Za Stalina krasnoarmiejcy dostawali miarkę wódki. Setkę na głowę i sało na zakusku. Walczono wtedy ludźmi – kto dochodził do wrażych okopów, rżnął nożem przeciwnika.
Pijany żołnierz dokonywał cudów odwagi, więc zazwyczaj nie dochodził. Starsi, doświadczeńsi sołdaci – czyli ci, którzy przeżyli już jeden atak, mówili do młokosów: teraz nie pij, po szturmie wypijesz, za zwycięstwo.
Ale co tam, siła sołdackiej tradycji wygrywała, za cara przecież nóż też był w powszechnym użytku: kula głupia, bagnet zuch, kula cię ośmieszy, bagnet cię nie ośmieszy – to słowa Aleksandra Suworowa (tego od rzezi Pragi).
A teraz, podczas wojny z Ukrainą? Trzeźwi bywają z rzadka. Pijani rzucani są do szturmu jako mięso armatnie I wtedy… cóż kwestia szczęścia: trafią do ukraińskiej niewoli (są nawet numery telefonów z instrukcją, jak do niej trafić). Albo kaca już nie odczują, to znaczy, że trafili do królestwa niebieskiego. W końcu pop ich przy poborze poświęcił.
Więc za rodinu, za Stalinu, za Putinu i za sto gram: ura, ura, ura!