Andrzej Koraszewski: Od sierpnia 1980 do sierpnia 2022

5
(1)

Sierpień – 42 lata od porozumień sierpniowych. Dla młodego pokolenia to już prehistoria. Zaledwie dziewięć lat później można było powiedzieć publicznie: „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Jedni byli przekonani, że zaczyna się demokracja; inni, że zaczyna się kapitalizm. O jednym i drugim mieliśmy skromną wiedzę teoretyczną i żadnego doświadczenia. Tak więc jedni zaczęli walczyć o wartości chrześcijańskie, inni krzyknęli, że pierwszy milion trzeba ukraść. Marzenie większości bodaj najlepiej oddał autor jakiegoś skeczu: „W luksusie kąpać się nareszcie jak Mongoł w spienionym kumysie”.

Co w praktyce oznaczał koniec komunizmu?

Mieszkałem wtedy w Szwecji, mniej więcej na rok przed porozumieniami sierpniowymi w Polsce znajoma, świetna prawniczka szwedzka, po kilkunastu latach pracy w sektorze państwowym postanowiła przejść do przemysłu prywatnego. Jej znakomite CV nie robiło na nikim wrażenia, raz za razem dostawała na swoje podania uprzejmą odmowę. Wreszcie stary przyjaciel, który zawsze pracował w firmach prywatnych, zdradził jej tajemnicę, że w prywatnym biznesie istnieje przekonanie, iż człowiek, który przepracował kilka lat w państwowej firmie, jest nieodwracalnie zdemoralizowany. Nie nauczy się już myśleć w kategoriach zysku przez wzrost wydajności i zadowolenie klienta, zastanawia się nad tym, kto daje pieniądze i jak na nich położyć rękę. Miałem wrażenie, że ja, przybysz z komunistycznego kraju, rozumiem, o co chodzi lepiej niż nasi szwedzcy znajomi. Jeszcze wcześniej czytałem wyniki badań nad losami różnych grup imigrantów. Polacy (emigracja 1968) i Wietnamczycy poradzili sobie najlepiej. Polacy zdobyli najwięcej posad w sektorze publicznym, Wietnamczycy założyli najwięcej małych przedsiębiorstw.

Okres między Porozumieniami Sierpniowymi a 4 czerwca 1989 był okresem solidarności pod ciśnieniem, uczenia się współpracy i wzajemnego zaufania, dla wielu okres najwspanialszy w życiu, dla niektórych tragedia załamania się pod presją czasem tylko psychiczną, czasem fizyczną.

Czy był to okres przygotowywania się do budowania państwa od zera? Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie, raczej szukano drogi do kompromisu, do poszerzenia sfery wolności, do „finlandyzacji Polski”. Nadal upadek komunizmu w Polsce i załamanie się ZSRR były czymś niewyobrażalnym.

Porozumienia sierpniowe uznawały zaledwie prawo pracowników do zakładania niezależnych związków zawodowych. W kraju rządzonym przez „partię robotników i chłopów” robotnicy i chłopi domagali się prawa do związkowej obrony przed Partią. Odwaga protestu, gotowość narażania się w imię żądania poszerzenia wolności była czymś wspaniałym, zatykającym dech w piersiach, ale nie sięgała do pytań, jak budować demokrację w państwie, ani jak przejść od komunizmu do kapitalizmu. Klęska komunistów 4 czerwca była zaskoczeniem dla wszystkich.

Czy my, odchodzący, powinniśmy być zrozpaczeni, że nasze marzenia legły w gruzach, a zwycięstwo zostało zniszczone przez PiS?

Powodów do goryczy jest wiele, spróbujmy spojrzeć na to wszystko inaczej. Od Porozumień Sierpniowych minęły tylko 42 lata, wyjaśnianie młodym ludziom, jak wyglądała ta Polska 42 lata temu, to niemal beznadziejna sprawa. W tym czasie dokonał się skok cywilizacyjny największy w dotychczasowej tysiącletniej historii Polski. Tamten świat jest dla młodego pokolenia po prostu niewyobrażalny. (To prawda, Chińczycy w tym samym czasie skoczyli jeszcze dalej, ale na szczytach mają dziś jeszcze gorszą zarazę niż PiS.)

Możemy mieć pretensje do siebie i do innych. Nasz kapitalizm zaczynał się od ulicznych straganów i rozdrapywania prywatyzowanej własności państwowej przez cwaniaków. Nasza demokracja zaczynała się od obsadzania stanowisk państwowych i samorządowych kolegami. Czy mogło być inaczej? Jan Lityński we wrześniu 1989 powiedział mi z goryczą, że solidarność się skończyła, teraz wszyscy skoczą sobie do gardeł. Leszek Balcerowicz zdawał sobie sprawę, że trzeba przestawić gospodarkę na nowe tory tak szybko, jak to możliwe, bez względu na nieuniknione błędy. Czy miał rację? Może gdzieś ukrywał się mędrzec, który zrobiłby to lepiej, ale to Balcerowicz był strategiem i podstawowe zmiany zostały przeprowadzone zanim bracia Kaczyńscy z pomocą Wałęsy rozwalili pierwszy rząd powołany po upadku komunizmu.

Nadzieja na przejście z piekła do raju w miesiąc, czy nawet rok nie mogła się utrzymać, gwałtowne przetasowania struktury zamożności wzmacniały uzasadnione i nieuzasadnione podejrzenia, że zamiast demokracji mamy nepotyzm, a zamiast kapitalizmu orgię cwaniactwa. To zdecydowanie nie była cała prawda, ale miała solidne podstawy. Budowa sceny politycznej bazowała na fundamencie niezadowolenia, bez zdolności określania celów i szukania strategii ich realizacji. Wspaniały przywódca związkowy okazał się fatalnym prezydentem, całkowicie niezdolnym do zrozumienia, o co może chodzić z tą demokracją; były komunistyczny polityk okazał się najlepszym z dotychczasowych prezydentów, nie tylko rozumiejącym, że rola prezydenta ma swoje ograniczenia, ale również to, że prezydent nie realizuje zadań jednej partii, ale jest strażnikiem parlamentaryzmu.

Andrzej Celiński zachwycił mnie kiedyś swoją książką Ja już wygrałem, w której pisał:

Chcę pokazać polskim politykom, że konieczna jest koncentracja uwagi na społecznościach lokalnych w Polsce, konieczne jest tworzenie instytucji, zwła­szcza finansowych, wspomagających rozwój przedsiębiorczości. Chcę uzyskać dowód, że Polacy są już najzupełniej normalnym, nowoczesnym narodem, który od polityków oczekuje pracy konkretnej, odnoszącej się do określonych interesów społecznych, a nie chodzenia po chmurach kolejnych systemów ideologicznych.

Książka wyszła w 1991 r. Co w kilka lat później robił na stanowisku ministra kultury w rządzie Millera? Celiński jest o dziesięć lat młodszy ode mnie, ale meandry jego życiorysu są opowieścią o sukcesie i przegranej naszego pokolenia. 42 lata temu, zaraz po sierpniu kierował zespołem Wałęsy. Jako płocki polityk wydawał mi się jednym z tych, którzy najlepiej wyczuwają drogę do prawdziwej demokracji i uczciwego kapitalizmu.

Nadal patrzyłem na to wszystko z oddalenia, tym razem z Londynu, bez wpływu na cokolwiek i bez poczucia szamotania się w mazi. A jednak zmieniało się, mimo Matki Boskiej w klapie, mimo nadmiernej miłości do Ojca Świętego i mimo powszechnego przekonania, że ktokolwiek ma cokolwiek, to z pewnością to ukradł.

Havel pisał o tragedii nadziei na wyrost, na cud, a nie na odzyskanie wolności i prawa do uczciwej pracy. Szukaniu winnych poświęcano znacznie więcej energii niż szukaniu dróg wspomagania rozwoju przedsiębiorczości, stowarzyszenie z Unią Europejska wywołało lament grafomanów, że ta obrzydliwa Unia rozdaje pieniądze chłopom, żeby się mogli upić, zamiast wspierać kulturę, która jest największym skarbem Polski. Nie wszyscy się zgadzali, inni twierdzili, że naszym największym skarbem są nasze chrześcijańskie wartości i za nie należą nam się pieniądze od tych, którzy pracowali, kiedy my, pod przewodem ZSRR dążyliśmy do sprawiedliwości.

W 1995 pojechaliśmy z żoną na wakacje do Polski. Dziurawe drogi, nadal odrapane domy, stolica zaczęła już nabierać blichtru, ale nas nie interesowała stolica, chcieliśmy zobaczyć Polskę. Wśród różnych miejsc na naszej mapie była wiejska szkoła, której pomagaliśmy z Londynu. Z Dobrzynia nad Wisłą mamy już tylko kilkanaście kilometrów do celu, więc wypada zadzwonić, że zaraz będziemy na miejscu. Na rynku furmanki, konie, mnóstwo pijanych ludzi, twarze jak z filmu o średniowieczu. Uciekamy stąd, mówi Małgorzata, odmawiając szukania jakiejś budki telefonicznej i nie domyślając się, że trzy lata później tu właśnie kupimy dom, żeby osiedlić się na resztę życia.

Skok cywilizacyjny jest nierozerwalnie związany z Unią Europejską, obserwowany z miasteczka, które w ciągu 20 lat skoczyło o 200 lat, potwierdza intuicje Celińskiego. Młodzi nadal uciekają stąd tak szybko, jak to możliwe. Jedni do wielkich miast, inni do wielkich krajów. Kiedyś Lech Wałęsa uciekł z tego miasteczka do Gdańska. Jak czasem opowiadam, napisał w swojej autobiografii, że wsiadł w Dobrzyniu w pociąg. W Dobrzyniu nigdy nie było stacji kolejowej, więc ktoś mu to dopisał, a on nigdy swojej książki nie przeczytał. To bardzo symboliczna część naszej podróży od sierpnia do sierpnia. Prawie tak samo symboliczna, jak okoliczne warsztaty rzemieślnicze, świadczące rzetelne usługi, jak zaprzyjaźniony sąsiedni sklep, z którego trzy córki właściciela dorastały już w czasach, kiedy było wolno uczciwie pracować i z których jedna uprawia naukę w Paryżu, druga prowadzi biznes w Australii, a trzecia prowadzi sklep w sąsiedniej wsi.

Ja jestem lokalnym obserwatorem, zakochanym w moim małym miasteczku, przyglądającym się, jak też rozwija się lokalna demokracja, bez której ta krajowa jest bez szans. Nasz lokalny kapitalizm nadal nosi znamiona myślenia w kategoriach „kto daje pieniądze i jak mu się podlizać”. Nie całkiem, nie wszędzie. To jest już inny kraj. Pytam młodych jak go odbudują, kiedy będzie można powiedzieć: „dziś skończył się PiS”. Jeszcze się nad tym nie zastanawiają, chwilowo narasta tylko solidarność buntu rozproszonych wspólnot. Długa podróż od sierpnia do sierpnia nie jest klęską, Polska nie jest w ruinie. Urodzeni po tamtym sierpniu funkcjonują inaczej w urzędach, zbyt rzadko mają odwagę Wietnamczyków.

Kronikarz nie powinien być ani misjonarzem, ani świeckim agitatorem. Czasem wymyślają mi albo od lewaków, albo, że jestem gorszy od Patryka Jakiego.

Profil Andrzeja Celińskiego na Facebooku jest właściwie martwy, ostatni wpis z września 2021. Irytuje mnie autoprezentacja: Andrzej Celiński – emerytowany demokrata. Czy można być emerytowanym demokratą? Widać można. Nadal łączy nas sympatia do Adama Podgóreckiego, który był moim i jego nauczycielem. Nauczał socjologii prawa, mówił często o trudnościach mądrej zmiany systemów, które wytrzymują tylko ograniczoną ilość zmian.

Podobno młode pokolenie odwraca się demokracji. Nie jestem tego pewien. To zależy na kogo się patrzy. Tu i ówdzie dostrzegam demokratów, którzy nie wybierają się na emeryturę, chociaż martwi mnie jakość dyskusji. Pewnie gdzieś się toczy, tłumiona przez odgłosy prania się zdechłymi rybami po zdradzieckich mordach. Ostatecznie my też prowadziliśmy poważne dyskusje w zacisznych miejscach.

Andrzej Koraszewski*

Studio Opinii

Listy z naszego sadu

* Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Od stycznia 2014 prowadzi wraz z żoną, Małgorzatą Koraszewską, magazyn internetowy poświęcony nauce, przemianom społecznym, a w szczególności konfliktom na Bliskim Wschodzie „Listy z naszego sadu”.

Zdjęcie ilustrujące: Lech Wałęsa i Bogdan Lis w czasie strajku w Stoczni im. Lenina. Źródło: Wikipedia.org

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 1

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

wp-puzzle.com logo

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments