Tomasz Tadeusz Koncewicz: „Widzieć przeszłość w prawdzie”. O Tobie, o Nas, … o Mnie w Polsce A. D. 2026

0
(0)

W hołdzie Śp. Modeście Tabor,
Przez dziesiątki lat bezimiennej i zapomnianej cichej Bohaterki, która po tych wszystkich latach,
3 września 2026 r. zostanie uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.
Henryk Grynberg, „Pani Taborowa była, jest i będzie”

„W pokoju, gdzie ludzie jednomyślnie utrzymują spisek milczenia, jedno słowo prawdy brzmi jak strzał z pistoletu”
Cz. Miłosz, Mowa Noblowska (1980, tłumaczenie Autora)

Rozdarcie między patrzeniem w przeszłość i w przyszłość jest cechą charakterystyczną otwartych społeczeństw. Międzypokoleniowe paktowanie między tym, co było, co jest i co będzie, jest wyzwaniem dla każdej generacji, która musi wyciągać na światło dzienne konsekwencje przeszłych doświadczeń i momentów, tych dobrych i złych, w sposób wolny od instrumentalizacji i manipulacji. Naród, który nie jest gotowy paktować z sobą i wyruszyć w podróż w przeszłość, jest zubożały i niezdolny do posuwania się naprzód z prawdziwym zrozumieniem tego, kim naprawdę jesteśmy i “co my (z)robiliśmy innym”, a nie tylko dominującym martyrologicznym i jednostronnym “co inni (z)robili nam”. Tylko wtedy możemy dać sobie szansę na zobaczenie przeszłości w prawdzie.

„Dialog głuchych” wokół powikłanych i skomplikowanych relacji polsko-ukraińskich i puste pozorowane ruchy na pokaz w imię rzekomej „prawdy historycznej”, po raz kolejny boleśnie dowodzą, że w Polsce nadal nie mamy pojęcia jak rozmawiać o trudnej historii i przeszłości, tak aby nie tylko pielęgnować pamięć o „przeszłości w prawdzie”, ale przede wszystkim dowiedzieć się czegoś ważnego zarówno o sobie, jak i o innych.

Zacznę jednak od elementu osobistego, który dla mojego przekazu dla rozedrganej polskiej debaty historycznej wyznacza szczególny kontekst i zachęca do głębszej refleksji. To historia mojej babci, Czesławy Kisielewicz Strąg i małej żydowskiej dziewczynki Rozalii Kateganer. To historia pokazująca znaczenie i trudność dokonywania właściwych i mądrych wyborów, gdy nadchodzi ten czas. To historia jednego „Tak”, prostego w wyrazie, a jednocześnie tak wspaniałego w symbolice i konsekwencjach. Wywarło na mnie trwały wpływ i nadal stawia ważne pytania, tak w skali mikro (co ze mną i jak ja pamiętam?) jak i makro (co z nami, gdy rozmawiamy o naszej historii i przeszłości?). Te dwa wymiary przenikają refleksje przedstawione poniżej.

Prolog osobisty

Rozalia Kateganer urodziła się w Kańczudze w Polsce w 1935 r. Jej rodzice uciekli na początku wojny i przybyli do Brzeżan na Kresach Wschodnich. Gdy w 1942 r. rozpoczęły się tam prześladowania Żydów, matka Rozalii została schwytana przez Niemców i nigdy więcej jej nie widziano. Jej ojciec chciał znaleźć kogoś, kto ukryje jego córeczkę. Postanowił zapytać Czesławę Kisielewicz, 19-letnią Polkę mieszkającą obok, czy wzięłaby na siebie obowiązek ochrony jego córki. Czesława się zgodziła. Poprosiła księdza o ochrzczenie dziecka i wystawienie aktu urodzenia na nazwisko dziewczynki w tym samym wieku, którą znała, a która została zesłana na Syberię przez Sowietów. Rozalia Kateganer stała się Marią Szkolnicką. Czesława próbowała wyprowadzić się z domu rodzinnego i znaleźć pracę, aby utrzymać siebie i dziecko, ale nie była w stanie tego zrobić. Szukając rozwiązania, uznała, że ratunkiem może być umieszczenie Marii w sierocińcu franciszkańskim w Podhajcach. Matka Przełożona Helena Chmielewska, kolejna niezwykła kobieta w tej historii, dowiedziała się o prawdziwym pochodzeniu małej dziewczynki i nie wahała się jej przyjąć. Opiekowała się nią z miłością i oddaniem. Ojciec Marii był informowany o losie córki. Wysłał też dane kontaktowe do krewnych w Stanach Zjednoczonych, na wypadek, gdyby nie przeżył wojny. Rzeczywiście, w 1944 roku został schwytany przez Niemców i, podobnie jak jego żona, zamordowany.

Po wojnie zrządzenie losu pomogło Czesławie i Marii odnaleźć siebie. Pośród chaosu i zmiany granic, moja babcia i jej rodzina zostały przesiedleni do Nysy, w południowo-zachodniej Polsce. Pewnego dnia, idąc do pracy, Maria zobaczyła na moście nad rzeką Nysą grupę dzieci prowadzoną przez zakonnicę. Jak się okazało, sierociniec Marii również został ewakuowany do Nysy. To nieoczekiwane i symboliczne spotkanie na moście pokazało, że więź między Czesławą i Marią była prawdziwa i że obie były sobie przeznaczone.

Maria rozpoczęła studia medyczne we Wrocławiu i została pediatrą. Moja babcia i jej rodzina osiedliła się na stałe we Wrocławiu, gdzie urodziła się moja mama i potem ja. Maria ostatecznie dołączyła do krewnych w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyszła za mąż za Marka Damaszka, który sam był ocalałym z Holokaustu. Przez wszystkie te lata Maria i Czesława utrzymywały kontakt. Moja babcia odwiedzała Marię w Stanach Zjednoczonych przy wielu okazjach, a Maria odwiedzała nas w Polsce. Maria korespondowała również z siostrą Heleną Chmielewską i wspierała ją przez wiele lat. Moja babcia zmarła w marcu 2010 r., a Maria w 2016 r. W 2014 r. Yad Vashem uznał moją babcię, jej matkę Rozalię Kisielewicz i siostrę Helenę Chmielewską za Sprawiedliwe Wśród Narodów Świata.

Czytelnik może zapytać w tym miejscu, dlaczego zacząłem od takiego osobistego kontekstu?

„Ja – prawnik”. Jaka rozmawiać o tym skąd przychodzimy, co inni nam zrobili i co my zrobiliśmy innym?

Cofnijmy się na chwilkę do Polski lat 2015 – 2023, bo ten ciemny czas ma walor tłumaczenia i lepszego zrozumienia dnia dzisiejszego.

Ten okres był znaczony przez dwa równoległe procesy. Z jednej strony (i dominujące dyskurs publiczny i europejski) antykonstytucyjne przejmowanie niezależnych instytucji, aby zapewnić ich podległość większości parlamentarnej i faktyczne zniszczenie wszelkich „checks and balances”. Z drugiej mniej widoczne, ale równie niebezpieczne dla państwa prawa i demokracji liberalnej, powolne i metodyczne „przechwytywanie pamięci” polegające na narzucaniu jednej oficjalnej narracji i wersji „kim jesteśmy, skąd przychodzimy, co zrobiliśmy innym i co inni zrobili nam”. O ile „przejmowanie instytucji” ma wymiar prawno instytucjonalny, przechwytywanie pamięci odbywa się na poziomie dyskursu publicznego prowadząc do ostatecznego celu każdego rządu autorytarnego w postaci „zniewolonego umysłu”. „Zniewolony umysł” zwycięża, gdy obywatele w ramach “operatywnej” demokracji liberalnej przestają w sposób krytyczny myśleć i otwarcie dyskutować o swojej historii i o sobie, gdy bezwiednie poddają się jednej narracji serwowanej w służbie bieżącej polityki. „Przejęte państwo” i „zniewolony umysł” pozostają wobec siebie w relacji obustronnej synergii. Dopiero połączenie obydwu procesów ujawnia prawdziwą skalę transformacji profilu państwa (z demokracji liberalnej do „państwa przejętego”) i obywatela (z jednostki partycypacyjnej i zaangażowanej w potulny „zniewolony umysł)”.

„Przechwytywanie pamięci” oferuje jednowymiarowe wyjaśnienie, skąd „my, Naród” przychodzimy. Jest mściwe: Polacy mają prawo do większego szacunku i uznania za swoje cierpienia w przeszłości, a Polska musi zostać zrekompensowana za wszystkie krzywdy wyrządzone jej przez niesprawiedliwą historię i niedobrych innych (zarówno tych „zdrajców” wewnątrz, jak i zewnętrznych wrogów), którzy rzekomo cały czas przeciwko nam knują i szkalują nasze dobre imię. W konsekwencji debata historyczna i nasza zbiorowa pamięć zostają skażone brakiem równowagi, ponieważ pewne elementy są celebrowane, podczas gdy inne, które nie pasują do ogólnej narracji, są spychane na margines dyskursu publicznego, piętnowane, a nawet karane. Każdy, kto sprzeciwia się dominującemu rozumieniu naszej przeszłości, jest określany jako kłamca, zdrajca i zostaje wykluczony z wspólnoty jako jej „gorszy sort”. W konsekwencji przechwytywanie pamięci prowadzi do spłaszczenia debaty historycznej, a ostatecznie jej stłumienia. , skoro jej potencjalni uczestnicy o innych poglądach, zostaną zniechęceni – a nawet wykluczeni – z udziału w niej. W rezultacie dyskusja publiczna staje się przewidywalna i jednostronna, realizując cel nadrzędny w koronie przechwytywania pamięci – „zniewolony umysł”.

Tymczasem prawdziwa dyskusja zarówno o własnej historii i historii innych potrzebuje dyskursywnych ram dla trudnego procesu roztrząsania różnych aspektów naszej wielowymiarowej przeszłości. Takie ramy powinny zapewnić coś co nazywam „paktowaniem” pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Chodzi o ponowne przyjrzenie się zapomnianym i/lub niedostatecznie zbadanym elementom naszej narodowej historii („wymiar przeszłości”), ponowne przemyślenie siebie i naszego dzisiejszego miejsca w świecie („wymiar teraźniejszości”), a wreszcie otwarcie się na i przyjęcie nowych perspektyw („wymiar przyszłości”). Gdy paktujemy pomiędzy tymi trzema wymiarami, jesteśmy gotowi na krytyczną introspekcję. W paktowaniu nie ma miejsca na strach przed porażką, ponieważ porażka jest częścią wierności wobec historii, która nie jest i nigdy nie była doskonała. Odsłaniając przeszłość, nie tylko lepiej odkrywamy teraźniejszość, ale co najważniejsze, budujemy przyszłość z zachowaniem konstytucyjnej wierności, która łączy nas ponad pokoleniami. Innymi słowy paktujemy w tym samym z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Zwracamy się ku przeszłości nie dlatego, że zawiera ona w sobie wszystkie odpowiedzi na nasze dzisiejsze pytania, ale dlatego, że jest repozytorium naszych wspólnych zmagań i zobowiązań.

My Naród” we wspólnocie europejskiej

Poszukiwanie prawdy historycznej nie jest równoznaczne z jej znalezieniem. Czasami sam proces jest satysfakcjonujący, nawet jeśli ostateczny wynik jest nieosiągalny. Taka jest cena utrzymywania konsensusu społecznego i życiea w spolaryzowanych i wewnętrznie zróżnicowanych społeczeństwach z konkurującymi ze sobą rozumieniami naszych „podlegających kontestacji przeszłości” (liczba mnoga nie jest tutaj przypadkowa). Każdy głos (także niezgody) jest ważny, o ile przyczynia się do trwającej debaty. Nikt nie powinien być wykluczony, a tym bardziej karany za udział w wymianie poglądów na temat historii, która może być sprzeczna z głównym nurtem (i często chwilową) narracją, niejednokrotnie dyktowaną potrzebą polityczną a nie uczciwym poszukiwaniem prawdy historycznej.

W tym duchu nasza cały czas kulejąca i dziurawa „debata” o przeszłości musi być wpisana w powojenny konsensus i aspiracje europejskie. Konsensus europejski po zakończeniu wojny oparty został na niełatwym współistnieniu nie zawsze dających się pogodzić elementów zaufania i braku zaufania państw i obywateli, które ten niedoskonały konsensus współtworzą zawsze w cieniu tragicznej historii europejskiej. Co paradoksalne historia, gdy jest intepretowana w sposób krytyczny i otwarty, wzmacnia w pierwszym momencie poczucie braku zaufania (skoro uczymy się, jak państwa robiły straszne rzeczy innym państwom, a obywatele jednych państw nieśli śmierć, pożogę i ból obywatelom innych państw). Używam słowa “paradoksalnie” ponieważ tylko akceptacja tych tragicznych wydarzeń i uczenie się na nich o samym sobie może w końcu doprowadzić poprzez “zarządzanie nieufnością” i jej tłumaczenie w ramach rzetelnej debaty o tym, kim jesteśmy – do zaufania. To właśnie koleje integracji europejskiej po 1945 r. miały być dowodem, że faktycznie uczymy się na własnych błędach, które przyjmujemy z pokorą, a „nigdy więcej” jest symbolicznym aktem kolektywnej ekspiacji i zgody na życie obok siebie mimo tlącego się braku zaufania, którego integracja nie eliminuje, a raczej zmierza do jego ucywilizowania poprzez bycie razem, uczenie się siebie nawzajem i w konsekwencji – stopniowe przełamywanie pokładów nieufności.

Tymczasem oparta na resentymentach i jednostronnej martyrologii lektura przeszłości podważa założycielską narrację i aspirację „życia razem” i „zobowiązania nigdy więcej” jako fundamentów „jak najściślejszej unii pomiędzy narodami Europy”. Niestety dzisiaj ta narracja i aspiracja coraz częściej znów przegrywają z wiecznie żywymi europejskimi demonami nacjonalizmu i ze snami o własnej wyjątkowości.

„Widzieć przeszłość w prawdzie”

Gdy staramy się iść naprzód, „przechwytywanie pamięci” stawia przed wspólnotą demokratyczną dramatyczne pytania: Czy „My, Polacy”, jesteśmy gotowi do debaty nad naszą historią w sposób, który zakłada konfrontację rozbieżnych punktów widzenia?” Czy jesteśmy gotowi do bycia i życia razem, nawet jeśli „ten obok mnie” wierzy i myśli inaczej? Czy, eksponując to co nam zrobiono, mamy także odwagę dyskutować, o tym co my zrobiliśmy innym?

Tych pytań i poprzedzającej analizy nie należy w żadnym razie odczytywać jako próby umniejszania cierpień narodu polskiego, heroizmu polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata czy kwestionowania oporu Polski wobec okrucieństw okupacji nazistowskiej. Nikt temu nie zaprzecza. Mój punkt widzenia jest inny. Niewyobrażalne zniszczenie życia – fizycznego, duchowego i kulturowego – jakiego doznaliśmy, wystarczyłoby, aby unicestwić całe narody słabsze od Polaków.

Aby iść dalej i spierać się o przeszłość na solidnych podstawach musimy na każdym etapie pamiętać zarówno to, co w nas dobre i co nas uratowało, jak i to, co złe, mniej jasne, kontrowersyjne, wymagające badania i dyskusji. To w tym sensie mój argument przeciwko narzuconemu rozumieniu jednej narracji historycznej opowiada się za inkluzywną pamięcią historyczną, która łączy i ujawnia wszystkie doświadczenia. Kiedy dominują wielkie, ale puste gesty, na potrzebę chwili i przemilczenia, a brakuje mniej spektakularnego rachunku sumienia, narody stają się więźniami przeszłości, a nie jej panami. To właśnie tutaj polska debata na temat „Co się naprawdę wydarzyło?” musi trwać i jest daleka od zakończenia. Nakładanie sankcji karnych za oświadczenia i wypowiedzi, które są sprzeczne z głównym nurtem polityki historycznej prowadzi do „jednej i jedynej” wizji przeszłości i zniewolenia umysłów w jej ramach. Ostatnią rzeczą, jakiej Polska potrzebuje dzisiaj, jest szerzenie zbyt łatwej „kultury zdrady” i fałszywej martyrologii. Dyskusja o przeszłości powinna dążyć do pragmatycznego uznania, że ​​nasze konstytucyjne lojalności (znów liczba mnoga nie jest przypadkowa) są kształtowane, przekształcane i ponownie badane w miarę, jak posuwamy się naprzód. Zniewolone umysł i pamięć stają się niezwykle niebezpiecznymi narzędziami. Mogą być wykorzystywane do ukrywania, tuszowania, przemilczania …

Dobrze rozumiana pamięć o przeszłości ma przede wszystkim wyzwalać i ujawniać to, co się stało, aby móc zakorzenić nasz umysł w teraźniejszości i otworzyć go na przyszłość. 39 lat temu w przełamującym tabu eseju „Biedni Polacy patrzą na getto” Jan Błoński pisał przejmująco:

[…] bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami, że w ostatniej chwili pojęliśmy, jak szatańskie to było przedsięwzięcie … Ale od współwiny wcale nas to nie uwalnia. Skażenie, zbezczeszczenie polskiej ziemi miało miejsce i dalej ciąży na nas obowiązek oczyszczenia. Chociaż – na tym cmentarzu – sprowadza się już tylko do jednego: do obowiązku zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie.

„Umysł zniewolony” jest skłonny przyjmować intuicyjne i ekskulpacyjne emocje i mity o tylko nam wyrządzanych krzywdach. Tymczasem „na tym polskim cmentarzu” nasz obowiązek sprowadza się do zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie. Nie chodzi o bezkrytyczny poklask dla gawiedzi, a raczej o uznanie, że złożona przeszłość musi być kluczem do przyszłości. Niestety, w Polsce przeszłość nadal jest w głównym nurcie debaty publicznej postrzegana jako zbiór niepodważalnych prawd i antagonizujących emocji, zamkniętych na rozbieżne interpretacje i krytyczną debatę historyczną.

„Ja – wnuk”. Nie pamiętam dni, pamiętam chwile

Na koniec wracam tam, gdzie rozpocząłem: do mojej babci. Podczas studiów prawniczych we Wrocławiu mieszkałem z babcią. Dużo rozmawialiśmy i zbudowaliśmy silną więź. Szybko okazało się, że ona potrzebowała mojej obecności przy sobie tak samo, jak ja potrzebowałem jej kojącego głosu, siły, ciepła i, co nie mniej ważne, wyjątkowych pierogów ruskich i kotletów mielonych, które robiła śpiewając! Słuchanie jej wtedy mnie uratowało. Dzisiaj rozumiem lepiej i wyraźniej niż kiedykolwiek, czego naprawdę subtelnie oczekiwała ode mnie. Chciała, abym doceniał jak ważne jest, jak żyjemy, jak traktujemy innych, w co wierzymy i co robimy. „Dobre życie” to nie wielkie gesty, ale małe rzeczy, miły uśmiech, szczere słowo zachęty, tu i teraz, każdego dnia.

Gdy myślę o mojej babci i naszym trudnym i po omacku, w oparach politycznego szaleństwa i obsesji poszukiwaniu „przeszłości w prawdzie”, próbuję wpisywać w ten proces moją własną marszrutę. W celu niedopuszczenia do „zniewolenia umysłu”, staram się być wierny, czasami lepiej, czasami gorzej, swoim „5 Osobistym Nigdy”.

Po pierwsze, nigdy nie pozwól, aby ograniczenia innych stały się twoimi własnymi ograniczeniami. W chwili, gdy na to pozwolisz, przestajesz żyć własnym życiem i zaczynasz żyć życiem kogoś innego.
Po drugie, nigdy nie akceptuj „business as usual”. To przepis na obojętność i akceptowanie ślepego losu. Czasami musisz zabrać głos, sprzeciwić się, aby twój głos został usłyszany, bez względu na to, co mówią, powiedzą i pomyślą inni. Myślenie „business as usual” pozbawia nas krytycyzmu i odwagi, aby powiedzieć „NIE” wygodnej rutynie. Wygodne „poczekajmy, zobaczymy” to zaproszenie do bierności i nic nierobienia, które, jeśli zaakceptujemy, rzeczywiście stanie się samospełniającą przepowiednią.
Po trzecie, nigdy nie akceptuj podejścia „nie, tego się nie da zrobić”. To bardzo wygodna wymówka, aby nic nie robić i bezczynnie akceptować to, co przyniesie następny dzień.
Po czwarte, nigdy nie kalkuluj, gdy w grę wchodzą esencjonalia. Kompromis w kwestiach podstawowych przynosi jedynie krótkoterminowe korzyści, a nie długoterminowy spokój ducha. Wcześniej czy później takie wygodne „chodzenie na skróty” cię dopadnie.
Po piąte w końcu, nigdy nie odwracaj wzroku, gdy dzieje się niesprawiedliwość i niegodziwość. Zajmij stanowisko. Mów głośno. Nie bądź obojętny.

Tylko wtedy będziesz w stanie spojrzeć w lustro i zaakceptować to, co widzisz, wiedząc, że zrobiłeś to co od ciebie zależało i co do ciebie należało. Tylko w ten sposób możemy sensownie mówić o dobrej zmianie, która zawsze zaczyna się w sercach, wokół mnie, tu i teraz, a nigdy nie jest zadekretowana z góry. Tak rozumiana „dobra zmiana” jest też fundamentem widzenia dzisiaj i jutro ulotnej „przeszłości w prawdzie”.

Kiedyś nie rozumiałem tego wszystkiego w sposób tak klarowny jak dzisiaj. W latach 90. XX wieku moja babcia nagrała w Warszawie kasetę dla Sióstr Rodziny Maryi, które prowadziły sierociniec w Podhajcach. W pewnym momencie nagrania powiedziała: „w chwili, gdy spojrzałam w te wielkie oczy, wiedziałam, że ona jest moja i co powinnam zrobić”. To było Jej „Wielkie Tak”. W ostatnim liście do mojej babci w lutym 2010 r. Maria napisała: „Kochana Czesiu, moja bohaterko, minęło tyle lat, a ja nadal pamiętam. Ty, młoda i piękna, miałaś odwagę zaopiekować się mną, obcą, małą, zagubioną i bezradną, gdy wszyscy wokół patrzyli w inną stronę. Bądź silna i bądź zdrowa dla mnie”. Moja babcia zmarła miesiąc później.

Moja babcia widziała przeszłość w prawdzie, a w teraźniejszości żyła zgodnie z samą sobą i na tym fundamencie prawdy budowała swoją i naszą rodzinną przyszłość. Mogę tylko mieć nadzieję, że gdy nadejdzie ten dzień, będę miał w sobie to, co jest potrzebne, abym sam dokonywał właściwych wyborów i umiał odczytywać teraźniejszość w świetle przeszłości w imię przyszłości. Tylko wtedy daje sobie szansę uratowania siebie przed nieustannie krążącym nade mną (i nad nami Polakami) widmem „zniewolonego umysłu”. Podczas gdy przejęte instytucje mogą zostać odbudowane, uwolnienie zniewolonych umysłów i dusz zajmie(uje) zawsze pokolenia. Ponieważ „My Polacy” jesteśmy nie tylko piękni, impulsywni, ale także niedoskonali i sprzeczni i bywaliśmy okrutni, narracja historyczna musi umieć nazwać i ukazać różnorodność, nie tylko naszych wielkich momentów, ale także słabości i ciemnych stron. W końcu to Moja i Nasza Historia. To Moje, Wasze i Nasze mity i czyny. Nie jakichś Obcych „Ich”. To właśnie istota „widzenia przeszłości w prawdzie”.

W Polsce A. D. 2026 r. i dalej ta przestroga i pamięć są cały czas nie do przecenienia i my, Polacy, potrzebujemy jej jak tlenu. Jako wnuk za to właśnie dziękuję mojej babci.

Tomasz Tadeusz Koncewicz*

Powyższy tekst jest Autorską wersją analizy, która w znacznie okrojonej i zmienionej wersji ma zostać opublikowana w Gazecie Wyborczej pod tytułem „Dyskusja o przeszłości pozwala budować przyszłość. Zastąpienie jej jedną narracją tworzy zniewolone umysły”. Publikowana w Monitorze Konstytucyjnym wersja zachowuje oryginalny tytuł.

*Profesor dr hab., absolwent prawa uniwersytetów we Wrocławiu i w Edynburgu, kierownik Katedry Prawa Europejskiego i Komparatystyki Prawniczej na Uniwersytecie Gdańskim; Członek Rady Jean Monnet Fondation pour l’Europe w Lozannie; zasiada w Editorial Board Oxford Encyclopedia of EU Law; Adwokat specjalizujący się w zastępstwie procesowym przed sądami europejskimi, były referendarz w Trybunale Sprawiedliwości UE; w latach 2020 – 2023 członek zespołu doradców przy Marszałku Senatu do spraw kontroli konstytucyjności prawa.

 

 

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 0 / 5. Vote count: 0

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 głosy
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

0 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów