Nic tak dobrze nie definiuje współczesnego populizmu, jak totalna anarchia pojęciowa. Przez lata obserwowaliśmy, jak Jarosław Kaczyński i jego polityczne zaplecze budowali alternatywną rzeczywistość za pomocą językowych wytrychów. „Oikofobia”, „gorszy sort”, „imposybilizm” czy odmieniany przez wszystkie przypadki „suweren” weszły na stałe do publicznego słownika. Jednak w propagandzie minionej dekady najbardziej dojmujące okazały się nie same inwektywy, ale systemowe przeinaczanie znaczeń słów.
To klasyczna orwellowska nowomowa, której celem jest wmówienie opinii publicznej, że desygnatem danej nazwy jest coś zupełnie przeciwnego, niż nakazuje tradycja i zdrowy rozsądek. Najlepszym tego pomnikiem pozostaje sama nazwa formacji: Prawo i Sprawiedliwość.
Najnowszym i wyjątkowo jaskrawym przejawem tego mechanizmu był incydent w Alei Szucha i późniejsza reakcja lidera PiS, ukarana zresztą przez Komisję Etyki Poselskiej. Gdy policja podjęła interwencję wobec agresywnego mężczyzny powiązanego ze środowiskiem „Gazety Polskiej” – który poturbował policjantkę tak dotkliwie, że trafiła do szpitala, a przy sobie miał nóż – prezes Kaczyński bez mrugnięcia okiem lżył funkcjonariuszy, nazywając ich „bojówkami partii rządzącej”.
W tej jednej sytuacji jak w soczewce skupiły się dwie fundamentalne zasady funkcjonowania populizmu w wydaniu PiS.
Po pierwsze: bezwzględna ochrona swoich i pójście w zaparte, przypominające mechanizmy działania zorganizowanej grupy przestępczej. W standardowej, zdrowej organizacji politycznej osoba przyłapana na bandyckim zachowaniu wobec mundurowych spotkałaby się z natychmiastowym ostracyzmem, zawieszeniem lub wykluczeniem. Partie dbające o wizerunek odcinają się od skandalistów. W PiS lojalność plemienna stoi ponad prawem – swojak, choćby biegał z nożem, staje się męczennikiem sprawy.
Po drugie, i najważniejsze: akt czystej projekcji psychologicznej. Nazywanie legalnie działającej policji „bojówkami” w ustach Jarosława Kaczyńskiego brzmi nie tyle kuriozalnie, ile bezczelnie. To przecież on, będąc u władzy w latach 2015–2023, sprowadził polską policję do roli prywatnej ochrony i politycznego taranu.
Pamiętamy doskonale setki radiowozów i całe kordony funkcjonariuszy odcinające Żoliborz, by chronić prywatny dom prezesa. Pamiętamy nieoznakowanych pałkarzy antyterrorystycznych bezwzględnie pacyfikujących pokojowe demonstracje kobiet, łamanie rąk, gazowanie posłanek i masowe, bezprawne zatrzymania demonstrantów. Wtedy policja faktycznie bywała transformowana w bojówkę partyjną Zjednoczonej Prawicy.
Dziś, gdy formacja ta straciła władzę, Kaczyński dokonuje klasycznego zabiegu: przypisuje oponentom dokładnie te grzechy, które sam ma na sumieniu. Ponieważ dla niego formacje mundurowe były narzędziem partii, zakłada, że teraz musi być tak samo.
Tymczasem rzeczywistość znowu stanęła na nogach – policja podjęła interwencję w sposób uprawniony, realizując swoje ustawowe zadanie, jakim jest ochrona porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli, bez względu na ich polityczne legitymacje.
W świecie populistycznej nowomowy prawda jest jednak elastyczna. Legalna policja staje się „bojówką”, bandyta – „ofiarą”, a destrukcja instytucji państwa – jego „naprawą”. Największym wyzwaniem dla współczesnej debaty publicznej jest nie dać się wciągnąć w tę semantyczną pułapkę i konsekwentnie nazywać rzeczy po imieniu.
Nawet jeśli dla kogoś czarne ma być białe, a białe – czarne.
Przemysław Wiszniewski
Autor opublikował wcześniej tę opinię na swoim profilu FB