Święte oburzenie. Że „Nasi chłopcy” z wystawy w Muzeum Miasta Gdańska nie są „nasi”. Hańba i wstyd takich pokazywać! Dzieciom trzeba zasłaniać oczy. Najlepiej zamknąć, zakazać, przemielić, spalić zapomnieć. Albo powiesić. Symbolicznie, rzecz jasna, bo nic tak nie wpływa na morale jak dyndający na postronkach zdrajcy. Nawet, jeśli to tylko zdjęcia.
Obejrzałem wystawę, sporo ludzi w różnym wieku. Znajomy prawicowy dziennikarz starannie fotografował gablota po gablocie. Napiszę recenzję – powiedział. Na wszelki wypadek nie dopytywałem jaką. W kąciku dwóch „weteranów” przebranych w kombatanckie czapeczki i przyozdobionych orderami głośno gadało z towarzyszącymi im paniami w wieku balzakowskim, co chyba miało przeszkadzać zwiedzającym. „Weterani” byli tylko nieco starsi ode mnie, czyli wojnę mogli co najwyżej oglądać z kołysek, a i tego nie jestem pewny. Poza nimi osoby w różnym wieku, od szkoły podstawowej po seniorów.
Wystawa jest mała, ale dokumenty ciekawe i tabliczki informacyjne interesujące. Tylko niektóre drobnym drukiem, co starszym zwiedzającym mocno przeszkadza. Historie dramatyczne, komentarze oszczędne, fakty są najważniejsze.
Szacuje się, że około 500 000 Polaków założyło mundury różnych formacji hitlerowskiej armii. Niewielki odsetek dobrowolnie, ogromna większość została wcielona doń przymusowo, często pod groźbą śmierci, zesłania do obozów, represji wobec rodzin. Dla nazistów nie byli pewnym elementem, więc wielu z nich nie trafiało na front wschodni. Służyli na mniej ważnych odcinkach, co nie znaczy, że nie strzelali, nie zabijali. Kilkadziesiąt tysięcy zdezerterowało, części z nich udało się dotrzeć do oddziałów Andersa lub Maczka, do innych oddziałów alianckich. Tu też nie byli „pewnym” elementem.
Nie byli „nasi”, nie byli „ich”.
Trzeba pamiętać – to byli ludzie z terenów wcielonych do Rzeszy. Przed wojną mieszkali na terenach, na których mieszały się nie tyle narody, ile dominowały społeczności lokalne, do których przynależność miała podstawowe znaczenie. Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy. Ani Polacy, ani Niemcy nie obdarzali ich wielką miłością. Gdy znaleźli się w granicach Rzeszy nie liczyli z pewnością, że niedługo na ich terenach będzie Polska i że podpisanie Volkslisty uratuje im i ich rodzinom skórę tylko na krótko. Dokonywali dramatycznych wyborów, a praktycznie drogę mieli tylko jedną. Wiem, wiem – byli polscy patrioci, którzy żadnym szantażom nie ulegli. Zginęli, i słusznie czcimy ich pamięć. Ale w każdym społeczeństwie bohaterów jest mało, a ludzi chcących przeżyć mnóstwo. Nie zapominajmy o tym.
W PRL-u był to temat tabu. Tzn. zaraz po wojnie część byłych żołnierzy Wehrmachtu, Luftwaffe, Kriegsmarine, którzy wrócili do swych dawnych miejsc wyłapano, powsadzano do więzień i obozów pracy, gdzie przeżyć udało się nielicznym. Potem zaciągnięto kurtynę milczenia. Zaczęto ją podnosić nieśmiało po 1989 roku. Afera z dziadkiem Tuska stała się kolejnym punktem zwrotnym. Podejrzenia o niemieckość wypłynęły znowu na polityczną scenę. „Niemiec” stał się dla wielu środowisk wrogiem, obelgą taką jak zaraz po wojnie.
Kim zatem byli/są bohaterowie wystawy? Mam wrażenie, że ludźmi zbędnymi. Zbędnymi dla historii. Dla historii czarno-białej, zero-jedynkowej, bez kontekstów, niuansów, rozumienia uwarunkowań. Dla takiej historii i ludzi ją wyznających Polak w Wehrmachcie jest przykrym, wstydliwym epizodem. Napisałem „Polak”, ale to przecież zdrajca, kolaborant, szubrawiec.
Że powinni coś na ten przeczytać? „Kajś” Zbigniewa Rokity, „Dracha” Szczepana Twardocha, „Kairosa” Macieja Siembiedy i wiele innych. Po co? Łatwiej żyć w świecie płaskim, jednowymiarowym.
James Jones pisał o „Cienkiej czerwonej linii” dzielącej bohaterstwo od tchórzostwa. Jedna decyzja, jeden krok i jesteś albo godnym szacunku, albo parszywym tchórzem. A tu na Śląsku, Kaszubach, Mazurach ta linia nie jest ani prosta, ani cienka. Jej pole jest niepokojąco szerokie.
Piotr Dominiak
Cotygodniowe komentarze „Rejsy po gospodarce” prof. dr. hab. Piotra Dominiaka, założyciela i pierwszego dziekana Wydziału Zarządzania i Ekonomii Politechniki Gdańskiej ukazywały się na łamach prasy gdańskiej od początku lat 90. Obecnie prof. Dominiak publikuje je na swoim profilu na FB