A. Manikowski: Donoszenie zagranicę to mój obywatelski obowiązek.

Cieniom Piotra S.

Od dwu lat po raz pierwszy po odzyskaniu suwerenności w 1989 roku przekazywanie wszelkich informacji za granicę, które nie byłyby jednoznaczną pochwałą dokonań rządzącego w Polsce ugrupowania o przewrotnej nieco nazwie „Prawo i sprawiedliwość” bądź jednoznacznym potępieniem agenturalności i antypolskiego charakteru ćwierćwiecza rządów w Polsce, uznawane jest za haniebną zdradę ojczyzny dokonywaną przez Polaków najłagodniej określanych mianem ludzi drugiej kategorii (wg. polszczyzny Kaczyńskiego: sortu,) a częściej jako zdrajców, targowiczan, zaprzańców i co tam jeszcze brzydkiego propagandyści obecnej władzy potrafią wymyślić.

Stanowi to dla większości Polaków pewien szok. Po latach bowiem niczym nieskrępowanej wolności dowiadują się oni, że żyją w kraju zewsząd osaczonym przez wrogów, że dopiero teraz Polska stała się podnoszącą się z kolan potęgą dotąd pozbawioną godności i pamięci historycznej, którą teraz wreszcie poznają często w postaci bohaterów zapomnianych i pomawianych niesłusznie o udział w tym, co w innych krajach nazywane jest masowymi morderstwami. Miast Armii Krajowej i Państwa Podziemnego na piedestał wynoszeni są Bury, którego ciepło wspominają prawosławni mieszkańcy Podlasia, Ogień – ikona ofiar żydowskich, czy Brygada Świętokrzyska, aliant (ale w słusznej sprawie) wojsk hitlerowskich. Niezrozumiała, a w każdym razie: niezbyt zrozumiała wizja historii ojczystej skłania niektórych Polaków – wątpiących w szczerość zapewnień rządzących o swym uwielbieniu demokracji i niespotykanym w dziejach patriotyzmie – którzy poczuli się tą ekspansją dobra zagrożeni do dzielenia się swymi wątpliwościami także ze znajomymi z zagranicy. Takie postępowanie postrzegane jest przez rządzących jako naganne czy wręcz grzeszne, o czym nierzadko słyszymy także z ambon, ma wszakże w naszej historii długą tradycję i uznawane było dotychczas za cnotę i jeden z ważkich elementów walki z niemieckim faszyzmem, a zwłaszcza z totalitaryzmem komunistycznym.

Trochę historii

Pozwalam sobie więc na przypomnienie tego dawnego donosicielstwa obywatelskiego. Od bez mała sześćdziesięciu do początku lat dziewięćdziesiątych towarzyszył mojemu pokoleniu trzeszczący, gwiżdżący i co i raz zanikający głos spikera co parę bodaj godzin powtarzający następujący komunikat: Listy do nas prosimy wysyłać na jakikolwiek adres znany zagranicą. Wewnątrz listu, powtarzam: wewnątrz listu, a nie na kopercie, prosimy umieścić adres: Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, (numeru ulicy nie pamiętam) Wardour Street, London W1. Komunikat ten znały pewnie całe pokolenia do 1989 roku. Ilu Polaków stało się donosicielami tej „agentury zachodniego imperializmu, rewizjonizmu” i innych potworności, nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy.

Trochę nas musiało zdradzać socjalistyczną ojczyznę, bo inaczej nie tylko świat ale i mieszkańcy Polski nie dowiedzieliby się o tym, co rzeczywiście w Polsce się działo. RWE nie była zresztą jedynym punktem kontaktowym z krajem. Wiadomości o tym, co się działo nad Wisłą, przekazywano do londyńskich: POSK, Instytutu gen. Sikorskiego, Biblioteki Polskiej, Ogniska Polskiego, we Francji do znajdującego się w Maisons Laffitte Instytutu Literackiego Jerzego Giedroycia czy paryskich Biblioteki Polskiej i księgarni Libella Zofii i Kazimierza Romanowiczów. W Rzymie takim miejscem było Centro d’Incontri e Studi Europei i Stanisław Morawski, Polski Instytut Historyczny z prałatem Walerianem Meysztowiczem i prof. Karoliną Lanckorońską, a także – choć mniej oficjalnie – jezuicki Papieski Instytut Studiów Kościelnych. Takich miejsc „antypolskiej dywersji” było więcej – tu ograniczam się tylko do tych, które poznałem osobiście.

Wszystkie te ośrodki i związani z nimi ludzie, których wymienić tu nie sposób, zbierały informacje od ówczesnych sygnalistów o nieprawościach cudownego systemu demokracji socjalistycznej. Nie tylko zbierano je, ale też i przekazywano przybyszom z Polski literaturę, która w kraju była lekturą zakazaną. Wraz z powolnym otwieraniem się PRL na świat i rosnącą liczbą wyjeżdżających na Zachód pojawiła się, wcale nie tak duża, liczba ludzi, którzy ryzykując swoją wolnością i represjami, jakie w wypadku wpadki spotkałyby ich ze strony władz, zdecydowali się, tak jak Władysław Bartoszewski, w sposób systematyczny informować o tym, co się naprawdę działo w kraju, prostując łgarstwa, jakich na co dzień dopuszczała się totalitarna władza poprzez prasę i rzekomo publiczne radio i telewizję. Czym skończyć się mogło bycie sygnalistą czy kurierem nielegalnej literatury, świadczą kilkuletnie wyroki w tzw. procesie taterników, choć ofiar represji za kontakty z zachodem było znacznie więcej. W sposób naturalny funkcje ówczesnych sygnalistów pełniły środowiska uniwersyteckie i artystyczne, a także poprzez swe kontakty i wyjazdy zagraniczne duchowni Kościoła katolickiego.

Piszę o tym dlatego, że współcześni Polacy zdają się zapominać, czym było życie w kraju, w którym władza kontrolowała wszystkie niemal dziedziny życia i zastraszała ludzi. Symbolicznym tego przykładem był zwyczaj przekazywania informacji zagrażających rozmówcom przy otwartym kranie w łazience albo wychodzenia z domu na otwartą przestrzeń, kiedy chciało się przekazać cos rzeczywiście ważnego, za co mogły grozić komuś represje. Istniał też nawyk niemówienia wszystkiego głośno czy przerywania przy pojawieniu się osób niedarzonych nadmiernym zaufaniem. Przypominam o tym, bo coraz częściej zaczynamy się spotykać z takimi zachowaniami dzisiaj.

Wiadomości przekazywane przez sygnalistów za granicę odnosiły co najmniej dwojaki skutek. Po pierwsze: był to często jedyny sposób w jaki – tak pogardzany przez współczesne władze Polski – Zachód dowiadywał się o nieprawościach władzy, powstaniu skierowanej przeciwko niej opozycji demokratycznej i jej działaniach. To „zachodnim” reakcjom na wydarzenia w Polsce zawdzięczaliśmy wymuszanie pewnego ograniczenia represji wobec opozycji. To dzięki „donosicielom” świat dowiadywał się prawdy o wydarzeniach lat 1968, 1970, 1976 i lat osiemdziesiątych, to dzięki nim poznawał ofiary tych wydarzeń i rozmiary prześladowań. Po drugie, tą drogą za pośrednictwem RWE, innych rozgłośni czy tak jak dziś opanowanej przez obcy, zwłaszcza niemiecki i amerykański kapitał prasy świat dowiadywał się prawdy o tym, co się dzieje w Polsce.

Przecież ówczesne media publiczne: gazety, radio i telewizja nie informowały o tym, że wystąpienia studenckie 68 miały ogólnopolski charakter, że podobnie było z robotniczymi wystąpieniami lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Sądzę, że gdyby nie ryzyko podejmowane przez ówczesnych sygnalistów, donoszących do „wrogich Polsce zachodnich ośrodków imperialistycznej dywersji”, inaczej pewnie by wyglądała historia nie tylko opozycji, ale całej Polski, narastania w niej oporu społecznego przeciw totalitarnej władzy i odzyskanej w 1989 (a nie w 2018!) roku wolności. Mniejsze możliwości działania mieliby Karol Modzelewski i Jacek Kuroń, Seweryn Blumsztajn, Antoni Macierewicz i Adam Michnik, bardziej utrudniony byłby obieg informacyjny prasy podziemnej, mniejsze szanse powstania miałyby wydawnictwa drugoobiegowe kierowane przez Mirosława Chojeckiego i innych wydawców, bardziej ograniczone – jeśli w ogóle możliwe – byłyby szanse zaistnienia KOR, mniejsze też byłyby zapewne jego wpływy i zasięg robotniczego oporu, znacznie surowsze i bardziej krwawe byłyby też zapewne represje wobec oporu społecznego.

Każdy bowiem totalitaryzm dławi bezwzględnie wolność, dopóki nie napotka na skuteczny i trwały sprzeciw.

Dzisiaj

W Polsce AD 2018 roku powoli wprawdzie, ale konsekwentnie wracamy do czasów reżimu komunistycznego. Atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, coraz mniej przyjemnie wokół pachnie, coraz trudniej jest oddychać. Ludzie zachowują się coraz częściej tak, jak za czasów późnego Gierka czy stanu wojennego. Coraz częściej pytani o bezczynność odpowiadają: „ale ja mam żonę i dzieci”, „mam kredyt do spłacenia”, „boję się skarbówki”. No i pewnie mają rację, bo czyż rodzina nie jest dobrem najwyższym, czy kredytu nie trzeba spłacić, czy przedsiębiorca nie zdaje sobie sprawy, ze nasłana przez władzę kontrola potrafi – choćby był najuczciwszy – doprowadzić go do upadłości? Te zachowania są zrozumiałe, ale też prowadzą wprost do życia w atmosferze jeszcze większego zaduchu, beznadziei i apatii, na który poprzez bierność, oportunizm i zaniechanie skazujemy nie tylko siebie, ale i swoje dzieci. Wreszcie – i to trzeba podkreślać ze szczególną stanowczością – orwellowski świat, jaki gotują nam rządzący obecnie naszym krajem, prowadzi nieuchronne do życia w stanie ciągłego zakłamania, wyzbycia się wszelkich zasad moralnych i – last but not least – akceptacji jako zasady władzy wszechogarniającej głupoty.

Nie ma co się łudzić: w Polsce mamy do czynienia z rozwijającym się faszyzmem. I nie ma się tu co uciekać w eufemizmy, że to, co się dzieje u nas, „posiada znamiona” autorytaryzmu czy totalitaryzmu, nie ma sensu się tu co bawić w finezyjne diagnozy. Nawet jeśli jeszcze dziś nie biją i nie zamykają do więzień, to rychło to nastąpi wraz z podporządkowaniem wedle norm wojskowej dyscypliny sądów i prokuratury Partii rządzącej, wraz z coraz bardziej częstym wykorzystywaniem policji do siłowego pacyfikowania opozycji, wraz z zamykaniem bądź wasalizowaniem niezależnych mediów, wraz z nadaniem wygłaszanych przez „wodzów” narodu choćby najbardziej bzdurnych i szalonych wizji rangi jedynie słusznych nakazów o niemalże ewangelicznym charakterze.

To żadne czarnowidztwo, ale realna ocena zachodzących w Polsce od dwu ponad lat zmian. Z jednej strony wszyscy w mniejszym lub większym stopniu odczuwamy ograniczanie wolności i swobód demokratycznych, a z drugiej strony mamy do czynienia z eksplozją propagandy autorytarnej władzy, ograniczaniem swobód pokrywanych jakby odwrotnie proporcjonalnie rosnącym wrzaskiem o ekspansji wolności i niesłychanej wręcz demokracji w Polsce. Ludzie mojego pokolenia doskonale pamiętają to z czasów komunizmu – systemy prawdziwie demokratyczne i społeczeństwa są wolne od tego wrzasku i zapewnień o wolności nie potrzebują: one w niej żyją.

Władza

Reżim rządzący w Polsce oparty jest od początku na kłamstwie. Towarzyszyła mu wizja Polski w ruinie fotografowanej na tle gruzów Nowej Soli, będącej jednym z najlepiej rozwijających się miast kraju. Kłamstwem był demonstrowany w grubej niebieskiej teczce program PARTII kierowniczej siły NARODU, składający się zapewne z dwóch cegieł – pustaków owiniętych w biały papier, kłamstwem okazał się obiecywany skład rządu i zaklinanie się, że władza reprezentować będzie interesy wszystkich Polaków, kłamstwem wreszcie jest wizja rzekomego zamachu smoleńskiego uświęcana ze szkodą dla prawdy i rozumu przez Kościół.

Drugim filarem obecnych rządów jest imponujący wzrost ciasnoty umysłowej elit rządzących porównywalny, albo wręcz przerastający podobne zjawisko w czasach rządów komunistycznych. Ma to swoje uzasadnienie w procesie kształtowania nowych elit. To, że ich dobór ma zawsze charakter selekcji negatywnej, jest rzeczą dla nas wszystkich oczywistą. Kariery polityczne wiążą się nieuchronne z łamaniem norm etycznych, moralnych i prawnych także w systemach demokratycznych. W nich jednak podlegają kontroli społecznej i możliwości osądzania łamania ich zasad przez wolne sądy i swoisty pręgierz, jaki stanowi wyrażana przez wolne media opinia publiczna, jakkolwiek krytyczni byśmy wobec tak sądów, jak i mediów byli.

W systemach autorytarnych natomiast margines wolności w łamaniu prawa i zasad moralnych przez robiących kariery bezwzględnych i pozbawionych jakichkolwiek zasad polityków jest daleko większy, podobnie jak i ich bezkarność. Najgorzej rzecz się ma natomiast w autorytaryzmach o charakterze wodzowskim i to – niestety – jest przypadek Polski AD 2018. W systemach tych kariery polityczne ludzi sprawujących władzę opierają się na selekcji negatywnej tak pod względem moralnym, jak i intelektualnym. W tych systemach przywódca (lider?) decyduje o wszystkim, mając do podwładnych równie ograniczone zaufanie i szacunek. Ale też i podwładni, bezwzględnie podporządkowani, tracąc samodzielność i odwagę boją się podejmować choćby najprostsze decyzje.

Ten brak samodzielności i mizeria intelektualno–moralna stała się swego czasu udziałem ze znanym skutkiem autorytaryzmów naszych wschodnich i zachodnich sąsiadów. A wszystko to stało się możliwe przy przekształceniu niezależnego wymiaru sprawiedliwości w podporządkowane władzy marionetki, a media w tubę propagandową reżimu. To jeszcze się nie stało, ale droga do tej totalitarno–faszystowskiej pełni szczęścia już nie jest zbyt daleka.

Styl rządzenia

Powoli coraz bardziej zaczynamy ulegać „czarowi” dość przecie prymitywnej propagandy władzy, bać się albo tylko obojętnieć na dokonywane przez nią nieprawości.

Weźmy na przykład rujnowanie przez partię rządzącą sądy i sprawiedliwość. Od dwu lat z podziwu godną konsekwencją niemal dzień w dzień na czołówkach gazet, ekranach telewizyjnych czy w sali sejmowej słyszymy anegdotki o sędzim na telefon, sędzinie kleptomance kradnącej jeansy, kimś innym kradnącym kiełbasę czy jeżdżącym po pijanemu. Wszystko to są naganne, ale niezwykle rzadkie przypadki.

Logika tej wywodzącej się jeszcze z geniuszu hitlerowskiego stratega propagandy polega na przekonaniu, że największa nawet błahostka wbijana do głów systematycznie i często objawia się niemal jako zbrodnia przeciw ludzkości. No i teraz nawet ludzie zdawałoby się światli i przyzwoici jak kretyni powtarzają pisowskie credo :”zgadzam się, że reforma sądów jest rzeczą konieczną”.

Ku mojemu zdumieniu zdarza się to nawet wybitnym prawnikom. A przecież partii rządzącej o nic innego nie chodziło, tylko żeby wizerunek sędziego zohydzić, a samych sędziów zastraszyć i sterroryzować czyniąc z trzydziesto– czterdziestolatków spadkobierców stalinowskiego (sic!) aparatu represji. No i będziemy mieli za parę miesięcy sądy powoływane z rozkazu ministra Ziobry lub innego partyjnego nominata z sędziami na gwizdek a nie na telefon, o podobnym do obecnych ministrów w resorcie sprawiedliwości poziomie wiedzy prawniczej.

Takiej władzy absolutnej w wymiarze sprawiedliwości nie miał nawet faszyzm czy komunizm. I to dzieło maestrii prawniczej nazywa się demokracją! Jeszcze tę „sądową demokrację” jak przysłowiowy ruski miesiąc wszyscy popamiętamy.

Wyobraźmy sobie teraz, że z jakichś tam względów na celu rządowych propagandystów znajdą się – dlaczegóż by nie? – księża. I oto prasa, radio, telewizja, sejm, senat i co tam jeszcze pełne są dyskusji o zbrodni pedofilii wśród księży, tyleż tragicznej, co zapewne zupełnie marginalnej. Ale zaręczam, że po dwu latach takiej bezwzględnej tłuczki propagandowej Kościół poprze wszystkie zachcianki władz, która wszak zawsze może zacząć używać wiecznie popularnego hasła, ze Kościół jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Skutkować to może też kryzysem Kościoła i dramatycznym spadkiem powołań.

I przypadek inny. Z lekarzami nie jest władzy po drodze. No to przez dwa lata czytamy, jak to lekarze biorą, upijają się w pracy, a czasem wręcz zabijają pacjentów. Tego przykładu nie ma sensu szerzej omawiać. Jego skuteczność poznaliśmy już – szczęśliwie w krótszym wymiarze czasowym – za czasów pierwszego ministerium Zbigniewa Ziobro. Tyle że teraz skuteczność tej propagandy skutkować będzie wzmożoną emigracją lekarzy za granicę i paraliżem służby zdrowia. Ale – dlaczegóż by nie?

Trawestując klasyka: władza się zawsze sama wyleczy.

Wymyślony zamach

Z tą nierzeczywistą, zakłamaną propagandą trzeba bezwzględnie walczyć, poczynając od kłamstwa pierworodnego, czyli mitu wybuchu na pokładzie prezydenckiego tupolewa.

Jako człowiek współczuję Jarosławowi Kaczyńskiemu utraty brata. W pełni rozumiem jego ból i związany z tą śmiercią ogrom wyrzutów sumienia. Współczuję też wszystkim, którzy utracili w tej katastrofie najbliższych. Ale ból po stracie nie może stać się rodzajem religii państwowej, którego centrum ma być comiesięczne dochodzenie prawdy. Żałoba jednak jest sprawą osobistą, a nie kultem państwowym sui generis, z niejasnych dla rozumu pobudek wspieranych przez hierarchię Kościoła.

Przypominam, że owe miesięcznice wcale nie zaczęły się po katastrofie, a impuls do nich dał Jarosław Kaczyński z pobudki politycznej, jaką była klęska w wyborach prezydenckich. Wymyślono więc koncepcję wybuchu, stworzono komisję ekspercką złożoną z absolutnych dyletantów w dziedzinie katastrof lotniczych – tylko po to, by mamić przez lata mitem zamachu bombowego, którego ofiarami stali się najważniejsi ludzie w państwie łącznie z kompletem dowódców armii polskiej. Tylko że jak dotychczas mimo imponującej akcji propagandowej dowodów na zamach żadnych nie znaleziono, otumaniono za to skutecznie znaczną część społeczeństwa. Niezbędnym elementem powrotu do normalności powinno być bezwzględne odsunięcie religii smoleńskiej jako elementu funkcjonowania państwa, stan obecny zagraża bowiem istnieniu w Polsce demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego.

Grzechy i przestępstwa rządzących

Myślę, że rozmiar nieprawości państwa w ciągu ostatnich dwu lat osiągnął takie rozmiary, że informowanie o nim i imiennie o jego sprawcach świata staje się naszym obowiązkiem. A więc po kolei:

  1. Zniszczenie niezależnej władzy sądowniczej, za co odpowiedzialne jest kierownictwo ministerstwa sprawiedliwości, a konkretnie panowie Zbigniew Ziobro, Patryk Jaki, Łukasz Piebiak, Michał Woś, Marcin Warchoł, Michał Wójcik jako grupa inspirującą, sprawdzony towarzysz prokurator Stanisław Piotrowicz jako promotor łamania konstytucji w sejmie i członkowie komisji sprawiedliwości głosujący pod dyktando tegoż. Nazwiska wszystkich tych osób, a zwłaszcza tych cichych klakierów z ław poselskich i foteli senatorskich należy nieustannie podawać do publicznej wiadomości.
  2. Zniszczenie racjonalnie rozwijającej się reformy szkolnej i bezmyślne wprowadzenie w jej miejsce czegoś mieniącego się szkołą patriotyczną i narodową. W tym wypadku należy podać do publicznej wiadomości pełną listę twórców tych zmian w myśl zasady, że prawda obroni się sama.
  3. Świadome niszczenie struktur ministerstwa spraw zagranicznych, obsadzanie placówek dyplomatycznych grupą profesjonalnych półanalfabetów i w konsekwencji doprowadzenia do izolacji Polski na arenie międzynarodowej i skłócenia jej z najważniejszymi sojusznikami.
  4. Świadome działania na szkodę kultury narodowej.
    Tu nieco dłuższa dygresja, bo to temat mi bliższy. Tak się składa, że trzy osoby z kierownictwa ministerstwa kultury miałem okazję poznać bliżej. Wandę Zwinogrodzką poznałem w 1988 roku, jako młodą, pełną zapału asystentkę na warszawskiej PWST, Piotr Gliński był moim zawsze ciut zgorzkniałym i pełnym rezerwy kolegą z Rady Wydziału Historyczno–Socjologicznego Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, a Magdalena Gawin moją podwładną w Instytucie Historii PAN, osobą tryskającą energią o uznanej pozycji naukowej. Wszyscy oni wydawali się osobami normalnymi, po inteligencku zdystansowanymi wobec otaczającej nas rzeczywistości. I dlatego z trudem przychodzi zrozumieć mi, w jaki sposób Wanda Zwinogrodzka zgodziła się być grabarzem wrocławskiego Teatru Polskiego i Starego Teatru w Krakowie. Nie rozumiem też, dlaczego pani Magdalena Gawin zgodziła się na bycie patronem demontażu i polityzacji służb konserwatorskich, a Piotr Gliński podjął się roli grabarza Muzeum II Wojny. To ostatnie boli mnie najbardziej jako Polaka i historyka.

Gdańskie muzeum (w wersji oryginalnej oczywiście) jest bez wątpienia jednym z największych i najważniejszych osiągnięć polskich w kulturze ostatniego ćwierćwiecza. Jest, a właściwie było, bo od prawie roku stało się obiektem barbarzyńskiej destrukcji. To, co z polecenia Ministra Kultury wyczynia nowa dyrekcja, jako żywo przypomina mi proroczą scenę demontażu wystawy Katarzyny Kobro z Powidoków Andrzeja Wajdy, albo utrwalone w tylu przekazach literackich zachowanie bolszewików w magnackich pałacach.
Oficjalnie nazywa się to właściwym przedstawieniem polskiego punktu widzenia, a w rzeczywistości oddaje
ułomność intelektualną nowego kierownictwa, które jest w stanie zaproponować rzekomo rewolucyjne zmiany. Mają być nimi wymiana wkomponowanego w ekspozycję filmu na IPN–owski slapstick, wyciągnięcie Ireny Sendlerowej zza legendarnej rury, powiększenie do słusznych rozmiarów wizerunku rotmistrza Pileckiego, wreszcie przedstawienie (fragmentarycznego oczywiście) wizerunku ojca Maksymiliana Kolbe, a wszystko to ma być uwiecznione gigantycznym masztem z biało–czerwonym sztandarem (zapewne nie zapominając o dziesiątkach biało–czerwonych flag mniejszego rozmiaru).
Do tego usuwa się z rady naukowej Muzeum Normana Daviesa i Timothy Snydera pod pretekstem ukończenia części międzynarodowej ekspozycji, zapominając, że mamy tu do czynienia z jednymi z najbardziej uznanych znawców historii Polski nie tylko za granicą, ale także nad Wisłą . Obaj ci uczeni przerastają o głowę swoją renomą i dorobkiem reprezentujących słuszny, narodowy punkt widzenia badaczy z obecnej dyrekcji gdańskiego muzeum i negatywnych recenzentów jego ekspozycji. Można tylko zadać pytanie,
w imię czego niszczy się oryginalny dorobek i wieloletni trud kilkudziesięciu polskich historyków? Czy jest to przejaw świadomego totalitarnego barbarzyństwa wprowadzającego wszędzie realizm narodowy (tak jak ongiś wprowadzano na siłę realizm socjalistyczny) czy tylko ludzkiej głupoty? Sam nie wiem co gorsze.

  1. Wreszcie ministerstwo obrony narodowej, które pod wodzą mojego niegdyśniejszego kolegi seminaryjnego przekształciło się w ministerstwo szaleństwa i niespełnionych obietnic (tysiące dronów na polskim niebie, helikoptery, które są – a jakby ich nie było, słomiany ogień polskiej husarii czy komendant garnizonu warszawskiego, którego głównym zadaniem jest pilnowanie popiersia za szybą, itd., itd….) . Tu szczęśliwie szaleństwo już minęło.

I tak można bez końca….

Terapia

Powie ktoś, że przesadzam, że przecież aż tak źle nie jest. Odezwą się moi ukochani symetryści, że wszak to poseł Kropiwnicki czy jakiś inny z Platformy usiłował lewych sędziów do Trybunału Konstytucyjnego przeszwarcować. Te subtelności nic mnie nie obchodzą i są dowodem lenistwa intelektualnego (mam nadzieję, że tylko) osób je głoszących.

To, co się dzieje w Polsce, jest rzeczą zbyt poważną, by traktować ją jako tak uwielbiany przez patriotycznych polityków przekaz dnia, jałowo „międlony” przez dziennikarzy. Tu chodzi dosłownie o los nasz, a zwłaszcza naszych potomków. Historia wprawdzie jest kiepską nauczycielką życia, ale może warto czasem niektóre z jej nieudanych lekcji przypomnieć.

W 1933 roku w wyniku demokratycznych wyborów za naszą ówczesną zachodnią granicą doszła do władzy partia faszystowska. Natrafiła ona na dogodną koniunkturę gospodarczą, zdławiła galopującą inflację, zredukowała bezrobocie i zbudowała autostrady, podniosła z kolan poniżany jakoby naród niemiecki. Ale też zlikwidowała wszelkie swobody demokratyczne (sądy, media, wolność słowa i zgromadzeń, poza cyklicznymi zgromadzeniami faszystowskimi). Owocem tego „zbiegu okoliczności” stał się jeden z najkrwawszych konfliktów w dziejach, którego owocem było całkowite niemal wymordowanie Żydów europejskich, wielomilionowe straty ludzkie na Zachodzie, a zwłaszcza na Wschodzie Europy i na innych kontynentach i wyniszczenie samych Niemiec.

Skończyło się to wszystko 12–13 lat później w 1945 roku. Dziś aż trudno sobie wyobrazić, że ta makabra trwała tak krótko. 12 lat ledwie na „powstanie z kolan” jednego z najważniejszych narodów europejskich, jego klęskę i niemalże zagładę. Dwanaście lat, których następne dwa pokolenia musiały wstydzić się słusznie własnej przeszłości narodu morderców i czekać, by inne narody zaczęły ich traktować jak partnerów. To jest cena, jaką każdy zapłaci za faszyzm czy jakikolwiek autorytaryzm.

Wiem, że jest to lekcja historii odległa (szczęśliwie: jeszcze ) od współczesności. Twierdzę jednak, że system polityczny, działający w warunkach niezależnej od niego, ale korzystnej koniunktury gospodarczej, sprzyja rozwojowi faszyzmu, jakkolwiek go nazwać. Wszystkim wielbicielom tzw. polityki historycznej, która zawsze jest de facto ogłupianiem społeczeństwa przez sfanatyzowanych – a częściej cynicznych – niedouków, przypominam co następuje. Faszyzm (komunizm, autorytaryzm…..) nie musi być brunatny, czarny czy czerwony. On spokojnie może być BIAŁO–CZERWONY. Przypominam też, zwłaszcza tym przekonanym o wyjątkowości polskiej historii, że nigdzie w Piśmie nie jest napisane, że POLSKA JEST CHRYSTUSEM NARODÓW…..

Nie jestem histerykiem: ktoś po prostu musi zacząć. Człowiek, do którego odwołuję się: PIOTR S. dla tych celów poświęcił swoje życie, z rozmysłem i przemyślanym przesłaniem dla nas. O tej ofierze Polacy nie powinni zapominać, albo wręcz uważać, ze stało się coś złego. Rządzący Polską ludzie skłonni są ją zniszczyć, jeśli tylko pomoże to im utrzymać władzę. To bredzenie o wyjątkowej polskiej historii, o zagrażających jej przynoszących „pierwotniaki i pasożyty” uchodźcach ( których nikt nie widział) i w gruncie rzeczy nic więcej, to cały bagaż intelektualny, który przekazać są nam w stanie Kaczyński i jego towarzysze. I nic więcej, poza powtarzanym jak katarynka twierdzeniem o dochodzeniu do prawdy i bycia dumnym z przynależności do lepszej i wyjątkowej, pierwszo–sortowej części pospólstwa zamieszkującego Polskę. I to wszystko? Mało jak na ten rzekomo wybrany naród!

Powtarzam słowa męczeńskich ofiar – dzieci w gruncie rzeczy – z niemieckiej organizacji Białej Róży:

Każdy naród zasługuje na taki rząd, jaki toleruje,

Nie można podejmować dialogu z nazizmem. Od swojego zarania opierał się na oszukiwaniu i zdradzaniu bliźniego

Każde słowo Hitlera to kłamstwo: Kiedy mówi pokój, myśli wojna, kiedy wzywa Opatrzność przemawia przezeń Szatan….

Tak pisali w 1943 roku Sophia Scholl i jej przyjaciele. Tyle że nawet wtedy nikt im ze strachu albo przekonania wierzyć nie chciał.

W okowach głupoty?

50 lat temu w Warszawie doszło do spontanicznych albo też spontanicznie inspirowanych wystąpień studentów przeciw władzy. Wbrew temu, co dziś usiłuje nam wmawiać premier Morawiecki i wykształcony przez komunistów koryfeusz wiedzy, senator Jan Żaryn (obaj historycy z wykształcenia), buntujący się studenci chcieli pertraktować z tym okupacyjnym reżimem. Chodziło nam wówczas o tak banalne rzeczy jak ograniczenie (nawet nie likwidacja) cenzury, wolność zgromadzeń i słowa. Słowem o te zdobycze demokratycznego społeczeństwa, których PiS chce nas pozbawić. Żeby kontrakcja komunistów była bardziej skuteczna, uruchomiono akcję polowania na żydów (syjonistów) jako sprawców wszelkiego zła. Efekt był piorunujący. Wielotysięczne wiece poparcia dla Gomułki, Moczara i innych towarzyszy okazały się rzeczą tyleż spontaniczną, co organizowaną, a może nawet bardziej spontaniczną…? Pojawiła się imponująca liczba ekspertów znających się na żydach (rozporkowych, antropologicznych, filologicznych i genealogicznych). Do dziś nie rozumiem przesłanek tego fenomenu, który dokonywał się w kraju mniejszości żydowskiej de facto pozbawionym.

I oto po pół wieku ten koszmar absurdalnego antysemityzmu powrócił za sprawą, mówiąc najdelikatniej, kretyńsko–idiotycznej ustawy o IPN, mającej chronić dobre imię narodu polskiego (jakby ktokolwiek je atakował). Powrócił, i to z jakim powodzeniem. Nie chce mi się o tym pisać: ale to, co się dzieje obecnie, dorównuje, a nawet przewyższa tzw. propagandę moczarowską schyłku lat sześćdziesiątych. Szuka się „przodków”, agenturalnych powiązań z zagranicą, wreszcie, jak za dawnych dobrych lat, dochodzi się do prawdy objawionej, że w gruncie rzeczy w czasie holokaustu najwięcej krzywd wyrządzili sobie żydzi. I z zażenowaniem można tylko stwierdzić, że tym absurdom patronują polscy politycy z premierem rządu na czele. (Nota bene: za czasów moczarowskiej komuny artyści typu Wolskiego i Ziemkiewicza dworujący sobie, jak to żydzi samych siebie do komór gazowych wyprawiali, następnego dnia zniknęliby z ekranu. Sam pamiętam, jak usunięto (z fonii) gościa, który dworował sobie, że nie będą nami rządziły Michniki, Blumsztajny i inne Sztajny).

Nie rozumiem tylko, po co to wszystko. Po co burzyć tak brutalnie całe to porozumienie, jakie przez ostatnie dziesiątki lat zostało wypracowane? Czyżby geniuszowi osadzonemu na Nowogrodzkiej chodziło o powiększenie elektoratu? Za taką cenę? Innym wyjaśnieniem, równie przerażającym, jest to, że cały ten antysemicki i antyukraiński idiotyzm jest rezultatem zwykłej, prozaicznej głupoty. Jakkolwiek by było, Polacy na to przyzwolenia dać nie mogą.

Panie Pośle Kaczyński – zwracam się do Pana poza wszelkim trybem:

Być może Bóg litościwy i zakłamywana historia Panu kiedyś wybaczą. Ja, mimo całego swego miłosierdzia, zniszczenia demokracji w mojej ojczyźnie i świadomego rozbudzenia demonów antysemityzmu i wszelkiej innej nienawiści do ludzi obcych językiem i wyznaniem darować nie potrafię! I nie tylko ja!

I wreszcie jeszcze jedno. List ten kieruję do wszystkich współobywateli. Nie ma bowiem – jak wzorem faszystów chce dzielić Jarosław Kaczyński – dwóch kategorii Polaków. To prawda – przyznaję się do jednego – nie jest dla mnie partnerem do rozmowy wódz PiS i jego kamaryla. Ale poza tym, wszyscy możemy ze sobą rozmawiać. Warunki wstępne, to akceptacja prawd, że Ziemia jest okrągła, że dwa i dwa daje zawsze cztery i że białe jest białe, a czarne jest czarne i może jeszcze nieśmiało, że prawo zawsze prawo znaczy a sprawiedliwość, sprawiedliwość. Każdy, kto przyjmie te stwierdzenia za prawdziwe nie pytając się o oceny z Nowogrodzkiej czy z innych central partyjnych, niezależnie od sympatii politycznych może czuć się uczestnikiem dialogu.

Rozum i normalność musimy sobie sami wywalczyć. Dziś jeszcze nie wymaga to nadmiaru odwagi. Ot, co najwyżej możemy dostać się pod buty patriotycznej młodzieży, jak to miało miejsce 11 listopada 2017 roku na parafaszystowskiej manifestacji nazywającej się Marszem Niepodległości. Możemy zostać splugawieni i opluci przez dzielnych siepaczy Międlara i Rybaka we Wrocławiu. Ale też – na razie na niby – możemy zostać powieszeni przez prawdziwych patriotów . A to już jest sygnał, że walka o rozum i prawdę wymagać będzie coraz większej odwagi.

Wypada więc tu podziękować za nią naszym europosłankom, paniom Danucie Jazłowieckiej, Róży Thun, Julii Piterze, Barbarze Kudryckiej, Danucie Huebner i panu Michałowi Boniemu za głosowanie za dobrze rozumianym interesem naszej ojczyzny, zaś panu komisarzowi Franzowi Timmermansowi za mądrą obronę prawdziwych, a nie lukrowanych interesów Polski i Polaków. Sądząc po ilości pomyj, jakie wylała na nich pisowska władza i jej apologeci, racja była po ich stronie. A my wszyscy, jeśli chcemy żyć w wolności, demokracji i oddychać świeżym powietrzem, musimy zdobyć się na odwagę i pamiętać o mądrym apelu Piotra S. i jego poświeceniu dla ojczyzny.

A ulica i zagranica to nienajgorsze miejsca zademonstrowania naszego patriotyzmu.

Adam Manikowski

* Autor był dyrektorem Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk oraz profesorem Uniwersytetu w Białymstoku

Studio Opinii

Ocena Czytelników
[Razem: 5 Średnio: 4.2]
Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Możesz komentować z użyciem konta WordPress.com, Twittera, Facebooka, lub Google+.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o