Waldemar Żurek nie jest zwykłym ministrem sprawiedliwości. To człowiek, który – po latach brutalnego niszczenia polskiego sądownictwa – z chirurgiczną precyzją rozcina ropiejące tkanki bezprawia. Adam Bodnar przygotował grunt, oczyścił pole z min, ale to właśnie Żurek wkroczył z narzędziami i pewną ręką lekarza, który wie, że operacja będzie bolesna, ale konieczna, jeśli państwo ma znów oddychać normalnym, konstytucyjnym powietrzem.
Oczywiście, operacji tej towarzyszy nieustanny jazgot. Lamenty, inwektywy, groźby – cały arsenał emocji tak dobrze znany z repertuaru byłych rządzących. PiS-owskie środowisko, które przez osiem lat oswajało Polaków z bezprawiem, dziś reaguje na każdą próbę jego naprawy jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. Krzyczy, że jest ofiarą, że ktoś łamie jego prawa, że to zamach na niezawisłość. W rzeczywistości to paniczny wrzask tych, którzy przez lata sami deptali prawo, a teraz muszą stanąć przed jego zwierciadłem.
Najbardziej symboliczne stały się działania zespołu powołanego przez Żurka w Prokuraturze Krajowej – do spraw zapobiegania skutkom orzeczeń neosędziów. Prokuratorzy tego zespołu, na czele z Agnieszką Welenc, zaczęli kierować do Sądu Najwyższego precedensowe wnioski o wykluczenie składów z udziałem osób powołanych przez nielegalną KRS. Nie chodzi tu o techniczny detal. To zasadnicze stwierdzenie: ci ludzie nigdy nie zostali sędziami w rozumieniu Konstytucji. Ich „wyłączenie” nie ma sensu, bo nie można „wyłączyć” kogoś, kto w świetle prawa sędzią nigdy nie był. Ta symbolika była czytelna także w geście prokuratora Mariusza Kowala, który wchodząc na salę rozpraw, nie założył prokuratorskiej togi. Trzymał ją w ręku, jakby chciał powiedzieć: nie będę uczestniczył w udawaniu sądu. To gest cywilnej odwagi, jakiej w polskiej prokuraturze nie widzieliśmy od lat.
Odpowiedź neosędziów była przewidywalna – oburzenie, pomruki o „bezprawiu”, oskarżenia o „presję”. Sąd Najwyższy wciąż zdominowany przez osoby powołane przez upolitycznioną KRS próbuje udawać, że nic się nie stało, że nie ma żadnego problemu. Że Trybunał w Strasburgu, który w dziesiątkach wyroków orzekł, iż tacy sędziowie łamią prawo do sądu, to tylko opinia. Ale fakty są nieubłagane: Polska zapłaciła już milionowe odszkodowania za orzeczenia wydane przez nielegalne składy. Za każdą taką sprawą kryje się obywatel, który zamiast sprawiedliwości dostał karykaturę państwa prawa – i podatnik, który tę karykaturę musiał sfinansować.
Żurek wie, że proces naprawy państwa nie może się ograniczać do miękkich gestów. Jego prokuratorzy wysłali już 176 pism do Sądu Najwyższego z wnioskami o wykluczenie nielegalnych składów orzekających. Każde z tych pism to kamyk w murze, który przez lata stawiano między obywatelem a prawdziwym sądem. To, co dla neosędziów jest „bezprawiem”, w istocie jest najwyższym aktem lojalności wobec prawa. Żurek odwraca logikę narzuconą przez PiS: to nie ci, którzy przywracają porządek, są wichrzycielami. To ci, którzy przez lata siedzieli w sądach dzięki upartyjnionym nominacjom, są dziś źródłem anarchii. W tym kontekście słowa Małgorzaty Manowskiej, że „winni są politycy”, brzmią jak ucieczka od odpowiedzialności. Nie, pani prezes. Winni są ci, którzy wiedzieli, że zostali powołani z naruszeniem konstytucji, a mimo to orzekali, jakby nic się nie stało.
Żurek zapowiedział również roszczenia regresowe wobec neosędziów – czyli domaganie się od nich osobistego pokrycia odszkodowań, jakie państwo zapłaciło za ich bezprawne orzeczenia. To już nie symboliczna walka o czystość procedur. To realne przywracanie odpowiedzialności za decyzje, które dotknęły obywateli i budżet państwa. To moment historyczny: po raz pierwszy w wolnej Polsce aparat państwowy zaczyna konsekwentnie egzekwować odpowiedzialność od tych, którzy stali ponad prawem. I nic dziwnego, że ci sami, którzy przez lata gardzili obywatelami, dziś czują strach.
Waldemar Żurek nie jest rewolucjonistą. Jest strażakiem po pożarze, chirurgiem po katastrofie. Robi to, czego przez lata nikt nie miał odwagi zrobić – rozdziela to, co zostało splątane, i nazywa po imieniu to, co dotąd przykrywano fałszywą powagą urzędów.
Tak, jego działania są precedensowe. Ale precedensowe nie dlatego, że łamią prawo. Przeciwnie – dlatego, że prawo przywracają.
Polska po latach pisowskiego upadku nie potrzebuje dziś spokoju. Potrzebuje odwagi. I właśnie to robi Waldemar Żurek – przywraca wiarę, że praworządność nie jest słowem z podręcznika, lecz zasadą, która znów zaczyna obowiązywać.
Leszek Myczka
Autor – publicysta, dziennikarz telewizyjny, dokumentalista filmowy – opublikował wcześniej ten komentarz na swoim profilu FB