Przedłużający się kryzys konstytucyjny ma też swoją specyficzną zaletę: Konstytucja stała się żywym bytem, poruszającym także emocje, choć jest aktem normatywnym, publikowanym w Dzienniku Ustaw, który do kategorii dzieł literackich przecież nie należy i to zdecydowanie. Mimo to wywołuje uczuciowe reakcje i to, oczywiście, cieszy.
Cieszy przede wszystkim ożywiona dyskusja wokół konstytucji szczególnie w mediach społecznościowych i elektronicznych, ale pewne aspekty tej dyskusji mnie przynajmniej niepokoją, ponieważ w wielu głosach przebija się taka oto myśl: aktualny etap walki o przywrócenie praworządności wymaga przede wszystkim odsunięcia od stanowisk w Trybunale Konstytucyjnym osób (tych sędziów), którzy łamią praworządność i ten cel trzeba osiągnąć nawet za cenę złamania standardów, które wcześniej deklarowaliśmy.
Prawidłowe zasady będziemy stosowali dopiero wtedy kiedy usuniemy z tej instytucji ludzi, którzy doprowadzili do obecnego stanu rzeczy. Jako przykład przywołuje się działania ministra Bartłomieju Sienkiewicza, który, proszę, wszedł z firmą ochroniarską do TVP i sprawa została rozwiązana.
Tak było, ale zanim tam wszedł, zbadał stan prawny w oparciu o kilka opinii prawnych i zdecydował wraz z rządem o podjęciu odpowiednich kroków.
Osobiście uważam, że ten ruch znajdował podstawę prawną, ale czy „odzyskana” TVP odzyskała wiarygodność, czy od tej chwili uważamy już ją za medium niezależne od rządu? Zgodzę się, że telewizja Kurskiego była wyjątkowo szkodliwą szczujnią, ale samo zamknięcie tej szczekaczki nie rozwiązało najistotniejszego problemu.
Zauważmy jednak, że z TK mamy całkowicie inny problem. Nie podoba mi się TVP? – włączam TVN albo inny kanał i ten problem mam z głowy. Ale konkurencyjnego Trybunału Konstytucyjnego nie ma i być nie może. On musi odzyskać przynajmniej prawną należną mu pozycję i rozpocząć mozolną pracę nad odzyskiwaniem koniecznego autorytetu. Władza sądownicza musi być, tak jak stanowi Konstytucja, niezależna i odrębna. W przeciwnym razie sąd konstytucyjny nie ma najmniejszego sensu. Jeśli TK nie cieszyłby się opinią sądu niezależnego, lepiej żeby go nie było. Przynajmniej rządzący nie musieliby udawać, że ktoś ich kontroluje.
Utrzymywanie tego organu, by trafiali tam za zasługi „swoi ludzie” nie ma żadnej racji z punktu widzenia praw i wolności obywatelskich. Droga do TSUE i ETPC jest długa, trudna i nie zawsze skuteczna, jak wiemy. Mam takie wrażenie, że moi polemiści chcieliby „naszych w Trybunale”, nie przywiązując należytej wagi do koniecznej niezależności i odrębności tej instytucji. Dyskutanci, którzy utrzymują, że min. Berek nie był i nie jest politykiem trafiają kulą w płot. Czy kogoś nazwiemy politykiem czy nie nie ma większego znaczenia. Chodzi o to, że był członkiem Rady Ministrów, a wiec organu, który kolegialnie uchwalał projekty ustaw, rozporządzenia, a także opiniował poselskie projekty ustaw, czyli w gruncie rzeczy wszystkie akty normatywne z okresu od 14 grudnia 2023 do chwili swej rezygnacji. A jakie akty przez najbliższe lata będzie rozpoznawał TK? Część roboty odwala obecnie wetami prezydent, ale rozporządzenia? Czy istnieje niebezpieczeństwo, że jakiś inny ósmy sędzia może zechcieć przyłączyć się do pana Święczkowskiego? I to na tyle duże, że na wszelki wypadek trzeba tam posłać „prawą rękę” premiera? Wystarczy się upewnić, że inna kandydatura tym nie grozi.
I jeszcze jeden problem. Moi polemiści mówią tak: owszem, ustawa o Trybunale Konstytucyjnym wprawdzie przewidywała standard karencji 4 lat pomiędzy pracą w rządzie i parlamencie a wyborem do Trybunału, ale ta ustawa nie stała się prawem, a więc o co właściwie chodzi? Otóż chodzi i to bardzo. O standardy, ale też o prawo, które powinno je uwzględniać.
Mogłem się o tym przekonać na własnej skórze. Kiedy wybrano mnie do Trybunału, wyobrażałem sobie, że będę tam przede wszystkim obrońcą samorządu terytorialnego, do powstania którego przyłożyłem rękę. W praktyce okazało się to niemożliwe, ponieważ musiałem się wyłączać z rozpoznawania wszystkich ustaw z lat 89-93, a to dlatego, że w tym czasie byłem senatorem i wszystkie ustawy jakie na tym polu powstały przyjmowane były, jeśli nie z mojej inicjatywy, to z dużym moim udziałem. Pozostawało mi tylko zżymać się, kiedy orzeczenia TK z tego zakresu szły w złym kierunku, a zdarzały się niestety często.
Ale zdarzyła się wtedy inna jeszcze sprawa, na wspomnienie której robi mi się zimno.
Na początku zapytałem koleżeństwa, czy powinienem się wyłączać także w takich przypadkach, kiedy mój udział w uchwalaniu sprowadzał się tylko do podniesienia ręki w czasie głosowania. Zgodna opinia bardziej doświadczonych kolegów nie widziała konieczności wyłączania mnie, jeśli nie zabierałem głosu w debacie, nie proponowałem poprawek, a jedynie głosowałem, a przewodniczący składu mnie nie wyłączał z urzędu. Wydawało się, że moje „czyste” głosowanie nie jest w takim przypadku problemem. Przez jakiś czas ta praktyka nie była kwestionowana – można powiedzieć, że utrwalił się w tej kwestii pewien standard.
Do czasu jednak, ponieważ w jednej ze spraw okazało się, że ten ustalony u nas standard słabo się broni w Strasburgu. W blisko dziesięć lat po moim tylko „czystym” głosowaniu w jednej ze spraw na tle ustawy dot. Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w Polsce podniesiono w postępowaniu w Strasburgu ten właśnie zarzut: że byłem członkiem składu TK w sprawie rozpoznającej przepisy ustawy, którą w Senacie dziesięć lat wcześniej głosowałem. Adwokaci to wypatrzyli, zgłosili odpowiedni zarzut. Pachniało przegraną w postępowaniu przed ETPC i w pewnym momencie rząd polski, przewidując niekorzystne w tej sprawie rozstrzygnięcie poszedł na ugodę i wypłacił Kościołowi Prawosławnemu parę milionów, by nie wikłać TK w międzynarodowy skandal.
Polecam ten wpis oparty na konkretnym przypadku wszystkim decydentom i doradcom premiera. Możemy się nie przejmować głoszonymi wcześniej zasadami, ale nie ma gwarancji, że Strasburg czy Luksemburg będą na uchybienia ich standardom też przymykać oko. Przeciwnie. Zapisywaliśmy się do Rady Europy, czy Unii Europejskiej dobrowolnie, godząc się tym samym na ich standardy.
Z tego między innymi doświadczenia wziął się ten czteroletni okres karencyjny, by zminimalizować niebezpieczeństwo konieczności wyłączania parlamentarzystów i ministrów od rozpoznawania spraw po ich przeflancowania do TK. Pan dr Maciej Berek, świetny prawnik formalnie może stać się sędzią TK, ma potrzebne formalne kwalifikacje. W tym przypadku nie one powinny być jednak decydujące. Idzie tu o sprawę grubo ważniejszą.
Jerzy Adam Stępień
Autor opublikował wcześniej komentarz na swoim profilu FB