia są wykorzystywane?

Portretowe, tworzone na indywidualnych sesjach ze swej natury nie są informacyjne i nie służą takiemu celowi, dlatego zazwyczaj rozpowszechniane są w celach estetycznych. Przykładowo dla przyciągnięcia uwagi do organizowanego wydarzenia, czy jakiegoś przekazu, lub w ramach działalności innej osoby, czasem nawet innego twórcy. Na pewno nie z konieczności, bo też nie opisują one wydarzenia chwili. Zdobią więc plakaty, zaproszenia drukowane, a także są rozpowszechniane w Internecie. Zapowiedzi koncertów i przeróżnych wydarzeń, z logotypami partnerów i organizatora, bez powiązania z autorem zdjęcia i odniesienia do prezentowanej fotografii, a tym bardziej do utworu literackiego, na przykład:

Są więc sytuacje rozpowszechniania na stronie internetowej jednego zdjęcia, lub zdjęć do informacji o wydarzeniu, ale także przypadki wykorzystania utworu do całej oprawy dużego eventu. W takiej sytuacji ilość pól eksploatacji jest spora, jak i rozmach przetwarzania i ingerowania w utwór rozpowszechniany na różnych nośnikach; na bannerze, na plakatach, na ulotkach, czy na zaproszeniach itp. Można zilustrować tę kwestię w odniesieniu do nieuprawnionego korzystania z utworu na okładce pisma wydawanego przez Samorządowe Centrum Doradztwa i Doskonalenia Nauczycieli, redagowanego przez magistrów i przez pedagogów w taki sposób:

Okładkę ze zdjęciem pokrytym tekstem i obcymi elementami udostępniano zarówno w Internecie, jak i w druku, bez podania czyjego autorstwa jest to zdjęcie. Z kolei w odpowiedzi na wezwanie wydawca reprezentowany przez profesjonalnego pełnomocnika twierdził, że jego klient nie naruszył, bo cel był dydaktyczny i realizował dozwolony użytek oraz, że zdjęcie nie zostało zabezpieczone przez jego autorkę. Wydaje się także oczywistym, że dzieci nie prowadzą i nie wydają „gazetek szkolnych”.

Czyli, że klient ten korzystający nie powinien był się zabezpieczyć, tylko ty? A w jaki sposób okradany może mieć wpływ na cudze nielegalnie publikacje, czy ktoś dewastuje zdjęcie i nie podpisuje, np. na tego wydawcę?

Zapytaj o to pana mecenasa. A także o możliwość edukowania poprzez wygląd pisarza. Na jakiej podstawie, „edukowanie” może odbywać się kosztem twórcy zdjęcia prezentowanego na okładce, na której nie odniesiono się ani słowem do fotografii, ani do jej autora. Nie został on bowiem podany.

Można odnieść wrażenie, że w obiegu jest ten sam wzór odpowiedzi na wezwanie, czy też na pozew. Jednak bardzo często powtarzany jest zarzut, że skoro właściciel praw autorskich nie zamieścił znaku wodnego na własnym utworze, to wina jest po jego stronie. A skoro utwory można pobierać z różnych źródeł — z legalnych, jak i z nielegalnych publikacji w Internecie, także z druków, np. z książek, to zarzut ten nie ma żadnego sensu. W sytuacji samowolnego kopiowania utworów pochodzących z nielegalnego źródła, najczęściej  pobierane są utwory przetworzone i wykadrowane. Zatem znak wodny, który można zresztą na wiele sposobów usunąć, ma małe szanse przetrwania. Zamieszczanie obcych elementów na estetycznym zdjęciu zdecydowanie je szpeci. Problem nie dotyczy tego, że samochód nie miał alarmu. Nie tędy droga.

Przecież na rynku nie brakuje portretów tych wybitnych postaci, które ty także fotografowałaś: Miłosz, Szymborska, Kapuściński, Kołakowski, Bartoszewski, Głowacki, Wolszczan. Holland.. Są to osoby publiczne.

To prawda. Wszystkie te osoby mają setki zdjęć, a w tym wiele bardzo dobrych fotografii. Te zdjęcia są dostępne w agencjach fotograficznych w cenach przystępnych dla każdego przeciętnego Kowalskiego. Jednak nie tylko portretowe zdjęcia są nielegalnie kopiowane i rozpowszechniane. Zdjęcia ilustracyjne także, lub filmy i utwory wszelkiego rodzaju. Jakkolwiek samo założenie, że coś się nam należy, bo pracujemy w branży szeroko pojętej kultury i edukacji, jest błędne. Żaden cel nie uświęca środków. Każdemu, a więc także twórcy, należy płacić za pracę. Nie płacimy, nie mamy wyraźnej zgody właściciela praw, to nie korzystamy. Przywilej darmowego korzystania — jak na zasadzie odpłatnej, wymaga wyraźnej zgody uprawnionego.

A taki pedagog, bibliotekarz, czy dyrektor ośrodka kultury, jak i ich prawnicy, pobierają wynagrodzenie za swoją pracę.

Tu jednak chodzi o pobieranie bez pytania kogokolwiek o zgodę i o pomijanie uprawnionego, lub właściciela praw, w celu darmowego korzystania z utworów różnego rodzaju. A gdy dochodzi do sytuacji, że dany utwór może mieć każdy za darmo, to zasadniczo obniża jego sprzedaż i jest to działanie realnie przynoszące szkodę. A jeśli przy utworze autor nie jest oznaczany, to mamy wówczas w obiegu takie niczyje utwory, które bardzo łatwo stają się ofiarą dalszych pirackich kopii.

Poza faktem, że sama sesja trwa co najmniej kilka godzin, to jeszcze wcześniej poświęcasz czas na jej zorganizowanie oraz na zdobycie zaufania każdego kolejnego bohatera.

Oczywiście warto wiedzieć coś o osobie, o której mamy stworzyć indywidualny obraz. Ale o tym, czy ktoś będzie zainteresowany sesją musi decydować portfolio. Z Miłoszem nikt mnie nie poznawał. Po prostu zadzwoniłam do niego, umówiłam się i pokazywałam swoje prace, przedstawiałam koncepcję na sesję. Przede wszystkim Miłosz nigdy nie wychodził z założenia, że coś mu się należy, bo jest noblistą, czy też znanym autorem. Wręcz przeciwnie, był skromny i okazywał mi wyrazy wdzięczności. Byłam bardzo młodą osobą.

Problem w tym, że te zdjęcia kradną też profesjonalni wydawcy i profesjonalne instytucje kultury, czy oświaty. W obu tych przypadkach robią to więc ludzie, którzy niejako w zakresie obowiązków muszą mieć wiedzę, czego wolno za darmo użyć, a co jest płatne, albo co najmniej, co wymaga uzyskania zgody na wykorzystanie.

Znikoma ilość pirackich kopii utworów rozpowszechniana jest przez przeciętnego Kowalskiego. Większość naruszeń dotyczy bezumownego korzystania w ramach działań zawodowych podmiotów, czy osób, które udzielają się w kręgach edukacji, czy kultury, lub są profesjonalnymi wydawcami. A wszystkie „biedne” instytucje kultury i podmioty edukacyjne, jak i fundacje, stowarzyszenia zatrudniają prawników.

To za co tym prawnikom płacą?

Nie miałam nigdy żadnego przypadku nieświadomego naruszania moich praw autorskich. W przypadkach mi znanych naruszanie zawsze jest związane z czynnością wyszukiwania, z wyborem zdjęcia, z pobraniem go i rozpowszechnianiem w celu ozdoby, czy wzmocnienia własnego przekazu, np. wykorzystania w informacji o wydarzeniu, czy np. na stronie z cudzą twórczością, przypadki i potrzeby są różne. Zawsze z chęci darmowego skorzystania, więc nic nie jest ustalane. Jak wspominałam, zdjęcia portretowe nie są zdjęciami reporterskimi, co też wyznacza cel korzystania.

I co wtedy robisz?

To zależy od konkretnego przypadku i od wielu czynników; od zakresu naruszania i przede wszystkim, czy mnie, jako twórcę, to krzywdzi. Przez kogo i gdzie, w jakiej formie utwór jest rozpowszechniany i czy w normalnych warunkach w ogóle wyraziłabym zgodę na korzystanie. Czy zdjęcie podpisano autorem, czy zostało ono przetworzone, czy stanowi dominującą część publikacji, ile było form korzystania itd.

Spójrzmy na ten przykład, bo można posunąć się, aż tak daleko i jeszcze podpisać tę przeróbkę zdjęcia, jako własne:

W przypadku utworów wizualnych nie mamy do czynienia z plikami z muzyką, czy z filmami, które także są utworami chronionymi, ale z działaniem wizualnym. Nie można więc wychodzić z założenia, że nie dzieje się krzywda, skoro na przykład zdjęcie było rozpowszechniane w małym formacie i w niskiej rozdzielczości. Przeciwnie, wszytko co wypacza obraz i zawarty w nim przekaz, stanowi ingerencję i wymaga akceptacji twórcy utworu. Przede wszystkim trzeba zobaczyć zakres naruszania, nie można uogólniać.

W sytuacji, gdy uznaję, że ktoś te zasady pogwałcił, a mnie to krzywdzi i wyrządza mi szkodę, to wzywam do zaprzestania i do usunięcia skutków naruszania. Trzeba pamiętać, że tym skutkiem jest także brak wynagrodzenia, bo zaistniała szkoda z faktu nieuprawnionego korzystania. A jeśli doszło do rozpowszechniania utworu w zmienionej postaci, bez żadnego związku z jego autorem, to skutkiem jest także powstała krzywda i coś z tym trzeba zrobić.

Reagują?

Patrząc ogólnie, a nie na indywidualne przypadki, zazwyczaj w odpowiedziach na wezwania prezentowane są wciąż te same argumenty dla pominięcia odpowiedzialności związanej z bezumownym rozpowszechnianiem. Twierdzenia, że korzystanie z utworu było nieświadome i w szczytnym celu. A do tego zwykle powoływane jest równie nieświadomie „prawo cytatu i dozwolony użytek”. Tak ogólnie, bez odniesienia do własnej sytuacji i do możliwości korzystania z tego wyjątku, który jest przewidziany dla ściśle określonych w ustawie instytucji tworzących system szkolnictwa wyższego i nauki. Jednak w ramach zgodnego z prawem korzystania i niegodzącego w interesy twórcy. Do takich odpowiedzi zazwyczaj załączane są nieprawidłowe wyroki i wyjątki w orzecznictwie, lub nieprawomocne orzeczenia w sprawach zakończonych dla twórcy korzystnie. Są to nieustannie te same archiwalne wyroki. Przykładowo wyrok Sądu Okręgowego w Kaliszu, w całości zmieniony w apelacji wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Łodzi, w którym uznano naruszenie zarówno praw majątkowych, jak i osobistych (brak autorstwa i ingerencję w utwór) i całość roszczeń.

Wszystko, jak się okazuje można wypaczyć, nawet wyroki.

A w odpowiedzi na zgłoszenie naruszenia prawie zawsze pojawia się zarzut nadużycia prawa i przerzucana jest wina. Można to porównać do zarzucania Unii, że stosuje środki ochronne względem niepraworządnego państwa. Muszę ci powiedzieć, że w sprawach dotyczących ochrony praw autorskich w Polsce po wezwaniu i w ramach dochodzenia praw i roszczeń, pomysłów na obchodzenie prawa jest całe mnóstwo. Z kolei wyroki nie zawsze są wykonywane, ale nasilany jest hejt.

Osoby zatrudniane w instytucjach właśnie po to, by edukować, także o kulturze i popularyzować polskich autorów, ale w ramach tego nie muszą działać zgodnie z prawem. Skąd takie przekonane?

Tu chodzi także o zasady, granice obrony i o zwyczajną przyzwoitość. Niestety w stosunku do praw bezwzględnych skutecznych wobec wszystkich, jak i innego rodzaju praw, zasad i reguł słuszności, a także do dobrych obyczajów, bliżej nam do Wschodu, niż do Zachodu.

Zobrazuję tę kwestię na bardzo dotkliwym przykładzie. Właścicielka portalu publicystyczno-kulturalnego, a także autorka i członkini Związku Polskich Autorów i Dziennikarzy, 20 lat temu pojawiła się na aukcji charytatywnej, na której licytowane były moje fotografie w oprawie. Cały dochód z aukcji przekazałam na cel społeczny. Jeden egzemplarz w tych aukcyjnych warunkach poszedł w ręce wspomnianej redaktor, która po dwóch latach rozpowszechniała to samo zdjęcie ale w formie pliku na prowadzonej przez nią stronie internetowej sofijon.pl, jako jej wydawca. Ilustrując swój artykuł moim utworem, bez mojej wiedzy i bez zgody na rozpowszechnianie. Nie uiszczając opłaty licencyjnej za nową formę eksploatacji. W swoim artykule nie odniosła się ani słowem do aukcji fotografii sprzed lat, ani do zdjęcia, a tym bardziej do jego autora:

Wyraziłam sprzeciw takiemu korzystaniu. Jednak na wydawcy witryny internetowej nie zrobiło to wrażenia. Jakkolwiek, sytuacja ta miała miejsce spory czas temu i należałoby już o tym zdarzeniu zapomnieć, to jednak wspomniana redaktor od wielu lat regularnie mnie hejtuje na portalach społecznościowych i na blogach. Nawet w tym roku otrzymałam do wiadomości jej obraźliwe wpisy kierowane pod moim adresem. Jak się okazuje możliwe jest, aby przez tyle lat nie zorientować się, że istnieje coś takiego, jak różne formy i cel korzystania.

Nie miała czasu, zajęta była hejtowaniem. A jak w procesach takie osoby się bronią?  

Stawiając zarzuty takie, jak w szkalujących publikacjach, że zdjęcie zostało wykorzystanie w dydaktycznym i w szczytnym celu, że twórca zdjęć zarabia na naruszeniach i zataja ugody, że roszczenia są wygórowane i celowo swoich zdjęć nie podpisuje i nadużywa. To bardzo typowe metody manipulacji na zasadzie przerzucania winy, więc dobre wrażenie robią przypadkowi użytkownicy, „gazetka szkolna”, że ktoś matką i wysokie kwoty, biedne szkoły, a nawet dzieci, bez wskazywania faktów, jakiego korzystania konkretnie sprawa dotyczy. Zauważ, że naruszeń, o których się pisze, w żadnym z takich artykułów jeszcze nikt ich nie pokazał. A tym bardziej w przypadku jeśli doszło do szerszego zakresu i form korzystania (bannery, plakaty itd.). Pomijane jest przy tym, lub bagatelizowane zdarzenie wywołujące krzywdę i szkodę, choć jest ono przede wszystkim wizualnym obrazem. Piętnowany jest autor, a więc ta druga strona zawsze przedstawiana jest jako nieświadoma ofiara. Z kolei odpowiedzi na wezwanie, lub na pozew zawierają najczęściej załączniki z artykułami szkalującymi stronę przeciwną, tu nie ma sentymentów. Pytając w korytarzu sądu mecenasa strony przeciwnej, dlaczego w taki sposób broni klienta, to można usłyszeć, że być może „sąd to kupi”. To się przecież widzi.

Jakkolwiek chciałabym zaakcentować, że zdarzają się także sprawy i przypadki poczucia odpowiedzialności po drugiej stronie, kultury i zwyczajnej przyzwoitości. Wówczas sprawa bezumownego korzystania jest szybko załatwiana i nie ma sprawy.

Ale czy publikując informacje związane np. z Miłoszem, by pozostać przy tym przykładzie, to naprawdę potrzebują aż tak artystycznych zdjęć poety, bo jego twórczość zależy od tego, jak wyglądał?

Na pytania retoryczne nie udziela się odpowiedzi. Znamienne, że w przypadku zagranicznych spraw, a z naruszeniami, nie tylko moich praw autorskich, mam do czynienia co najmniej od 20 lat, to w ani jednym przypadku nie było sytuacji inicjowania hejtu w ramach obrony po naruszaniu praw autorskich. W naszym kraju jest jednak inaczej. Można otrzymywać od dyrektorów placówek dydaktycznych, kulturalnych, odpowiedzi o charakterze obraźliwym, a także grożące zawiadomieniem organów ścigania. Bywa, że po zgłoszeniu bezprawnego charakteru publikacji, druga strona podejmuje działania pozorne. Polegają one na przesłaniu w odpowiedzi na wezwanie informacji o zainteresowaniu ugodowym załatwieniem sporu, na potrzeby ewentualnego procesu, a później zachowanie przeciwne. Całkowita bierność, nieodpowiadanie na próby kontaktu w celu ustalenia warunków takiej ugody. To bardzo częste zjawisko.

Sprytne.

Najbardziej jednak przykre są sytuacje, gdy w rozmowie po wezwaniu usłyszy się sugestie zainicjowania kampanii szykanowania w Internecie, w przypadku dalszego dochodzenia praw.

A czy osoby zatrudniane w instytucjach, które uważają, że tak można sobie zabierać bez zgody i bez wynagrodzenia, coś same robią charytatywnie?

W sytuacji, gdy jeszcze na etapie wezwania domagam się przekazania jakiejś kwoty na cel społeczny, to jeszcze nikt z tego dobrowolnie nie skorzystał. Nawet w przypadku, gdy naruszenia dopuścił się podmiot, dla którego nie byłoby to w żadnej mierze obciążające. Już na początku i na etapie wezwań nie sprawdziło się, nie było bowiem zainteresowania, a więc odpuściliśmy. Czasami do tego wracam, ale bez zmian. A w postępowaniu każde roszczenie podlega opłacie.

Za żądanie przeprosin też musisz płacić?

Oczywiście. Roszczenia o charakterze niemajątkowym, czyli przeprosiny, nakaz usunięcia, przekazanie kwoty na cel społeczny, podlegają opłacie.

A jak wywalczysz odszkodowanie to…

To zwraca się koszt dochodzenia przedsądowego i koszt kilkuletniego postępowania i wychodzisz na zero.

Obłęd. Dlaczego sąd, jeśli uzna winę, to nie może przysolić na tyle dużego odszkodowania, by postraszyć nim skutecznie zarówno tego konkretnego naruszyciela, ale i dać w ten sposób sygnał dla innych?

Powiązanie odpowiedzialności prawnej z winą, czyli stosunku psychicznego sprawcy do popełnianego czynu, trzeba odnosić do prawa karnego. W postępowaniu cywilnym, gdy chodzi o prawa bezwzględne, to problem winy nas nie interesuje, o ile nie żądamy zadośćuczynienia, lub odszkodowania. A więc tego, czy wiedział, że narusza. Naruszenie majątkowych praw autorskich stało się faktem, właściciel praw i uprawniony poniósł szkodę. Wobec tego, jest stanem obiektywnym. Z kolei odszkodowanie na skutek naruszenia autorskich praw majątkowych do utworu np. audiowizualnego, muzyki, lub fotografii, nie służy karaniu, ale rekompensowaniu powstałej szkody. Stąd był problem dwukrotności w sytuacji nielegalnego korzystania. Ale naruszanie nie może być opłacalne, więc w końcu uznano, że w systemie polskiego prawa cywilnego na zasadzie słuszności i adekwatności możliwe jest, aby odróżnić źródło legalne od nielegalnego i jakkolwiek realizować zobowiązania względem dyrektywy enforcement, czyli zapewnić ochronę uprawnionym.

Trzeba przy tym pamiętać, że w sytuacji naruszenia twórca, lub właściciel praw został pobawiony kontroli i nie decydował o eksploatacji swojego utworu. A w przypadku, gdyby mógł decydować, to niekoniecznie wyraziłby zgodę na narzuconą mu formę korzystania. Musi więc dopasować się  do stanu, który już zaistniał.

To fakt.

Każdemu uprawnionemu, zarówno do twórczości naukowej, jak i artystycznej, zależy na tym, aby był kojarzony z własną pracą, oraz by decydować o tym, w jakiej formie jego dzieło jest prezentowane publicznie. Autorskie dobra osobiste odnoszą się do sfery wewnętrznej uczuć, ale także zewnętrznej związanej z renomą, czyli pozycją i z obecnością konkretnego autora na rynku. A jeżeli chodzi o problem łagodzenia krzywdy, to także w ramach przepisu art. 78. ust. 1. ustawy o pr.aut. „sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia” (przewidzianego także w art. 448 k.c.). Trudno oczekiwać, że samo zaprzestanie naruszania w czasie teraźniejszym, będzie nawiązywać do przykrych doznań z powodu zdarzenia, które miało miejsce w przeszłości. Chodzi więc o udzielenie satysfakcji za zawinione cierpienia natury psychicznej przede wszystkim pokrzywdzonemu. Jakkolwiek przepis ten daje sędziemu swobodę decydowania, to praktyka pokazuje jednak, że zwrot „sąd może przyznać”, nie jest bliski znaczeniowo zwrotowi „sąd zasądza”. Tak więc — z jednej strony mamy postęp technologiczny i większą dostępność i łatwość naruszania, z drugiej zaś strony sądy bardzo niepewnie operują tymi sygnałami i niechętnie zasądzają zadośćuczynienie, lub zasadniczo je obniżają. Problem ten nie dotyczy tylko prawa autorskiego, ale szerokiego zakresu ochrony dóbr osobistych, np. nienaruszalności, poszanowania i ochrony godności, praw przysługujących każdemu gwarantowanych w Konstytucji RP (art. 30 i art. 47. Konst.). W takiej sytuacji strasznie trudno spodziewać się faktycznej realizacji funkcji zapobiegawczej i kształtowania świadomości poszanowania praw i czynnika wychowawczego w wymiarze ogólnospołecznym.

Ale tu mamy do czynienia z taką sytuacją, że osoby, które nie dość, że po prostu ukradły twoje zdjęcie, bo tym jest przecież publikacja cudzego zdjęcia bez zgody i zapłacenia za prawa autorskie, to nie dość, że nie reagują na twoje pisma, to jeszcze cię szkalują. Przeciętny Kowalski nie zna tych spraw.

Nie zna faktów, nie widział naruszeń, ani zakresu korzystania, a tym bardziej zachowania korzystającego po naruszeniu. To idealne środowisko do manipulowania. Jakkolwiek represjonowanie przez przedstawianie uprawnionego, jako wyłudzacza, a naruszających jako biedne, działające w szczytnym celu ofiary, nie wynika z bezmyślnego odreagowania wstydu, czy też braku umiejętności przyznania się do winy, ale jest wyrachowaną i celową taktyką. Tak od jakiegoś czasu współpraca ze sobą naruszycieli praw autorskich, działających we wspólnym — własnym interesie, przybrała już formy trwałe. W takich artykułach, czy też wpisach na forach, czy portalach społecznościowych udzielają się zawsze naruszyciele, osoby osobiście zaangażowane i zainteresowane korzystnym załatwieniem sprawy, lub osoby związane z cyfrowymi organizacjami działającymi w Internecie, które chcą dowolnie korzystać z wszelkiego rodzaju utworów i od lat walczą o darmowe korzystanie online.

W tych artykułach hejtujących udziela się również adwokat reprezentujący klienta, który korzystał z twoich utworów. Miałem okazję zobaczyć tego adwokata w akcji na Facebooku, żałosne.

Oczywiście w przypadku profesjonalisty taka sytuacja nigdy nie powinna mieć miejsca. Ale spójrzmy na tę kwestę z drugiej strony. W sprawach o oczywiste naruszenia, przy bardzo dużej niechęci do załatwienia sprawy polubownie, nie pozostaje wiele środków. Mogę tylko potwierdzić, że w pismach procesowych wspomnianego adwokata przedkładane są jako dowody „rzetelne” artykuły o oponencie procesowym, w których sam się udziela. A do tego, rozpowszechniane wszelkimi kanałami nierzetelnych informacji związanych z naruszeniami klientów, których broni i niepohamowane przekraczanie wykładni obowiązujących przepisów prawa. Przykładowo, szkolnym błędem, ale wprowadzającym w błąd jest twierdzenie tego mecenasa, że darowanie odbitki egzemplarza fotografii z autografem twórcy osobie prywatnej, może być równoznaczne ze zgodą na rozpowszechnianie utworu. A tym bardziej w ramach działalności innego podmiotu i w celu promocji filmu, czy koncertu — komercyjnych wydarzeń. Darowizna egzemplarza utworu — na co wyraźnie wskazuje art. 6 ust. 1 pkt. 3 pr.aut, nie spełnia żadnej przesłanki publicznego rozpowszechniania. Kolejny przykład, to przyjęcie, że na gruncie obowiązującego art. 29 pr.aut., w ramach publikacji promującej jakieś wydarzenie, w której nie odniesiono się ani słowem do rozpowszechnianego fragmentu utworu, z pominięciem autorstwa i bez żadnego związku treści publikacji z utworem, istnieje możliwość realizowania przesłanki legalności cytatu. Doszło nawet do sytuacji pozyskania podpisu Andrzeja Wajdy pod oświadczeniem i stanowiskiem procesowym i to w czasie choroby reżysera, tuż przed jego śmiercią.

Ohydne.

W „szczytnym celu”. To jest oczywiście bardzo przykre, jakkolwiek Wajda sam nigdy takiego oświadczenia nie napisał. Nie wycofał twórcy zdjęcia praw do wizerunku, co wydawałoby się najprostszym rozwiązaniem. Nie miał też żadnych uprawnień do dysponowania cudzymi utworami, ale to już inna kwestia. Oczywiście każdy twórca, tak dużego, jak i małego formatu, może decydować o własnych stawkach, ale nie o cudzych.

Ale czasami jakiś sąd w to uwierzy. Poznałem przy okazji jednego z twoich procesów zdumiewające uzasadnienie. Otóż pani sędzia zmieniła wyrok pierwszej instancji zarzucając ci, między innymi, że masz dużo spraw, że wykrywasz i dowiadujesz się o naruszeniach. Dość to było zdumiewające.

Być może to wynika po prostu z małej ilości spraw w referacie. A tak poważnie, dotyczyło to sprawy, w której stroną pozwaną był wydawca portalu, w którym skala naruszeń dóbr osobistych jest ogromna. Pozwana spółka – dla porównania, w jednym wydziale Sądu Okręgowego w Warszawie, ma więcej postępowań, niż ja we wszystkich sądach powszechnych w Polsce. Oczywiście problem może stanowić liczba naruszeń, a nie reakcji na nie.

Nie bez znaczenia jest okoliczność, że artykuły zaskarżane w tym postępowaniu, bo naruszające dobra osobiste z jednoznacznym przekazem, ukazały się zaraz po naruszeniach praw autorskich w tygodniku, w którym zilustrowano artykuł charakterystycznym czarno-białym zdjęciem mojego autorstwa przestawiającym Andrzeja Wajdę w dużym formacie. Korzystano z utworu bez mojej wiedzy i zgody i bez podania autorstwa. Po wezwaniu strony podjęły rozmowy zmierzające do polubownego zakończenia sporu. Jednak wydawca domagał się poufności i zamieścił paragraf zobowiązujący do zachowania tajemnicy o naruszeniu i w ramach tego kary umowne, tj. ponad 13 000 zł za każde ujawnienie. Warunkując tym porozumienie w sprawie. A ja nie zawieram takich umów nawet z osobami, czy podmiotami, które nabywają licencje na zasadach legalnych. Do ugody nie doszło i zaraz po tym redaktor naczelny tygodnika zainicjował „natywnie” kampanie hejtu i represjonowanie strony przeciwnej w swoim portalu innpoland.pl i nie tylko. Pozwana oferuje i świadczy usługi takich kampanii w Internecie, o czym zresztą pisze na swojej stronie. Wezwanie skierowane do pozwanej o zaprzestanie naruszania i wyrządzania mi krzywdy, pozostało bez odpowiedzi. Wobec tego złożyłam pozew. Postępowanie w pierwszej instancji trwało 3 lata. Pozwana nie udowodniła żadnego zarzutu, broniła się jedynie zeznaniami osób zaangażowanych w sprawy. Poza tym, w odpowiedzi na pozew załączyła wydruki zaskarżanych artykułów z obraźliwymi komentarzami użytkowników, jednak później zmieniła taktykę (na brak identyfikacji powódki w zaskarżanych artykułach) i zablokowała do nich dostęp i twierdziła, jakoby tych wulgarnych wpisów w ogóle nie było. Pozostawiając do tej pory, przy każdym artykule ikonki z podaną liczbą tych komentarzy. Sąd Okręgowy nie dał wiary zeznaniom świadków pozwanej i stwierdził, że wydawca nie uwiarygodnił żadnego zarzutu. Pozwana przegrała w pierwszej instancji. Tamten sąd z kolei akcentował, że problem stanowią naruszenia, a nie liczba spraw.

Ale zanim Tomasz Lis złożył apelację, to po 5 latach na tej samej zasadzie zainicjował nową, równie kłamliwą publikację w Press. Tym razem korzystając z pomocy innego wydawcy.  

„Przypadkowo”, skoro zainteresowanych, aby ograniczać wynagrodzenie autorom do minimum, jest o wiele więcej. Wykorzystano więc siłę wydawanej prasy i możliwości manipulowania i wpływania na opinię publiczną, a także na rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego.

Wpłynęli, udało się.

Sąd w jednoosobowym składzie zmienił wyrok sądu okręgowego, pominął materiał zgromadzony w sprawie, a w części go „zrekonstruował”. Przykładowo, darowizny stały się ugodami, choć z naruszeniami nie mają nic wspólnego, a zostały przedłożone – co wyraźnie wynika z akt sprawy, na fakt, że pozwana sama nic nie zrobiła dla podmiotów, które nazywa ofiarami. Bez znaczenia pozostały okoliczności, że pozwana w procesie podejmowała czynności zmierzające do obejścia prawa i nie udowodniła ani jednego zarzutu, a powód, że jest wręcz przeciwnie. Ze strony powoda zeznawali twórcy, a pozwaną uwiarygodniali hejterzy i inni naruszyciele.

Wysłuchałem nagrania z ogłoszenia tego wyroku. Pani sędzia w dość nieopanowanym języku i zaangażowanym emocjonalnie zarzuca ci, że w tych darowiznach przekazujesz tylko zdjęcia, a nie pieniądze.. Czy ten sąd rozpoznawał wartość darowizn? Jaką część swojego wynagrodzenia sąd przekazał tak wielu bibliotekom i ośrodkom kultury w Polsce?

To pytanie w zasadzie zadała Elżbieta Traple, ale w stosunku do pozwanej, dlatego w piśmie procesowym przedłożyliśmy do akt sprawy darowizny. Ale, gdy samo zdjęcie niewiele jest warte, bo do takich wniosków doszedł sąd w wygłoszonych ustnie motywach, to pozostaje darowany koszt oprawy i odbitek w dużym formacie.

Pani sędzia zarzuca ci także, że dochodzisz, by płacono za twoją pracę i podpisywano zdjęcia, a nie przeprosin. Przecież sąd zna opłaty. To ty prywatna osoba masz jeszcze tych, którzy cię okradają edukować? Przecież są instytucje do tego powołane i opłacane przez państwo.

Ustawodawca to roszczenie jednak wyrazie kierunkuje na udzielanie konkretnemu pokrzywdzonemu satysfakcji z powodu zaistniałej krzywdy na skutek zdarzenia powodującego naruszenie autorskich dóbr osobistych, czyli więzi z własnym utworem… Można także zwrócić uwagę, że w sprawie rozpoznawanej przez ten sąd powódka dochodziła od pozwanego wydawcy właśnie przeprosin i przekazania wskazanej kwoty na cel społeczny, tj. na Fundację Fotografii — czyli niemajątkowych roszczeń, które zostały uwzględnione w wyroku Sądu Okręgowego z dnia 16.12.2020 r., ale oddalone przez sąd apelacyjny.

Owszem wynagrodzenie jest ważne z tego powodu, że twórca tworzy po to, aby żyć i by kupić sobie, lub bliskim chleb – czyli dla zarobku. Natomiast w ramach nielegalnego korzystania, w chwili dochodzenia jest oczywiście mowa o odszkodowaniu. A jeśli w ramach publicznego rozpowszechniania jego pracy twórczej, nie jest z nią kojarzony, to nie buduje nazwiska i pozycji na rynku, ale o tym już rozmawialiśmy.

W części spraw staram się jednak dochodzić także zadośćuczynienia w postaci przeprosin w prasie, ale zazwyczaj od profesjonalnych wydawców, bo to roszczenie jest również kosztowne dla drugiej strony. Trzeba przy tym zaznaczyć, że każde roszczenie należy nie tylko opłacić, ale także uzasadnić w piśmie procesowym, a później bronić w procesie.

Akurat w tej sprawie zeznawała – jako świadek pozwanej naruszycielka, która po wezwaniu i po zgłoszeniu bezprawnego charakteru korzystania ze zdjęcia, opublikowała na własnej stronie nieautoryzowane oświadczenie w formie usprawiedliwienia, że przeprasza, ale korzystała nieświadomie. Dokonuje oceny i zamieszcza przy tym moje nazwisko, nie odpowiadała na wezwania i dość szybko rozpoczęła szkalowanie twórcy utworu na blogach w ramach „przepraszania”. Trudno w takich okolicznościach mówić o łagodzeniu krzywdy i o udzielaniu pokrzywdzonemu satysfakcji moralnej.

W tym przypadku doszło do rozpowszechniania portretowego zdjęcia na stronie internetowej, na której korzystająca z cudzego zdjęcia prezentuje swoje wiersze i książki www.czarnekoronki.blogspot.com/p/tomikdo-nabycia.html. A w okresie naruszania także reklamy zewnętrzne (Google Ads). Zawezwana do próby ugodowej, jako wydawca strony internetowej, reprezentowana przez kancelarię, nie była zainteresowana porozumieniem i do dnia dzisiejszego nie uiściła nawet stosownego wynagrodzenia za korzystanie ze zdjęcia. Jak się okazuje przeprosiny zasądzone w innej sprawie, publikowane przez ministerstwo przez 4 tygodnie, na 6 stronach gov.pl najwyraźniej miały ograniczony zasięg. Jakkolwiek, jeśli chodzi o tę powódkę, to woli ona dochodzić przekazania na cel społeczny. Daje to jej po prostu większą satysfakcję moralną. Każdy twórca powinien jednak kojarzyć się z tym, co tworzy.

Dla osoby, która z sądami ma niewiele od czynienia, można było odnieść wrażenie, że to sąd procesował się z tobą. A może pani sędzia jest wielbicielką tego tygodnika opinii i redaktora naczelnego?

To nie moja sprawa. Wyroki wydają ludzie. Powiem tylko tyle, od przedmiotowego wyroku powódce przysługuje skarga kasacyjna.

Skomentuj choć ten kłamliwy artykuł, który ukazał się w Press po wyroku Sądu Okręgowego.

No cóż, opluwają mnie z większym nasileniem. Nie mieli zdjęć z moim wizerunkiem, to użyli takich z lat młodzieńczych. Po przegranej o wyroku sądu okręgowego wypowiedział się także sam autor zaskarżanego artykułu — o sprawie przeciwko swemu zleceniodawcy. Osoba, która jako świadek pozwanej zeznała, że nie jest dziennikarzem, bo zajmuje się marketingiem internetowym. Właściwie w tej nowej publikacji w Press język, argumentacja, poziom manipulacji niewiele różni się od wcześniejszych artykułów będących przedmiotem sporu. Podam jeden przykład, hejtująca mnie od wielu lat, dyrektorka wymienionej w tym artykule Biblioteki Miasta i Gminy w Pleszewie, po wieloletnim dochodzeniu roszczeń przegrała proces za rażące naruszenia praw autorskich. Wykorzystano zdjęcie w zaproszeniu na imprezę z zamieszczonymi elementami graficznymi na utworze, w takiej oto formie:

Biblioteka nie oznaczyła przy tym autorstwa. Naruszenie było udostępniane zarówno w druku, jak i w Internecie. Jakkolwiek powództwo dotyczyło jedynie rozpowszechniania w Internecie i sąd apelacyjny zasądził od biblioteki łącznie kwotę 10 000 zł. A w tym, roszczenia majątkowe za rozpowszechnianie w sieci Internet, oraz zadośćuczynienie za deformację zdjęcia i za brak podpisu. Po wyroku jednak, zaproszenie było dostępne w Internecie przez bardzo długi okres czasu. Z kolei po 6 latach udzielająca się w Press dyrektor tejże biblioteki podaje do „prasy”, że „By to zapłacić musiałam zapożyczyć się u rodziny. Urząd Miasta nie może płacić za naruszenie praw autorskich. Zapłaciłam sama — mówi Elżbieta Mielcarek, dyrektorka Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy Pleszew”.
Brzmi dobrze, ale jednak powódka otrzymała przelew od strony pozwanej — czyli od instytucji publicznej, utrzymywanej ze środków publicznych w celu zaspokajaniu potrzeb oświatowych, kulturalnych i informacyjnych społeczeństwa.
To samo można odnieść do pozostałych twierdzeń w tym artykule zainicjowanym po wyroku sądu okręgowego. Nie hejtowali kilka lat, ale …

… zapadł niekorzystny dla wydawcy wyrok.

Ilustracja: Stefan Papp, akwarela i atrament, technika mieszana, lata 50.

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 1 / 5. Vote count: 1

No votes so far! Be the first to rate this post.

1 4 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments