Piotr Topiński: Internowanie A.D. 1981 zaczęło się od… jamników

5
(7)

Jak już nas (niektórych) powypuszczali z obozu internowanych, a w moim przypadku było to w przeddzień pierwszego maja 1982 roku, Janek Walc, znany wówczas publicysta, czterdzieści lat temu (z hakiem) twierdził, że nie było jak opisać naszego internowania, bo albo było zbyt smutno, albo zbyt wesoło. Rzeczywistość [jednak] była w sprzeczności zarówno z martyrologią jak i z poczuciem humoru.

Siedzieliśmy, bo tak nas zaksięgował wówczas miłościwie nam panujący minister bezpieki Czesław Kiszczak. Uwierzył ubekom, którzy nas śledzili, albo nie śledzili, ale sumiennie wypisywali na zlecone tematy swoje interpretacje naszych pomysłów w sążnistych raportach, niekiedy a nawet przeważnie daleko odbiegających od prawdy. Skutki, niekiedy dość zabawne obserwowaliśmy przez czas internowania. Nie ma też sposobu, by pamiętnikarski opis mógł być prawdziwy.

Dla nas, internowanych to był kabaret, dla naszych rodzin groza. W tamtych czasach nie można było opisać tego wydarzenia tak, by się nie pomieszały literki w słowie „tragikomedia” i jeszcze nikogo nie uraziło?

Teraz może, po czterdziestu latach… z hakiem, nadszedł właściwszy czas.

Uprzejmie służę 🙂

Zamknęli nas w wojskowym ośrodku wypoczynkowym na poligonie pod Piłą w warunkach pensjonatowych (trzy osoby w pokojach na miękkich kanapach)… przez pierwsze kilka tygodni nasze rodziny nie wiedziały o nas nic. Radio Wolna Europa opowiadało, że nas głodzą, mrożą, biją. Wolnej Europy słuchali wszyscy. Codziennie!

My też… w pierwszych tygodniach. W każdym pokoju tego wczasowiska był odbiornik radiowy i słuchaliśmy czego chcieliśmy… do czasu. Bo pewnego dnia do pokoi weszli strażnicy, radia zabrali do „przestrojenia” a jak oddali, już nie słuchaliśmy czego chcieliśmy, bo dowcipni technicy z poligonu tak nam radia „przestroili”, że słuchać mogliśmy już tylko „Wolnej Europy”.

Chyba nie było z nami żadnego ubeka, bo tak dotrwaliśmy do końca. Nikt nie zakablował.

Okna z obozu internowanych wychodziły na polowe lotnisko, z którego co jakiś czas startował kukuruźnik. Wzlatywał kilkaset metrów w górę, tam wypluwał z siebie kilkunastu kursantów. Niekiedy wielokrotnie przez cały dzień. W zwykłe dni nad lotniskiem latały błotniaki, kanie. Po trawie lotniska łaziły lisy. Kukuruźniki musiały mieć niezłe podwozia, skoro koła nie połamały się na lisich czy borsuczych norach.

Było co oglądać, o czym pisać, dyskutować. Przed oknami, przez poligon przemaszerowały nawet (wiosna 1982) dwa dropie, a było to już po odgwizdaniu końca tego gatunku w Polsce.

W Białołęce

Wcześniej, jeszcze w Białołęce 17 grudnia wieczorem wrzucili do naszej celi pierwszego sekretarza POP z jakiejś wielkiej drukarni. To efekt apelu NSZZ”S” o przypinanie sobie znaków żałoby na klapach marynarek (wówczas wszyscy chodzili w marynarkach) na znak solidarności ze stoczniowcami Gdańska. Temu akurat zmarł ktoś z bliskiej rodziny, na klapę marynarki wpiął sobie zatem znak żałoby, przyszedł do pracy i stamtąd kompletnie niezorientowanego przewieźli go bezpośrednio do więzienia. Podejrzewam, że w swojej firmie nawet przez donosicieli nie był zbyt lubiany.

Było już ciemno, zajął ostatnie (12) miejsce na trzeciej kondygnacji metalowych prycz, gdzie przepłakał całą noc złorzecząc na Solidarność, chwaląc Jaruzelskiego i PZPR; po świtaniu przejrzał nieco, zobaczył swoje towarzystwo i niezwłocznie podjął głodówkę protestacyjną, żądając uwolnienia, bo on z elementami antysocjalistycznymi siedział nie będzie. Facet rzeczywiście głodował, deklamował propagandowe, zanikającego już ustroju, hasła… wszyscy się śmieli, śmieli się także strażnicy… nikt go serio nie traktował, ale z radością zjadali jego porcje. Mało nie umarł, wyjaśniło się dopiero po kilku tygodniach! Przeżył!

Po powrocie z internowania było strasznie. Moja córka (10 lat) była przekonana, że z obozów wychodzi się przez komin. Tak ją ustawiła wczesnoszkolna edukacja! Straszna trauma na długie lata z kilku miesięcy mojego przesiadywania w dość przyjemnych (jednak) warunkach. Psychiczne zaburzenia i lata dziecięcej terapii.

Bywało śmiesznie.

Na początku pilnowali nas rezerwiści z ROMO. W obszarach blisko granicznych z Wojsk Ochrony Pogranicza szło się wówczas do rezerwy w ROMO właśnie. Wielu było z „Solidarności”, żaden z nich nie pilnował nas ani z chęci, ani z własnej woli. Sami szmuglowali nam różne rzeczy, w czasie wizyt odwracali wzrok, gdy nasze żony czy dzieci przekazywały nam niekoniecznie słuszne drobiazgi. Niektórzy z nas znali niektórych z nich ze wspólnych szkoleń, akcji.

Dla mojej próżności własnej nie było lepszego czasu. Sam wicepremier, osobiście zakwalifikował mnie do elitarnego pierdla specjalnie zorganizowanego dla niepokornych intelektualistów. Takie uznanie przez Władze Centralne nigdy mi się już nie powtórzyło. Nikt już nigdy później nie zaliczył mnie do intelektualistów. Nigdy już później nie napyszniłem się tak samozachwytem.

Jeszcze dziś po tylu latach co jakiś czas zdarzają mi się pogadanki w szkołach (podstawowych, średnich). Opowiadam niekiedy o technice tamtych przesłuchań a głównie o tym, że WOLNY CZŁOWIEK nie może być uzależniony. To było pierwsze wrażenie stamtąd… Jak nas pozamykali 13 grudnia, wszyscy zabierali ze sobą papierosy, nikt nie wiedział co to znaczy internowanie, wszyscy byli przekonani, że to jakaś nowa nowomowa a i tak, jak zwykle wyjdą po 48 godzinach. Dwie paczki papierosów spokojnie wystarczą, ewentualnie trzy. Bardziej przewidujący mieli ze sobą cały karton. Czterdzieści osiem godzin minęło, nawet ze znacznym hakiem, papierosy się skończyły a poczęstować się można było tylko na przesłuchaniach. Dla jednego sztachnięcia, do przesłuchań z ubekami ustawiały się kolejki niezłomnych bohaterów Solidarności. To były takie czasy, że palili prawie wszyscy. Szczęśliwie z innych powodów już od kilku lat nie paliłem, więc jak mnie wzywali na przesłuchania odmawiałem a chór głosów protestował, bo przecież mogłem pójść, coś poudawać i przynieść jakiegoś peta. Kalifaktorzy dbali o nas i przy roznoszeniu posiłków wciskali nam pojedyncze papierosy na kilkunastoosobową celę… akurat tyle, żeby się przypadkiem nie odzwyczaić. Mężni działacze płaszczyli się przed ubekami licząc na papierosa.

Jeszcze straszniej… mieli alkoholicy. U takich z kolei bez trudu uruchamiano głód alkoholowy…
– Panie Romku to na początek może po koniaczku?
[Potem] przesłuchanie trwało kilka godzin: no to może po jednym a potem jeszcze po jednym a potem strzemiennego i rano facet stał przy drzwiach i czekał na kolejne ćwierć najmniejszego kieliszka. Sypał kogo mógł, zeznawał co chcieli. Za kilka „kropli koniaczku” wymyślał niekiedy nieprawdopodobne bzdury.

Dzisiaj wymyślają teksty o łamaniu kręgosłupów księży! Do „łamania kręgosłupa” nie trzeba było być księdzem. Przecież wcześniej wiedzieli, częściej udawali, że wiedzą, kto alkoholik, kto zwyczajny grzesznik albo gej! Starali się wiedzieć, kto czego się wstydził albo bał.

Na zeznaniach takiego Romka został wyprodukowany akt oskarżenia o zdradę stanu dla Kuronia i Michnika… groziła im wówczas kara śmierci. To nie były żarty! Jeśli Partia Przewodniej Idei ma w swojej garści śledczych, adwokatów, prokuraturę, nie licząc sędziów i wielu posłusznych dziennikarzy… każde uzasadnienie, każdego wyroku, nawet przy absurdalnych zeznaniach nieszczęśnika upokorzonego koniaczkiem, może nieść za sobą katastrofalne skutki.

Inny facet z którym przesiedziałem ok tygodnia. był zazdrosny o swoją żonę a bezwzględni ubecy z chichotem idąc obleśnym tropem mogli go zmusić do wszystkiego… i podpisywał wszystko, byle tylko już być w domu i pilnować swojej „niewiernej”. Czym więcej podpisywał, tym z większą ochotą biegał na przesłuchania by się jeszcze czegoś dowiedzieć, tym dłużej siedział, bo różnych deklaracji do podpisania nigdy nie brakowało. To nie były tylko „lojalki”. Z czasem przeszły od procedur i form rekrutacji do całkiem niesłusznej profesji.

To lekcja także na dzisiaj, a nawet jeszcze na później!

Mieliśmy też raz szarpaninę ze strażnikami o noszenie znaczków Solidarności. Plakietkę Solidarności miał tylko ten jeden z nas! Awanturę rozpoczął komendant ośrodka i przed albo po śniadaniu w stołówce zarządał, by ją oddał. Nie oddał! Komendant rozkazał strażnikom odebranie siłą. Odebrali. Do kolejnego rana zajmowaliśmy się produkcją znaczków i następnego dnia mieli je już wszyscy.

Pytam się ubeka, który nas pilnował na spacerniaku: i po cholerę wam to było?… sam smaczek był w odpowiedzi:

– Komendant nie mógł postąpić inaczej, bo on przecież wie, że między wami jest ktoś, kto donosi na niego i cała akcja w stołówkowej szatni była przemyślaną akcją sprawdzenie jego lojalności wobec jego władz! Nie mógł nie zareagować.

Moja zaś rewolucyjność to głównie przez żart… raczej w liczbie mnogiej: żartowałem sobie (jak potrafiłem) z naszych partyjniaków, z którymi codziennie mijałem się w pracy na korytarzach. Pani Pierwsza Sekretarz POP pytała nieco zatroskana, dlaczego wyglądam na zmęczonego, ja zaś odpowiadałem, że całą noc drukowałem, drukowałem i jestem niewyspany. Drugiemu z tej samej egzekutywy tłumaczyłem na czym polegały „wydarzenia marcowe” podkreślając własną, kierowniczą zresztą pozycję tych wydarzeń na swojej uczelni. Głośno popisywałem się dyplomem (to też nie była prawda) czeladnika drukarskiego, by wzmocnić swoją wiarygodność. Prawdą było tu tylko, że jeszcze w szkole był u nas przedmiot „politechnizacja”, który spędziłem w drukarni i resztkami tamtej wiedzy miłowałem wzbudzać ich wyobraźnię.

Dla porządku… nigdy niczego nie drukowałem, w marcu 1968 nie uczestniczyłem w niczym… zajmowałem się przygotowywaniem do własnego ślubu… ale radowała mnie zachłanna ciekawość rozmówców i pełna świadomość, że donoszą.

Niech donoszą!

Donosili

Odsiedziałem i jestem kombatantem… z kombatanckim dodatkiem 🙂 Ten proces dochodzenia do bohaterskości opisałem w Studio Opinii pt:„Wyrazy wdzięczności”.

Nie tylko oni donosili. Po internowaniu wróciłem (na krótko) do pracy. Pierwszym mnie witającym był kolega, który przyszedł mnie

przeprosić za donosy, które na mnie składał. Ze strachu! Bał się bowiem, że ubecja wie, że on wie o tym co ja wiem i o czym bajdurzyłem i gniotło go, że gdyby nie złożył donosu, mógłby odpowiadać karnie za to, że wie co ja wiem, a gdyby poszedł siedzieć, to co dalej. Dalej już tylko strach, panika. Strach ma koszmarny wyraz przestraszonego kundelka. Po krótkim przeszkoleniu też byłby świetnym materiałem do zmiany profesji. System upadł, mam nadzieję, że nie zdążyli! Zaraz potem zmarł.

Były też i radosne chwile!

Jedna z moich koleżanek (chwilę po zwolnieniu mnie z internowania) znalazła się w dość trudnej sytuacji finansowej i poprosiła mnie, bym wykorzystał swoje znajomości w Polskim Związku Łowieckim (nigdy nie polowałem, ale w ośrodku badawczym PZŁ wydłubałem swoją pracę magisterską) i tam może komuś udało by mi się sprzedać jej XIX-wieczny rewolwer bębenkowy „Remington” w dość zresztą opłakanym stanie. Stan wojenny… w PZŁ jak nie wojskowi, to policjanci – a ja łażę z bębenkowym gnatem usiłując wspomóc finansowo dziewczynę. Udało się! Z poczuciem sukcesu, z kieszenią pełną pieniędzy wchodzę do domu, a w domu kilkunastu ubeków przeprowadza szczegółową rewizję… a we mnie szalona radość, bo gdyby tego dnia nie udało mi się pozbyć tego cholerstwa dostałbym cztery lata bez żadnych zawiasów, a dziewczyna – żadnych pieniędzy…jak nic!

Ale radość to zawsze radość!

W obozie wykorzystywałem różne „kontakty”… sprzyjających nam kierowców, kucharzy… do przesyłania listów poza kontrolą, poza cenzurą. Przez ciekawość posyłałem przede wszystkim tym, których podejrzewałem o donosicielstwo. Się nie zawiodłem. W moim dossier w teczce IPN jest zapisane, że zostałem ukarany przesyłanie korespondencji poza procedurami. Nagana jest zaznaczona tylko w ubeckich dokumentach. No bo skoro adresatka otrzymywała i raportowała, to nie mogli mnie ukarać, bo by się wydało kto raportował. W dokumentach więc coś takiego jest, ale do mnie wiadomość o tym nie doszła. Kolejny powód do wzmacniania fruktów z opozycyjności w budowaniu cv.

Zdziwienie!… w obozie internowanych prowadziliśmy dla ciekawości, także dla zabicia czasu, wykłady. Wykładał kto chciał, co był w stanie i przychodził też kto miał ochotę. Przez okna obserwowałem gniazdujące kowaliki, polujące błotniaki, lisy i com zaobserwował, tom opowiadał. Przekornie jeden z wykładów zatytułowałem „problemy lotniska w Jaworzu”… i nagle się okazało, że to jest problem, bo jak mogę, to wojskowe, to zabronione, tajne i poufne… to trzeba inaczej jakoś zatytułować. Się okazało, ze w towarzystwie niepokornych intelektualistów cenzura sama, odśrodkowo się tworzy, nawet w zamkniętych (dosłownie) ludzkich zespołach.

Były też ponurości i niespodziewane zapaści zaufania.

Jeden z kolegów wyemigrował do Paryża i tam opublikował „pamiętnik z internowania” a dla własnej chwały wymyślił, jak to jedna z pomocnic garnizonowego dentysty cichaczem wkładała mu do kieszeni płaszcza ulotki, znaczki solidarności, konspiracyjne gazetki. Bydlak! siedział bezpieczny w Paryżu i pisał paszkwile, po których urocza dziewczyna (w wojskowym garnizonie, bez możliwości innego zatrudnienia) musiała nieźle odcierpieć. Kłamał!!!, znaliśmy ją… za każdym razem przechodziła po kilka razy koło naszych płaszczy i bywało, że włożyła komuś do kieszeni paczuszkę herbaty.

Swego czasu znany dziennikarz, doradca znanych polityków, bohater rewolucji… utalentowany skurwiel z literacką fantazją.

Było przyjemnie, w tej samej, poligonowej przychodni, rzeczywiście troskliwie zajmowali się naszym uzębieniem. Na tyle troskliwie, że jeden z katorżników, będący w akurat w trakcie leczenia zaniedbanej szóstki (może siódemki) został niespodziewanie wypuszczony na wolność. Pisał, prosił komendanta o przedłużenie osadzenia choć o tydzień. Błaganiom nie było końca. Komendant był „ludzki człowiek”… ale nie miał kompetencji!

Wieczorem wywieźli szczerbatego intelektualistę na dworzec i dopilnowali, by odjechał.

Kilka lat później socjalizm został we wspomnieniach a mnie wezwano do IPN bym zeznał, co było w obozie internowanych w Gołdapi. Prokurator wiedział, ze był to obóz dla kobiet, że nic nie mogę wiedzieć ale takie dostał instrukcje z Białegostoku i nie miał kompetencji, by pomyśleć.

Służba nie drużba. Cudowne relikty nieistniejącego ustroju!

Z tamtych czasów pozostało mi w pamięci, że w więzieniu ze wszystkim sobie można poradzić prócz dwóch rzeczy, które należy zawsze mieć przy sobie: czegoś do obcinania paznokci i igły z nitką. By w tamtych czasach można było w celi przyszyć sobie guzik, trzeba było pisać podanie do szefa więziennych szefów, szef szefów, po dłuższym czasie, przydzielał wyszkolonego do tych czynności żołnierza, łaskawie zezwalał, żołnierz przeprowadzał więźnia do oddzielnego pomieszczenia a strażnik uzbrojony w igłę z nitką dopilnowywał, by katorżnik przyszył sobie guzik zgodnie z regulaminem i nie zagrażał społeczeństwu.

Było śmiesznie… poutykali nas, jeszcze w celach Białołęki po kilkunastu w każdej celi, drzwi pozamykane a w „betoniarach” (to zabetonowane w ścianach głośniki, których ani ściszyć ani wyłączyć) na przemian „Cztery pory roku” Vivaldiego i oświadczenia Urbana zapewniające, że jesteśmy w dobrych warunkach, zaopiekowani i możemy swobodnie ze sobą się kontaktować.

Kłamstwo!

W celi były taborety, okrągłe, drewniane siedzisko zaczepione na owalnych kręgach z zespawanych (byle jak) prętów zbrojeniowych (fi10). W sąsiedniej celi ktoś miał cążki do paznokci, bez których żyć się nie da, drzwi wbrew oświadczeniom Urbana były zamknięte i strzeżone… więc rozwaliłem taboret, powyginane pręty służyły za korbę a dociskając korbę siedziskiem usiłowałem wywiercić dziurę w ścianie. Wpadł klawisz pokrzykując, że nie wolno… zapytaliśmy (śmiejąc się) dlaczego nie wolno, gdzie jest regulamin, że nie wolno?

Klawisze nie mieli pojęcia, co w tej sytuacji zrobić więc uciekli, dziurę zrobiliśmy, cążki udało się przecisnąć, pazury mogły sobie rosnąć i… zdumienie, jak łatwo przez pustaki produkowane w więziennej betoniarni w pół godziny przedostać się na drugą stronę więziennej ściany. Hrabia Monte Christo tak dobrze nie miał.

Ani razu, przez cały czas internowania ubekom nie udało się mnie przesłuchać. Cały czas to samo: – Topiński na przesłuchanie!… a gdzie regulamin, że muszę chodzić na przesłuchania?… I nie chodziłem. Po jakimś czasie czułem się nawet nie całkiem… Koledzy z internowania nieustannie snuli opowieści o przesłuchaniach, propozycjach współpracy, własnych rozwodach i „rzucaniu legitymacjami PZPR. Nie miałem czym rzucać, nikt mnie nie przesłuchiwał, rozwodów za sobą nie miałem. Czułem się niedointegrowany.

Trochę to też wynikało z przesłuchań, doświadczeń jeszcze z lat siedemdziesiątych. Bywało, że padała wówczas propozycja współpracy – byliśmy na to przygotowani. „Panie Piotrze, tylko niech to zostanie między nami mruczał przesłuchujący”… po czym za radą moich przyjaciół w moim instytucie, na tablicy ogłoszeń wywiesiłem „ogłoszenie”:

Chętnych do uczestnictwa w spółdzielni UCHO, proszę o zgłaszanie się do pokoju nr 22. Mam kontakt z KW MO… Piotr Topiński.”

…i nigdy potem, żadna władza w żadnej „rozmowie”, nigdy więcej mi czegoś takiego już nie zaproponowała. Do samego końca socjalizmu, a nawet jeszcze dłużej.

Nie zasłużyłem sobie na zaufanie!

Przypadkiem sprawdziłem… telefon oczywiście miałem na podsłuchu. Wróciłem któregoś wiosennego dnia do domu z Kampinoskiej Puszczy poruszony wydarzeniami przyrodniczymi i zadzwoniłem do koleżanki „– Słuchaj, gęsi lecą!” pokrzykiwałem podniecony. Po kilku godzinach miała w domu rewizję (niespodziewanie, bez żadnej zapowiedzi – cytując żale niedawnego ministra!)

Na sam już koniec socjalizmu władza zdążyła jeszcze ogłosić „abolicje” dla tych, który ujawnią swoje zbrodnicze zamiary wobec jedynie słusznego ustroju… ustrój już co prawda dość widowiskowo splajtował, ale jeszcze im to nie przeszkadzało. Mój szef został wezwany przez swoje władze, gdzie mu zakomunikowano, że albo mnie wyrzuci z pracy, albo rozwiążą naszą firmę… chyba, że się ujawnię. A firma to była prywatna!

No to poszedłem się ujawnić. Było fantastycznie, bo pozwlekałem kilka dni z „ujawnieniem” tak, by trafić na dzień Milicji Obywatelskiej… zapowiadało się bowiem jeszcze śmieszniej! …Wszyscy w galowych mundurkach, przestrojeni w białe wstążeczki, sznureczki, medale i odznaczenia na dzielnych piersiach. Estetyka nie do przecenienia.

Kawki, ciasteczka na stołach, uroczyście uśmiechnięta Władza w godowych strojach, a przed okienkiem wróg ustroju, jak wrzód na dupie, który w takich okolicznościach, w tak uroczystym dniu śmie się pojawiać w ich komendzie. Odesłali mnie więc do głównej komendy Żoliborza, gdzie zajął się mną (bardzo uprzejmie) sam niecodziennie wystrojony komendant dzielnicowy, który mnie przyjął osobiście!

Oświadczyłem, że nie mam nic do ujawnienia, ale może on wie lepiej niż ja… bo przychodzę, ponieważ mam takie polecenie od mojego szefa, któremu jego szefowie zagrozili, że rozwiążą moją firmę, jeżeli ja się nie ujawnię. Więc to przecież on musi najlepiej wiedzieć co mam ujawnić. Zaproponowałem więc układ, że ja się ujawnię wedle jego wiedzy o moich grzechach, a on sobie wpisze mnie jako ujawnionego do swojej listy sukcesów i obydwaj będziemy usatysfakcjonowani. Wspólnie uratujemy firmę i jego, i moją! Zaśmiał się przyjaźnie, zgodziliśmy się, że to jakaś bzdura, ale dalej nie wiedział co ze mną zrobić, więc wysłał mnie do Pałacu Mostowskich, gdzie już mnie nie wpuścili z powodu defilady MO przed pomnikiem Dzierżyńskiego w dzień święta MO opodal na placu Dzierżyńskiego (dziś Bankowy) i wyznaczyli przesłuchanie na następny dzień.

Następnego dnia jakiś ubecki kapitan zaczął od tego, że „My wszystko o Was wiemy i już takich jak Wy nieraz przesłuchiwaliśmy.” Odpaliłem, że gdyby o mnie wszystko wiedział, to wiedziałby też, że nie tacy jak on mnie przesłuchiwali… na tym „przesłuchanie” się skończyło. Zostałem wyrzucony na bruk z tej szacownej instytucji i to była ostatnia moja przygoda z MO w czasach ustroju wszelakiej pomyślności!

Jak tylko skończyły się moje utarczki z socjalistyczną władzą, pojechałem do Genewy. Wypuścili mnie za granicę (nie licząc NRD) po raz pierwszy w życiu. W wieku ponad czterdziestu lat wreszcie dostałem paszport. Zatroskani, zagraniczni Polacy prosili, bym im tam opowiedział jakiś konkretny przykład z katalogu niesprawności systemu.

Opowieść można by było zatytułować: „traktat o dolnospłuku”:

Moja Matka, Zofia, jak wszystkie Zofie, obchodziła imieniny 15 maja, rokrocznie schodziła się do niej grupka przyjaciół, a w jej mieszkaniu zepsuł się dolnospłuk. Mama nie wyobrażała sobie tłumu gości z nieczynną spłuczką w łazience. O normalnym zakupie nowej w czasie kryzysu stanu wojennego nie było mowy!

Uruchomiłem więc wszystkie znajomości we wszystkich sklepach i handlowych centralach, (były tylko państwowe i tylko dwie: SPHW [Stołeczne Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego – przyp. redakcja] i Społem) i w żadnym z magazynów nie było ani jednej spłuczki. Ustosunkowani znajomi zadeklarowali pomoc. Zatelefonowała więc do mnie poruszona moim nieszczęściem jakaś sekretarka z Ministerstwa Handlu Wewnętrznego, przeprosiła, opowiedziała o kłopotach z zaopatrzeniem rynku w spłuczki i zadeklarowała, że ponieważ jestem w tak trudnej sytuacji, to ona sprawę skieruje do Ministerstwa Handlu Zagranicznego, by wycofali z eksportu jedną spłuczkę specjalnie dla mojej Mamy. Brakowało tylko podania do Ministra. Napisałem i jeszcze przez piętnastym maja roku 1983 otrzymałem z Centrali radosną wiadomość, że Minister zaakceptował, a dolnospłuk wycofany specjalnie dla mnie z eksportu czeka na odbiór w pawilonie sportowym na warszawskim Kamionku.

– Dlaczego akurat sportowym? – zapytałem kierownika przy odbiorze.

– Bo gdyby dolnospłuk był do odebrania w pawilonie z dolnospłukami… to zostałby zarekwirowany przez osiedlowy „robotniczy komitet społeczno – kontrolny” i publicznie pokazywany jako przykład korupcji – odpowiedział rozbawiony moją niewiedzą i naiwnością kierownik sklepu.

Mój genewski rozmówca niczego nie zrozumiał i nieśmiało zapytał, dlaczego nie poszedłem do innego sklepu.

Technik, który to później montował, zapytał bardziej przytomnie, dlaczego łaziłem po sklepach i przekopywałem dojścia do znajomości dziwnych znajomych z ministerstw… przecież zawsze to można było kupić u każdego majstra na budowie każdego osiedla.

Ciągle nie dorosłem 🙂

Na koniec opowiem jeszcze, skąd moje zaangażowanie, od czego się to zaczęło, z czego wynika to właśnie, co opisałem powyżej. Wszak od dziecka zajmowałem się zwierzętami: bobrami, jeleniami, ekologią, pracowałem (krótko) w warszawskim ZOO. W Puszczy Kampinoskiej łaziłem za łosiami, żmijami i bardziej mnie zawsze interesowały zwierzęta niż ganianie się z milicją ponoć obywatelską na dodatek.

Towarzystwo żoliborskiej opozycji to tu, to ówdzie towarzysko znałem od dziecka, ale przed opisywanymi tu historyjkami… nigdy,

żadnych działań w ich harcach nie podejmowałem.

No właśnie dlatego!!!… bo to było tak:

Pewnego dnia we wczesnych latach siedemdziesiątych zatelefonowała do mnie po ratunek Gajka Kuroń, bo w domu była rewizja i otruto ich jamniki.

Pobiegłem, suczka dogorywała a piesek jakoś się trzymał. Po wizycie ubeków, na wysokości jamniczych zębów, na framudze drzwi wewnątrz ich mieszkania pozostały kawałki mięsa przylepione tam przez ubeków… z trichinellą spiralis, co moi koledzy sprawdzili i oznaczyli w laboratorium Instytutu Ekologii.

To wstrząs. bo gdyby otruli Kuronia, to bym się aż tak może nie wkur… On w końcu wiedział z kim się zadaje, co ryzykuje… ale jamniki ?!!!

Stąd to cała ta historia… Jeśli tekst kogoś rozbawił, to zapewniam… nie ma w nim nic śmiesznego.

Piotr Topiński

Autor: dr inż., zootechnik, autor książek z dziedziny ochrony przyrody, na emeryturze zajmuje się ochroną klimatu (czytelnicy znajdą jego filmy m. in o wodzie – na YouTube).

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 7

No votes so far! Be the first to rate this post.

4.2 6 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Dariusz

Piotrze , naprawde uwielbialem I uwielbiam Twoje historie. Gdyby choc polowe Twoich niedkonan przeszli ci to teraz krzycza oredzia patriotyczne z mownic za pieniadze podatnikow lupionych wszedzie I wielokrotnie to pewnie bym ich jednym uchem poslychal. Jednak zawsze wole jednak Twoje historie , opinie I poglady. Gdyby Polska rzadzili tacy ludzie jak Ty Piotrusiu , to moze niektorym bylo by niezrecznie , ale na pewno byloby I normalnie I czasem z usmiechem . Jestes dla mnie mentorem , za ktorym tesknie Bo zycie moje toczy sie emigracji , ale dzieki temu lepiej dostrzegam to o czy czesto piszesz …o glupocie… Dowiedz się więcej »