Scenariusz, który od kilku dni rozgrywa się na ustrojowej scenie, przypomina polityczny thriller klasy B, w którym główni aktorzy dawno zapomnieli, czym jest godność sędziowskiego stanu. Oto na naszych oczach domykany jest projekt, który można określić mianem desperackiej próby powołania alternatywnej rzeczywistości prawnej przez środowiska polskiej prawicy.
Kulminacją tego proceduralnego bezwstydu stał się gest Zbigniewa Kapińskiego, który w odruchu politycznej solidarności udostępnił pomieszczenia Sądu Najwyższego Bogdanowi Święczkowskiemu, by ten mógł tam urządzić swój własny, gabinetowy pseudotrybunał.
Obaj panowie, funkcjonujący w przestrzeni publicznej jako pseudosędziowie o wadliwym prawnie umocowaniu, udowodnili po raz kolejny, że bliżej im do lojalnych urzędników partyjnych realizujących instrukcje z Nowogrodzkiej oraz Pałacu Prezydenckiego, niż do niezależnych strażników konstytucyjnego ładu.
Zamiast dbałości o dobro wspólne i społeczny pożytek, obserwujemy bezwstydną walkę o partykularne interesy i budowanie przyczółków, które mają ułatwić prawicy powrót do władzy w nadchodzących wyborach.
W ten sposób zrodziła się wizja kuriozalnej dwuwładzy. Z jednej strony mamy mieć atrapę sądu konstytucyjnego – zorganizowaną w pośpiechu strukturę z przebierańcami w togach, do której prezydent Karol Nawrocki będzie seryjnie kierował ustawy. Choć badanie zgodności prawa z ustawą zasadniczą przerasta merytoryczne kompetencje Bogdana Święczkowskiego, to z pewnością nie zabraknie mu usłużności, by taśmowo wydawać pseudowyroki skrojone pod bieżące zapotrzebowanie polityczne Pałacu.
Z drugiej strony stoi jednak jedyny, legalny i właściwy Trybunał Konstytucyjny kierowany przez Annę Korwin-Piotrowską. To instytucja, w skład której wchodzą sędziowie o niepodważalnym mandacie, a która właśnie zainaugurowała swoją jawną i transparentną działalność.
Jej orzeczenia, publikowane bez przeszkód w Dzienniku Ustaw, staną się punktem odniesienia dla parlamentu, rządu oraz zwykłych obywateli szukających realnej ochrony prawnej.
I to właśnie ten legalny Trybunał już niebawem zdejmie maski z uzurpatorów. Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących rozstrzygnięciach wprost stwierdzi, iż Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego – ta sama, która brała udział w legalizacji wyboru prezydenta – nie jest sądem w rozumieniu Konstytucji.
Konsekwencją tego kroku będzie jednoznaczne podważenie legalności wyboru samej głowy państwa.
Kolejne orzeczenia bezlitośnie obnażą status zarówno Święczkowskiego, jak i Kapińskiego – autorytatywnie wskazując, że żaden z nich nie jest sędzią, a tym bardziej prezesem jakiegokolwiek konstytucyjnego organu. To ważne, bo Kapiński będzie złośliwie jak i jego poprzedniczka Manowska blokował zwołanie Trybunału Stanu, przed którym winni stanąć pisowscy nominaci ze świecznika władzy, na przykład notorycznie łamiący Konstytucję „prezydenci”: Duda i Nawrocki.
Jeśli natomiast przyjrzymy się sylwetce Święczkowskiego, to nie był to żaden sędzia, a jedynie błazen i hochsztapler, którego jedyną funkcją w Trybunale był paraliż tej instytucji. On poza pobieraniem niewąskich apanaży nie robił tam nic. Nie orzekał, bo się na tym nie znał i mu się nie chciało. Chyba że przyszedł rozkaz z góry, wtedy natychmiast go wykonywał.
Wtorek 3 listopada 2026 to dzień, na który polskie społeczeństwo czekało od lat. Obywatele nie dadzą się nabrać na iluzję dwóch trybunałów. W demokratycznym państwie nie ma miejsca na prawny dualizm, bo fundamentem wolności jest zasada: jeden Trybunał, jedno prawo. Polskie prawo, nierozerwalnie zakorzenione w europejskich standardach.
Przemysław Wiszniewski
Autor opublikował wcześniej ten komentarz na swoim profilu FB