Mecenasa Piotra Andrzejewskiego poznałem, gdy w 1984 roku doprowadziłem do niego jednego z kolegów z podziemia, który chciał się ujawnić i adwokat miał go przez procedurę bezpiecznie przeprowadzić. Spotkaliśmy się, o ile mnie pamięć nie myli, w pustym korytarzu warszawskich sądów „na Lesznie”. Swoje zadanie mecenas wykonał wzorowo, P. się ujawnił, nikomu nie zaszkodził a Piotr Andrzejewski potwierdził wtedy swoją klasę i renomę obrońcy opozycji, co doceniła władza komunistyczna – Sąd Najwyższy, na wniosek władz, zawiesił go w prawach adwokata na rok.
To był najlepszy czas tego obrońcy działaczy „Solidarności” – potem, po 1989 roku powoli było coraz gorzej, związał się z braćmi Kaczyńskimi, aż coraz ściśłejsze relacje z Jarosławem doprowadziły go do dzisiejszego spektaklu wstrętnych wrzasków, walenia pięścią w blat, przekleństw („Do cholery!”) i fizycznego potyrpywania sędziów Trybunału Stanu (tak, tak – szarpał oparcie fotela jednego z sędziów reprezentującego obecną większość parlamentarną) w sali posiedzeń Sądu przecież Najwyższego przy okazji rozpatrywania wniosku prokuratury o uchylenie immunitetu Małgorzacie Manowskiej, przewodniczącej Trybunału.
Występ, który dał Piotr Andrzejewski, przejdzie do historii także adwokatury, bowiem to adwokaci Jacek Dubois i Przemysław Rosati byli głównymi adwersarzami mec. Andrzejewskiego. Dodać tu trzeba, że Jacek Dubois jest wiceprzewodniczącym Trybunału a Przemysław Rosati jest prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej i on, po wyjściu z sali mec. Andrzejewskiego i kilku jego stronników dał wykładnię przepisów, po której bohater ekscesu powinien schować się w mysiej dziurze. Powaga i godność, z jaką zachował się szef adwokatury, może stanowić wzorzec dla rzeszy prawników.
Marszałek Józef Zych, który po wyjściu części sędziów, w tym wiceprzewodniczącego Trybunału, jako najstarszy z pośród pozostałych przejął prowadzenie posiedzenia – ogłosił przerwę do 22 września.
Odrębną sprawą, być może to zadanie dla prokuratury, jest ustalenie kto w Sądzie Najwyższym wydał polecenie najpierw o niewpuszczeniu sędziów Trybunału do sali posiedzeń, a także o utrudnieniu wejścia mediom, kto kazał wyłączyć nagłośnienie oraz nie dopuścił sekretariatu i protokolanta. Te zgoła dziecinne złośliwości miały z pewnością jednego autora. Czy była to sama dr hab. Małgorzata Manowska wykonująca obowiązki Pierwszego Prezesa SN czy też któryś z jej akolitów – to się z pewnością uda ustalić.
Fakt pozostaje faktem – czegoś takiego polski Sąd Najwyższy nigdy nie widział, trzeba było ośmiu lat rządów prawicy i jej pracowitego demolowania systemu prawa, by obywatele zobaczyli na własne oczy i do tego na żywo, co znaczy prawo i sprawiedliwość dla stronników Prawa i Sprawiedliwości.
Chciałbym mieć pewność, że kolejne posiedzenie we wrześniu przebiegnie w spokoju i z merytoryczną debatą sędziów. Bez Piotra Andrzejewskiego.