Wczoraj zostały opublikowane niezwykle interesujące wyniki najnowszego sondażu poparcia dla poszczególnych ugrupowań politycznych. Przypomnijmy to, co najważniejsze: jedno z dwóch najsilniejszych ugrupowań cieszy się poparciem 35,3 % obywateli. Za nim, z wynikiem niższym o blisko 2 %, bowiem z poparciem na poziomie 33,5 %, plasuje się drugie z najsilniejszych ugrupowań. I naprawdę, dla zagadnienia, o którym będzie mowa w dalszej części wpisu, nie są ważne nazwy tych ugrupowań. Problem należałoby bowiem potraktować z całą powagą niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych.
Otóż w wyniku dalszych analiz okazuje się, że pomimo owej przewagi poparcia wyborców, pierwsze z tych ugrupowań – przy zastosowaniu najbardziej precyzyjnej metody przeliczeniowej, która obowiązuje przy obliczaniu wyników wyborów, a więc przy dokonywaniu podziału mandatów w poszczególnych okręgach (to jest przeliczając dla każdego z ugrupowań jego poparcie ogólnokrajowe na poparcie w kolejnych okręgach wyborczych) – jednak „przegrywa wybory”, bowiem uzyskuje 185 mandatów, zaś to drugie ugrupowanie, które miało mniejsze poparcie, w istocie wybory „wygrywa”, bowiem uzyskuje 188 mandatów, czyli o 3 więcej.
Jak to jest możliwe, że ugrupowanie, które uzyskuje o blisko 2 % wyższe poparcie jednocześnie ma zdobyć mniejszą ilość mandatów, a więc wprowadzić do Sejmu mniejszą liczbę posłów? Obawiam się, że rzecz jest dość trudna może nie tyle do zrozumienia, ale już z pewnością do zaakceptowania przez większość obywateli. Otóż ten paradoks jest możliwy głównie z uwagi na to, że obecnie już w 20 okręgach wyborczych liczba przyznawanych w nich mandatów jest niedostosowana do liczby osób uprawnionych w tych okręgach do głosowania.
Stan taki jest w sposób oczywisty sprzeczny z konstytucyjną zasadą, zgodnie z którą siła głosu każdego obywatela powinna być taka sama (zasada równości). Dla realizacji tej zasady, ustalenia liczby posłów wybieranych w poszczególnych okręgach wyborczych oraz podziału województw na okręgi wyborcze dokonuje się według tzw. jednolitej normy przedstawicielstwa (zob. art. 202 § 1 Kodeksu wyborczego; w kolejnych paragrafach tego przepisu opisane są szczegóły techniczne dotyczące tej operacji). Ustawodawca przewidział też procedurę, która powinna być wdrożona w sytuacji, gdy ruchy migracyjne ludności lub zmiany w podziale terytorialnym zagrażają lub wprost nieuchronnie prowadzą do naruszenia jednolitej normy przedstawicielskiej. To Państwowa Komisja Wyborcza powinna przedkładać Sejmowi wnioski w sprawie zmiany granic okręgów wyborczych i liczby posłów w nich wybieranych, jeżeli konieczność taka wynika ze zmian w zasadniczym podziale terytorialnym państwa lub ze zmiany liczby mieszkańców w okręgu wyborczym lub w kraju (zob. art. 203 § 1 Kodeksu wyborczego; w dalszych jednostkach redakcyjnych sprecyzowane są szczegóły operacji – między innymi okresy, w których dokonywanie zmian nie jest możliwe).
Jestem przekonany, że niezależnie od układu sił na scenie politycznej ustawodawca powinien dążyć do tego, aby każde wybory były przeprowadzone z uwzględnieniem zmian związanych z ruchami migracyjnymi ludności, gdyż tylko wówczas w pełni zostaną zrealizowane zasady, które muszą być wcielone w życie co prawda ustawą zwykłą, ale ta przecież powinna być podporządkowana woli ustrojodawcy. Państwowa Komisja Wyborcza powinna zaś prowadzić nieustanny monitoring, czy nie istnieje pilna potrzeba wystąpienia do Sejmu z wnioskiem o przeprowadzenie stosownych zmian, tak aby Sejm mógł ich dokonać w okresach, kiedy jest to prawnie dopuszczalne (przede wszystkim – nie bezpośrednio przed samymi wyborami).
W przeciwnym wypadku niezwykle trudno będzie wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego to na skutek inercji lub opieszałości organów wyborczych albo – na kolejnym etapie – samej legislatywy, nie zostanie dochowana konstytucyjna zasada, iż głos każdego obywatela ma tę samą siłę.
Stanisław Zabłocki
Opinię tę Autor opublikował wcześniej na swoim profilu FB
Tytuł i wytłuszczenia od redakcji MK