Uwielbienie dla niemieckich ordoliberałów, krytyka Krystyny Pawłowicz, aprobata dla poglądów Leszka Balcerowicza, niechęć do redystrybucji dochodów, a nawet niezamówiona tranzycja płciowa. Z czyjej to książki? Przemysława Czarnka!
Przemysław Czarnek, prócz tego, że jest politykiem, a nawet kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na premiera, posiada stopień doktora habilitowanego nauk prawnych, ze specjalnością prawo konstytucyjne. Lektura jego rozprawy habilitacyjnej pt. Wolność gospodarcza. Pierwszy filar społecznej gospodarki rynkowej (Lublin 2014, ss. 303) prowadzi do jednoznacznego wniosku: na tym świecie istnieją dwie znane publicznie osoby nazywające się Przemysław Czarnek i są one w radykalnej opozycji względem siebie.
Czarnek antyniemiecki
Najpierw krótko o Czarnku jako polityku. Między innymi podczas krakowskiej prezentacji jego kandydatury premierowskiej wielokrotnie pomstował na rząd Donalda Tuska jako rzekomą „jawną opcję niemiecką”. Także i w jego późniejszych wypowiedziach fraza ta (lub podobna) powracała z impetem lejtmotywu.
Z mównicy parlamentarnej zwracał się do Marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego per „Herr Kamerad, Genosse Czarzasty!” (w kontekście programu SAFE, określonego przezeń jako „absurdalna niemiecka pożyczka”).
Zachwalając PiS-owski pomysł Portu Haller, przekonywał, że „każdy port więcej, na polskim wybrzeżu, na Bałtyku, to więcej pieniędzy w Polsce, mniej w Niemczech”. Dodawał, że Polska nie może być „niemieckim podnóżkiem”, tylko partnerem gospodarczym.
Czarnek eurosceptyk
Przemysław Czarnek jest politykiem PiS, czyli partii politycznej, która może wywoływać rozmaite skojarzenia, ale nie skojarzenie z euroentuzjazmem. Wielokrotnie słuchaliśmy o potrzebie „wstania z kolan” w relacjach wewnątrz Unii Europejskiej, prowadzenia podmiotowej polityki europejskiej etc.
To z inicjatywy grup posłów PiS czy premiera Mateusza Morawieckiego z PiS podporządkowany politycznie Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej wydał antyunijne orzeczenia dotyczące traktatów europejskich (w szczególności w sprawie K 3/21).
Czarnek wpływowy w prosocjalnym PiS
Ugrupowanie polityczne Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło w wyborach parlamentarnych w 2015 r. w znacznej mierze dzięki zapowiedziom zmian w polityce socjalnej państwa, na czele ze zrealizowaną następnie obietnicą wprowadzenia świadczenia „500+” na drugie i kolejne dziecko (później rozszerzone także na pierwsze dziecko). Pieniądze na ten cel socjalny pochodzą oczywiście z podatków.
Zobaczmy w takim razie, co Czarnek napisał w swojej książce habilitacyjnej z 2014 r., i jak to się ma do tez, które głosi jako prominentny polityk PiS.
Tezy badawcze książki habilitacyjnej
Pomysł Przemysława Czarnka na rozprawę habilitacyjną był tyleż prosty, co interesujący. W kontekście art. 20 Konstytucji RP z 1997 r. zadał on sobie pytanie o użyte w tym przepisie określenie „społeczna gospodarka rynkowa”, zaczerpnięte z doktryny powojennych zachodnioniemieckich ordoliberałów. Przedmiotem jego dociekań miało być zbadanie, na ile na gruncie polskiej Konstytucji ów niemiecki pierwowzór jest utrzymany, a na ile doszło do odejścia od niego (zarówno w ustaleniach doktryny prawniczej, jak i w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego).
Już we wstępie do pracy Czarnek postawił trzy klarowne tezy badawcze, które tu przytaczam w skrócie (s. 12-13 książki):
- W ramach art. 20 Konstytucji RP najważniejszym filarem społecznej gospodarki rynkowej jest wolność gospodarcza, uzupełniana przez własność prywatną. Natomiast trzeci filar, czyli solidarność, dialog i współpraca partnerów społecznych, „ma zdecydowanie drugorzędne znaczenie i nie może być traktowany na równi (komplementarnie) z pierwszymi dwoma”.
- Wolność gospodarcza (wyrażona w rozdziale I Konstytucji RP) „podlega takim samym ograniczeniom (…), jak wolności i prawa określone w rozdziale II Konstytucji” i nie jest dopuszczalny (jak chcą doktryna i orzecznictwo) głębszy zakres ingerencji w tę wolność.
- Wadliwa jest regulacja zawarta w art. 22 Konstytucji RP, ponieważ sposób jej ujęcia prowadzi „do interpretacji deprecjonujących wartość wolności gospodarczej”; skoro wolność ta i tak podlega ograniczeniom z art. 31 ust. 3, to art. 22 jest zbędny.
Niemiecki ordoliberalizm i Społeczna Gospodarka Rynkowa
Ordoliberalizm to koncepcja polityki gospodarczej, której ikonicznym przedstawicielem był Ludwig Erhard, wieloletni minister gospodarki RFN, a następnie w latach 1963-1966 drugi kanclerz zachodnioniemiecki. Bodaj najbardziej znaną jego książką jest Wohlstand für Alle (wiele wydań), czyli „Dobrobyt dla wszystkich”.
Jak widział budowę dobrobytu Erhard oraz ekonomiści z kręgu ordoliberalnego? Otóż zaprojektowana przez nich Społeczna Gospodarka Rynkowa (Niemcy zapisują wielką literą nie tylko – co jest normą w ich języku – rzeczownik, ale także przymiotnik „społeczna” – Soziale Marktwirtschaft) odrzucała socjalizm (nie mówiąc już o komunizmie), jednoznacznie stając po stronie wolnego rynku. Zarazem jednak nie była to doktryna leseferystyczna w stylu Adama Smitha. Ordoliberałowie nie opowiadali się za całkowitą biernością państwa w zakresie interwencji w procesy rynkowe. Państwo wedle ich koncepcji nie miało być zaledwie „nocnym stróżem”.
Przeciwnie, bronili oni tezy, że w niektórych sytuacjach ingerencja państwa w rynek jest nieodzowna, ponieważ pozbawiony wszelkich interwencji rynek ma skłonność do degenerowania się, np. poprzez zawieranie zmów cenowych, tendencje monopolistyczne itd. Dlatego ordoliberałowie jak najbardziej popierali prowadzenie m.in. polityki antymonopolistycznej, ochronę konsumentów itp.
Czarnek lubuje się w ordoliberalizmie, ale z drugiej ręki…
Pierwsze dwa rozdziały książki zawierają obszerną i ciekawą prezentację poglądów ekonomicznych zachodnioniemieckich ordoliberałów. Została ona okraszona bardzo licznymi z nich cytatami, jednak niemal zawsze są to wypowiedzi przytaczane z drugiej ręki, tzn. za pośrednictwem polskich autorów (bodaj najczęściej za Piotrem Pyszem).
Generalnie zresztą bogata literatura przedmiotu (zob. s. 288-300) obejmuje zaledwie kilkanaście pozycji opublikowanych w języku niemieckim, co jak na rozprawę, której dwa z pięciu rozdziałów tak intensywnie eksplorują wątki niemieckie jest wynikiem wysoce rozczarowującym.
Można wyrazić poważną wątpliwość, na ile oryginalne niemieckie publikacje stanowiły rzeczywiste źródło, z którego korzystał autor monografii. Nieraz wszak zdarza się, że wypowiedź któregoś z ordoliberałów w pierwszej kolejności podlega cytowaniu w ślad za polską publikacją, a dopiero po średniku widnieją prace niemieckie (tak np. na s. 30 – przyp. 54; na s. 40 – przyp. 89). Wolno zatem postawić pytanie, czy Przemysław Czarnek w ogóle miał w ręku część z tej, i tak mocno ograniczonej, liczby niemieckich opracowań naukowych tematu, którego się podjął.
… a także w poglądach Leszka Balcerowicza
Dużym zaskoczeniem jest wielokrotnie (kilkadziesiąt razy) prezentowana na kartach rozprawy aprobata dla poglądów ekonomicznych Leszka Balcerowicza. Naturalnie nie ma w tym nic złego, ale jak na polityka PiS musi to wręcz zdumiewać.
Przykładowo na s. 53 czytamy: „Koncepcja społecznej gospodarki rynkowej oznacza zatem liberalny kapitalizm, który jednak uzupełniony jest o takie formy działania państwa, które miały chronić jego prężność lub łagodzić niektóre skutki uboczne, takie jak np. negatywny wpływ na środowisko naturalne. Wobec tego L. Balcerowicz stoi na stanowisku, że termin Soziale Marktwirtschaft był właściwie «pleonazmem, czyli masłem maślanym» i wprowadzono go tylko i wyłącznie «ze względu na jego dużą nośność polityczną (…)». (…) Tezy powyższe zasługują na pełne poparcie (…)” – pisze Czarnek.
Inny fragment (s. 53-54): „Rozważania te [dot. aktywności państwa w gospodarce – dop. M.P.] warto rozpocząć od wiele mówiącej wypowiedzi L. Balcerowicza: «Jest wiele sposobów psucia nawet najlepszej maszyny. Najpospolitszym z nich jest szczegółowy i rozgałęziony interwencjonizm państwa. (…) Formalnie prywatne, ale skrępowane przez państwo przedsiębiorstwo należy bowiem uznać za formę pośrednią między własnością państwową a prywatną. Taka własność jest mało efektywna, gdyż dążenie do zysku w zdeformowanym przez państwo otoczeniu pcha przedsiębiorców w nurt zabiegów o przywileje rozdawane przez polityków, kosztem starań o lepsze działanie przedsiębiorstw»” – tak Balcerowicz, z aprobatą cytowany przez Czarnka.
A teraz już sam Czarnek (s. 54): „Samo pojęcie interwencjonizmu zapożyczone jest z ekonomii marksistowskiej i rozumiane przede wszystkim jako dotacje, subwencje i zapomogi. W warunkach gospodarki rynkowej pojęcie to jest wręcz szkodliwe. (…) zadaniem państwa w dziedzinie społeczno-gospodarczej jest przede wszystkim umacnianie gospodarki rynkowej, tworzenie prawidłowych ustrojowych i regulacyjnych ram jej funkcjonowania, a nie jej ograniczanie czy zastępowanie w istocie ręcznym sterowaniem (…)”.
„Dalej, jazda, do roboty! J…e nieroby!” – śpiewał Kazik, a pisze Czarnek
Z kolei na s. 57 znajduje się następujący fragment: „Podobnie L. Erhard, analizując zakres możliwej ingerencji państwa w funkcjonujące mechanizmy gospodarki rynkowej, doszedł do wniosku, że jest ona możliwa, a nawet konieczna wszędzie tam, gdzie nagle załamuje się ład gospodarczy. Ingerencja ta nie może jednak naruszyć zasadniczego mechanizmu wolnorynkowego, a powinna się skupić na zapewnieniu dalszego rozwoju społecznych mocy produkcyjnych – winna być nastawiona na zwiększenie popytu konsumpcyjnego i zwalczać wszystko to, co pogłębia przepaść pomiędzy wytwarzaniem i konsumowaniem [tu przyp. 145 do pracy V. Leitenbergera – dop. M.P.]. Z całą pewnością więc ingerencja ta nie może polegać na sztucznej korekcie podziału dochodów, zmierzającej do realizacji socjalistycznego ideału równości społecznej (równości w aspekcie ekonomicznym). Taki rodzaj ingerencji powoduje bowiem osłabienie motywacji do pracy i podejmowania działań gospodarczych – zarówno u tych, którzy muszą oddać część swoich dochodów w formie podatków, jak i u tych, którzy otrzymają środki potrzebne do egzystencji bez nakładu pracy” – głosi Przemysław Czarnek.
I znów Balcerowicz
W ramach konkluzji jednego z wątków prowadzonych rozważań pisze Czarnek tak: „Koncepcja społecznej gospodarki rynkowej co do zasady wymaga zatem ograniczenia interwencji państwa w przebieg procesu gospodarowania do minimum minimorum. Interwencje te są dopuszczalne ewentualnie tylko w ostateczności, gdy nie ma dla nich alternatywy. Choć pewna ingerencja, na zasadzie interwencjonizmu liberalnego, musi mieć miejsce, to jednak w sumie zakres wszystkich tych interwencji musi być bardzo wyważony, by nie zablokowały one głównego celu polityki gospodarczej państwa, jakim jest rozwój gospodarczy. Zrozumienie tego wydaje się być kluczem do sukcesu na miarę sukcesu RFN z lat 1948-1966” [tu przypis do Balcerowicza; na marginesie zauważmy, że RFN powstała w 1949 r. – dop. M.P].
Niezamówiona tranzycja płciowa
Była już mowa o tym, że Przemysław Czarnek najprawdopodobniej nie miał w ręce wszystkich dzieł, które pojawiają się w przypisach i bibliografii jego książki. Najpewniej tak też było w przypadku eseju Chantal Millon-Delsol pt. Zasada pomocniczości (Kraków 1995). Nie trzeba być znawcą języka Balzaca, aby wiedzieć, że Chantal to imię żeńskie. Tymczasem Czarnek pisze: „Według Ch. Millon-Delsola (…)”.
Gdyby autor rzeczywiście miał w ręku polskie wydanie książki francuskiej filozof, które umieścił w przyp. 180 na s. 65, to mógłby ograniczyć się zaledwie do lektury tylnej strony okładki, gdzie czytamy: „Opublikowała m.in. [tu kilka tytułów książek Chantal Delsol – dop. M.P.]”. I wówczas nie doszłoby do tej niezamówionej przecież tranzycji płciowej autorki Zasady pomocniczości.
Polskie społeczeństwo? Czarnek: „Bardzo bierne, pozbawione inicjatywy, ekonomicznie niewyedukowane”
Na początku rozdziału II swojej książki Przemysław Czarnek biadoli nad faktem, że po odejściu z polityki przez Ludwiga Erharda (w roku 1966) zachodnioniemiecka społeczna gospodarka rynkowa zaczęła oddalać się od swojego ordoliberalnego pierwowzoru. W tym kontekście profesor KUL ponownie aprobująco cytuje Leszka Balcerowicza, który w jednej ze swoich prac również pomstował na „myślowe zamieszanie” – nie tylko w RFN, ale także nad Wisłą, już po dokonaniu recepcji doktryny społecznej gospodarki rynkowej.
Jednak Czarnek nie ogranicza się do parafrazy tez Balcerowicza. Dodaje od siebie m.in. przypis 4 (s. 71): „W dużej części społeczeństwo polskie nadal jest bardzo bierne, pozbawione inicjatywy własnej – oczekuje wszystkiego od «wszechmocnego» państwa, jest ekonomicznie niewyedukowane, a przez to podatne na nierealne w praktyce obietnice i miraże”.
Gospodarka? Za mało rynkowa, za bardzo społeczna
Kilka stron dalej autor monografii ponownie wylewa krokodyle łzy z powodu – jego zdaniem – wypaczonej recepcji niemieckiego pierwowzoru ekonomicznego (s. 77): „Niestety w interpretacji społecznej gospodarki rynkowej w ujęciu polskiej konstytucji w relacji «społeczna» i «gospodarka rynkowa» zbyt mocno akcentuje się ów pierwszy termin, rozumiany jako zobowiązanie do budowy państwa socjalnego, co znacząco deprecjonuje wolność gospodarczą”.
Państwo socjalne – tylko pozornie solidarne
W konkluzjach rozdziału II stwierdza Czarnek z całą stanowczością (s. 112): „Państwo opiekuńcze, socjalne, jest tylko z pozoru państwem solidarnym. Rozbudowane ponad miarę i co najważniejsze, ponad ekonomiczne możliwości zadania państwa, związane w szczególności z szeroką sferą ochrony społecznej, powodują ciągłe i coraz większe zadłużanie się państwa i efekt w postaci owego «wystawiania rachunków» przyszłym, wcale nieodległym pokoleniom – efekt kompletnego braku solidarności z przyszłymi pokoleniami”.
Drobne problemy z językiem polskim
Książka generalnie została napisana sprawnym i przyzwoitym językiem. Niemniej autor nie uniknął kilku wpadek. Przykładowo na s. 113 wspomina o dokonaniu (przez H. Grocjusza) „adopcji [sic!] etyki kalwińskiego skrzydła reformacji dla powstającej burżuazji”.
Wcześniej (na s. 83) dowiadujemy się o istnieniu „przeważającej większości postulatów” – tak jakby możliwa była większość inna niż przeważająca. Z kolei na s. 75 czytamy: „Konstytucjonalizacja wolności gospodarczej nastąpiła w wyniku noweli z dnia 29 grudnia 1989 r. Umiejscowiona została w rozdziale I konstytucji (…)”. Wychodzi na to – niewątpliwie wbrew intencji autora – że to nie wolność gospodarcza, tylko jej konstytucjonalizacja została umiejscowiona w rozdziale I.
Autor książki nie wie, że gwarantem może być jedynie człowiek, dlatego pisze on, że gwarantem „wszystkich wolności i praw człowieka, w tym również wolności gospodarczej, jest klauzula generalna państwa prawa” (s. 226) i że „[n]ie mniej ważnym gwarantem wolności gospodarczej jest zasada równości wobec prawa” (także s. 226).
Na s. 184, Czarnek popełnia częsty błąd językowy, pisząc o „poddawaniu [zamiast podawaniu – dop. M.P.] w wątpliwość”.
Krytyka poglądu Krystyny Pawłowicz
Koleżanką Przemysława Czarnka w ławach posłów PiS była przez kilka lat Krystyna Pawłowicz. Dlatego czytelnik może czuć się nieco zaskoczony wywodem autora na s. 123-124.
Otóż Czarnek przytacza starsze i nowsze poglądy Pawłowicz na konstytucyjną wolność gospodarczą, wspominając o złożonej przez nią (tj. Pawłowicz) „samokrytyce” naukowej: w późniejszej swojej pracy zdystansowała się ona względem swoich wcześniejszych opinii na temat tej wolności, twierdząc, że były to opinie „naiwne”. „Późniejsza Pawłowicz” utrzymuje, że wolność gospodarcza „obiektywnie w naturze nie istnieje” (s. 123), stanowiąc zaledwie „utopijny postulat”, rodzący nierealne oczekiwania po stronie przedsiębiorców.
Na takie dictum Pawłowicz Czarnek odpowiada (s. 124): „Pogląd powyższy nie zasługuje na akceptację. W gruncie rzeczy brak jest bowiem uzasadnienia dla pretensji do przedsiębiorców, którzy żądają stałego zwiększenia tej wolności. Otóż wydaje się, że nic innego, jak tylko wola zarobienia pieniędzy, wzbogacenia się, wyzwala w człowieku energię do prowadzenia działalności gospodarczej”.
I znów: ach, ci Niemcy!
W dalszym fragmencie rozdziału III Czarnek znów z rozrzewnieniem spoziera nad Ren i Sprewę (s. 143): „Należy zgodzić się przy tym z poglądem, że ustrojodawca polski powinien skorzystać z niemieckiego wzorca i zamieścić w konstytucji klauzulę pozwalającą na przypisanie niektórych praw człowieka jednostkom organizacyjnym, jeśli pozwala na to ich charakter. Taki zabieg legislacyjny rozwiałby wiele wciąż pojawiających się wątpliwości”.
Zaskakujący wątek w kwestii „unijnego” wyroku TK
Szanowni Czytelnicy pewnie kojarzą środowisko polityczne Przemysława Czarnka z opcją eurosceptyczną, o czym zresztą była już mowa. Tymczasem z kart habilitacji wyłania się zgoła odmienne oblicze bohatera tego tekstu.
Otóż 16 listopada 2011 r. Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie o sygn. SK 45/09. W orzeczeniu tym Trybunał dopuścił kontrolę konstytucyjności rozporządzeń unijnych w trybie skargi konstytucyjnej, co stanowiło wcześniej przedmiot kontrowersji naukowych. Nie było to zgodne z linią orzeczniczą Trybunału Sprawiedliwości UE, który od wielu dziesięcioleci lansuje zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (obecnie unijnego) przed całym prawem krajowym, włącznie z konstytucjami państw członkowskich. Zarazem polski TK podkreślił zasadniczą zbieżność aksjologii polskiej Konstytucji i prawa unijnego, co – w jego ocenie – minimalizuje niebezpieczeństwo zaistnienia niezgodności między tymi porządkami.
Co ciekawe, Przemysław Czarnek krytykuje w habilitacji ww. wyrok z pozycji, które można uznać za euroentuzjastyczne. W przyp. 163 na s. 152 pisze bowiem następująco: „Takie stanowisko Trybunału należy uznać za co najmniej kontrowersyjne, zwłaszcza jeśliby postawić pytania o skutki negatywnego orzeczenia Trybunału w sprawie zgodności prawa unijnego z polską ustawą zasadniczą. I tu już Trybunał zabrnął, jak się wydaje, zbyt daleko. Stwierdził bowiem, co następuje: «Rozważenia wymagają skutki wyroku Trybunału Konstytucyjnego w razie orzeczenia o niezgodności z Konstytucją norm unijnego prawa pochodnego. W przypadku aktów prawa polskiego skutkiem takim jest utrata mocy obowiązującej norm niezgodnych z Konstytucją (art. 190 ust. 1 i 3 Konstytucji). W odniesieniu do aktów unijnego prawa pochodnego tego rodzaju skutek byłby niemożliwy, ponieważ o mocy obowiązującej takich aktów nie decydują organy polskie. Konsekwencją orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego byłoby tylko pozbawienie aktów unijnego prawa pochodnego możliwości stosowania przez organy polskie i wywierania skutków prawnych w Polsce. Skutkiem wyroku Trybunału Konstytucyjnego byłoby zatem zawieszenie stosowania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej niezgodnych z Konstytucją norm prawa unijnego». Problem w tym, że Trybunał Konstytucyjny na gruncie Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej nie ma kompetencji do «zawieszania» stosowania prawa na terytorium RP”.
Zatem Czarnek zaprezentował tu pogląd zbieżny z linią TSUE, a nie polskiego TK.
Uwielbienie dla Jadwigi Potrzeszcz
Oprócz Leszka Balcerowicza, ordoliberałów niemieckich oraz Friedricha Augusta von Hayeka Przemysław Czarnek uwielbia cytować jeszcze jedną postać: jest to dr hab. Jadwiga Potrzeszcz, prof. KUL. W szczególności dotyczy to jej rozprawy pt. Bezpieczeństwo prawne z perspektywy filozofii prawa (Lublin 2013).
Czarnek cytuje Potrzeszcz nawet wtedy, gdy lubelska uczona wyraża myśli najzupełniej trywialne, jak choćby na s. 175, gdzie czytamy u Czarnka: „Z kolei istotnym elementem porządku społecznego jest porządek prawny. Dlatego, jak słusznie zauważa J. Potrzeszcz, «bez porządku społecznego wyznaczonego przez system norm prawnych życie w społeczeństwie byłoby bardzo trudne» [tu przypis do pracy Potrzeszcz – dop. M.P.]”.
Przeciw progresywnemu podatkowi
W habilitacji Czarnek zdecydowanie protestuje przeciwko progresywnemu opodatkowaniu (s. 203): „(…) jednym ze sposobów podważania werdyktu rynku jest silne progresywne opodatkowanie indywidualnych dochodów. Zaburza ono związek między sukcesem firmy na rynku a finansowymi nagrodami dla głównych decydentów w społeczeństwie. Także silne progresywne opodatkowanie powoduje redukcję siły bodźców do lepszego gospodarowania. A poza tym kapitał jest mobilny, będzie więc wędrować do krajów o korzystniejszym opodatkowaniu: «z jednego i drugiego powodu w kraju o wysokich podatkach tracą biedni» [tu przypis znów do… pracy Balcerowicza – dop. M.P.]” (zob. też s. 271-274).
Jan Paweł II, kard. Erdӧ, Benedykt XVI i sprzeciw wobec pornografii
Dość niespodziewanie piewca wolności gospodarczej, czyli Przemysław Czarnek, zaczyna cytować homilie Jana Pawła II oraz teksty kard. Petera Erdӧ (s. 235-236). Niespodziewanie, bo to przecież nie kazanie w kościele, tylko habilitacja z obszaru prawa konstytucyjnego. Tego rodzaju wstawki motywowane religijnie pojawiają się w pracy dwukrotnie; za drugim razem Janowi Pawłowi II towarzyszy Benedykt XVI (s. 262).
Moralizatorstwa osobliwego jak na rozprawę prawniczą czytelnik doświadcza również na s. 268 i n., gdzie autor pomstuje na „wewnętrznie nieuporządkowaną wolność”, która „nie jest wolnością, ale nihilizmem” (s. 268, z przypisem do M. Novaka). Dalej mamy też dwukrotną wzmiankę o przemyśle pornograficznym jako przykładzie uczynienia złego użytku z wolności gospodarczej (s. 269). To już chyba jakaś prawicowa obsesja, swego czasu bowiem Bronisław Wildstein bał się „odgórnie zalecanego seksu”[1].
Konkluzja z lektury
Czy Przemysławowi Czarnkowi udało się potwierdzić tezy badawcze przedstawione we wstępie do monografii? Chyba nie bardzo.
Po pierwsze, sam autor rozprawy przyznaje, że po 1966 r. w RFN społeczną gospodarkę rynkową zaczęto interpretować inaczej. Wcale nie jest powiedziane, że interpretacja ordoliberalna (i Czarnkowa) jest lepsza niż interpretacja po 1966 r. Poza tym w Ustawie Zasadniczej RFN z 1949 r. nie używa się pojęcia „społeczna gospodarka rynkowa”, zatem całe wywody Czarnka na ten temat, oparte na (zapośredniczonej via polscy autorzy) lekturze ordoliberałów niemieckich, to wywody ekonomiczne, a nie prawnicze.
Po drugie, metafora architektoniczna (filary społecznej gospodarki rynkowej) w wersji zaproponowanej przez Przemysława Czarnka nie wytrzymuje krytyki. Gdyby bowiem w budowli poszczególne filary posiadały różną wysokość czy znaczenie, konstrukcja niechybnie by się zawaliła.
A jak czyta się dzieło Czarnka? „Autor raczej Nobla nie weźmie, ale ostatecznie nawet czyta się nieźle” – jak śpiewa Łona.
Tylko nie wiadomo, które oblicze Czarnka jest tym prawdziwym?
Maciej Pach
Autor jest adiunktem post-doc w Poznańskim Centrum Praw Człowieka INP PAN. W tekście wyraża wyłącznie własne poglądy.
[1] Zob. https://konstytucyjny.pl/maciej-pach-tk-wydal-ksiazke-za-25-tys-zl-wildstein-boi-sie-odgornie-zalecanego-seksu-przylebski-hedonizmu-i-panseksualizmu/ (dostęp: 3.05.2026 r.).
Artykuł dr. Macieja Pacha opublikował wcześniej serwis konstytucyjny.pl