1. Wybory parlamentarne, w tym szczególnie przesłanki warunkujące nadanie parlamentowi przez suwerena demokratycznej legitymacji jego władzy, są jednym z kluczowych tematów badań politologów, socjologów, prawników i historyków w ostatnich trzech stuleciach. Wybory, które taką legitymację zapewniają muszą być rzetelnie i uczciwie przygotowane, przeprowadzone, obliczone, a ich wyniki wprowadzone w życie. Takie wybory nazywa się nie tylko w języku potocznym, wyborami wolnymi. Prawo każdego do wolnych wyborów gwarantuje wprost Europejska konwencja praw człowieka1. Taką gwarancję zawierał również art. 3 ust. 1 ustawy konstytucyjnej z dnia 17 października 1992 r., który przewidywał, że „Senat składa się ze 100 senatorów wybieranych w województwach na okres kadencji Sejmu w wyborach wolnych, powszechnych, bezpośrednich, w głosowaniu tajnym”. W latach 1993–2001 obowiązywał w ustawie z dnia 18 czerwca 1991 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. Nr 59 poz. 252) przepis stanowiący, że: „Wybory posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej są powszechne, bezpośrednie, równe i wolne oraz przeprowadzane w głosowaniu tajnym” (art. 1).
W funkcjonującej demokracji, zwłaszcza w erze mediów elektronicznych, kampania do kolejnych wyborów rozpoczyna się w dniu ogłoszenia wyników wyborów właśnie przeprowadzonych, a najpóźniej w dniu exposé szefa nowego rządu i udzielenia mu wotum zaufania przez parlament.
Konstytucja z 1997 r. przesądza, że Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym i prawnym. Nasza demokracja ma charakter parlamentarny. Demokracja parlamentarna to zaś taka, w której partia rządząca przegrywa wybory parlamentarne lub traci władzę w trakcie kadencji w wyniku ukształtowania się innej większości parlamentarnej.
2. Wolne wybory do parlamentu były przedmiotem aspiracji Polaków przez całe półwiecze 1939–1989. W pełni wolne wybory były zresztą krótkim epizodem w Polsce w latach 1918–1939. Po zamachu wojskowym w maju 1926 r. wynik wyborów parlamentarnych, prawda, że zawsze z udziałem partii opozycyjnych, ale i zawsze ze zinstytucjalizowanym naciskiem obozu władzy na organy wyborcze, nie przekładał się na to, kto sprawował władzę wykonawczą w państwie. Sprawowali ją autorzy zamachu majowego. Parlament nie miał w pełni ani władzy ustawodawczej, ani władzy kontrolnej wobec rządu.
3. Dramatycznie i jakościowo gorzej było jednakże w Polsce w latach 1944–1989, gdy mieliśmy do czynienia z wrogością prawa wyborczego i instytucji je stosujących wobec zasady wolności suwerennego wybierania przez naród parlamentarzystów i sprzeniewierzeniu się u samego zarania postanowieniom tyczącym Polski powojennej zawartym w porozumieniu trzech mocarstw w Jałcie 11 lutego 1945 r.: „Polski Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej należy zaprzysiąc co do przeprowadzenia wolnych i nieskrępowanych wyborów w możliwie najkrótszym czasie, na podstawie powszechnego prawa wyborczego i tajnego głosowania”2. I prawo wyborcze, i przebieg kampanii wyborczej, i systemowe fałszowanie wyników wyborów były złamaniem porozumienia jałtańskiego przez władze radzieckie, przy braku reakcji dyplomatycznej rządów amerykańskiego i brytyjskiego. Wybory zostały przeprowadzone dopiero 23 miesiące po konferencji jałtańskiej. O tym, że wybory do sejmu na 5-letnią kadencję (zgodnie z art. 11 konstytucji z dnia 17 marca 1921 r.) nie będą wolne, przesądzała ustawa z dnia 22 września 1946 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Ustawodawczego, która pozwalała dowolnie eliminować tak z kandydowania, jak i z głosowania każdego, kto został zdefiniowany przez PPR i jej policyjne formacje polityczne jako przeciwnik instalowanego porządku komunistycznego (art. 2 ust. 23, art. 3 ust. 34 i 45). Takie przepisy i tym bardziej ich stosowanie było pogwałceniem własnych zobowiązań PPR zapisanych w Manifeście PKWN: „Podstawowe założenia konstytucji z 17 marca 1921 roku obowiązywać będą aż do zwołania wybranego w głosowaniu powszechnym, bezpośrednim, równym, tajnym i stosunkowym Sejmu Ustawodawczego, który uchwali, jako wyraziciel woli narodu, nową konstytucję”.
Decyzje Państwowej Komisji Wyborczej o eliminacji z udziału w wyborach były ostateczne. Decyzje te uzupełniał przed wyborami wielomiesięczny terror państwowy. Mimo to wyniki głosowania nie były korzystne dla komunistów, i zostały dodatkowo sfałszowane w komunikacie wyborczym6. W 60. rocznicę fałszerstwa Sejm (uchwała z dnia 25 stycznia 2007 r., M.P. Nr 6, poz. 71) uznał te wydarzenia za „jedną z najciemniejszych stron najnowszych dziejów Polski. Ostatecznie zawiedzione zostały wtedy polskie nadzieje na demokratyczny ład w naszej Ojczyźnie budzącej się do nowego życia po koszmarze II wojny światowej”.
4. Żadne z dziesięciu wyborów parlamentarnych zorganizowanych w Polsce w latach 1947–1985 nie były ani wolne, ani uczciwe. W istocie były to plebiscyty sterroryzowanego (1952), a potem biernego narodu. Wyniki każdych z tych wyborów były fałszowane, tak co do frekwencji, jak i co do liczby oddanych głosów na kandydatów na posłów.
Wybory te nie były wolne ani uczciwe w świetle utrwalonego w demokratycznych państwach prawnych jeszcze na początku XX wieku standardu, aby:
- prace ustawodawcze na projektem ordynacji wyborczej prowadzone były ze szczególną starannością i z dostępem do debaty wszystkich zainteresowanych podmiotów (rzetelność proceduralna) oraz z odpowiednim zapasem czasowym na ewentualną kontrolę konstytucyjności przyjętej ustawy,
- wybory były wolne od dyskryminacji w korzystaniu przez każdego obywatela z czynnego i biernego prawa wyborczego,
- partie polityczne oraz inne uprawnione do wystawiana kandydatur podmioty miały równe prawne szanse przygotowania się do kampanii wyborczej w oparciu o stabilne trzy reguły: podział na okręgi wyborcze, próg wyborczy, sposób liczenia głosów,
- kampania wyborcza toczyła się w swobodnej wielopartyjnej rywalizacji,
- każdy wyborca bez nacisku władz dokonał aktu głosowania według swego przekonania,
- bezstronne organy wyborcze rzetelnie ustaliły wyniki głosowania,
- nastąpiło bezkolizyjne przejęcie władzy przez zwycięską partię lub koalicję wyborczą – co stanowi wykonanie woli suwerennego Narodu,
- parlament sprawował realnie władzę ustawodawczą oraz władzę kontrolną wobec rządu.
5. Po drugiej stronie granicy stoją wybory parlamentarne w państwie komunistycznym, plebiscytarne i zrytualizowane. Ze zdefiniowania ich treści zwalnia mnie autentyczna definicja J.J. Wiatra. Wiatr trafnie ustalił, że system wyborczy PRL, jak w każdym państwie tzw. realnego socjalizmu, był „odzwierciedleniem wewnętrznej logiki tkwiącej w trwałej hegemonii partii komunistycznej”, i przez to cechowało go:
- nieistnienie rywalizacji wyborczej między partiami politycznymi,
- ograniczony wybór między ubiegającymi się o wybór kandydatami,
- akceptowanie przez kandydatów wspólnego programu wyborczego i ich solidarne poparcie w stosunku do istniejącego systemu politycznego,
- przyjęcie jakiejś wersji większościowego systemu głosowania7.
Cechy te stanowią zupełną definicję wyborów niewolnych. Ich istotę w pełni oddaje wytyczenie ich granic na początku 1957 r. w stosunkowo najswobodniejszych wyborach w Polsce komunistycznej przez przywódcę cieszącego się wówczas autentyczną sympatią znacznej części, jeżeli nie większości Polaków:
„W wyborach nie chodzi o to, czy rząd ludowy i nasza partia wespół z innymi partiami Frontu Jedności Narodu nadal utrzymują władzę. Rewolucyjna partia klasy robotniczej, jaką jest Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, nigdy nie odda władzy reakcji i restauratorom kapitalizmu w Polsce. Nie oddamy tej władzy nie dlatego, że jest ona słodka. Dla ludzi, którzy stoją na czele partii, jest ona nieraz gorzka jak piołun. Jest tak ciężka i trudna, jak trudne i ciężkie jest jeszcze życie wielu setek tysięcy ludzi pracy. Nie oddamy jej dlatego, że każda inna władza byłaby dla Polski tragicznym nieszczęściem, a dla klasy robotniczej, dla wszystkich ludzi pracy w mieście i na wsi byłaby wielekroć gorsza niż najgorsza władza ludowa. Dlatego nie o władzę w kraju chodzi, gdy mówimy o wyborach do sejmu, chodzi o to, czy władza ludowa będzie posiadała warunki do realizacji swego nowego programu. Chodzi o to, czy demokratyzację naszego życia będziemy mogli nadal rozszerzać, czy też zmuszeni zostaniem do jej zawężania”8.
6. W systemie polityczno-prawnym państwa komunistycznego wybory parlamentarne były rytualnym aktem plebiscytowym, pozbawionym realnego znaczenia prawnego i z reguły politycznego9. W prawie wyborczym państwa komunistycznego kluczowe znaczenie miał przepis regulujący podmiot uprawniony do kształtowania listy kandydatów. Monopol w tym zakresie gwarantowany był partii komunistycznej.
Standard polski został ustalony w ordynacji wyborczej z roku 1952. Ustawa z dnia 1 sierpnia 1952 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (Dz. U. Nr 35 poz. 246) przesądzała w art. 33, że „Prawo zgłaszania kandydatów na posłów przysługuje organizacjom politycznym, zawodowym i spółdzielczym, Związkowi Samopomocy Chłopskiej, Związkowi Młodzieży Polskiej, jak również innym masowym organizacjom społecznym ludu pracującego”. Termin „organizacje polityczne” oznaczał PZPR i to tej partii, będącej jednocześnie strukturą parapaństwową, przysługiwało bezwzględne prawo decydowania o kształcie listy kandydatów10. Identyczny przepis obowiązywał po przełomie w październiku 1956 r. i zaniechaniu przez władze polityki terroryzowania społeczeństwa (art. 33 ustawy z dnia 24 października 1956 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Dz. U. Nr 47, poz. 210).
Ordynacja wyborcza z dnia 17 stycznia 1976 r. (Dz. U. Nr 2, poz. 15) legalizowała monopol partii komunistycznej na ustalanie kandydatów na jedynej, dopuszczalnej liście kandydatów, stanowiąc w art. 1 ust. 1, że: „Wybory do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i rad narodowych odbywają się w oparciu o program Frontu Jedności Narodu, będącego wyrazem wspólnej patriotycznej postawy wszystkich świadomych i aktywnych obywateli wobec zasadniczych interesów narodu i państwa socjalistycznego. Przewodnią siłę ideową Frontu Jedności Narodu stanowi Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a podstawę polityczną – współdziałanie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym oraz współpraca wszystkich organizacji społecznych ludu pracującego miast i wsi”. Ten przepis wyrażał wprost instytucjonalizację zasady ustrojowej monopolu partii komunistycznej na sprawowanie władzy. Miesiąc później (10 lutego) Sejm potwierdził tę zasadę w nowelizacji konstytucji z 1952 r., gdzie dodany został art.2a. 1. o tożsamej treści: „Przewodnią siłą polityczną społeczeństwa w budowie socjalizmu jest Polska Zjednoczona Partia Robotnicza”11 (Dz. U. Nr 5, poz. 29). Instytucjonalnie odtąd listy kandydatów na posłów ustalały „właściwe komitety Frontu Jedności Narodu stopnia wojewódzkiego” a zgłoszeń na te listy mogły dokonywać „organizacje polityczne, zawodowe i spółdzielcze oraz inne masowe organizacje społeczne ludu pracującego realizujące wspólny program Frontu Jedności Narodu” (art. 39 i 40 Ordynacji wyborczej z dnia 17 stycznia 1976 r.).
W warunkach państwa komunistycznego oznaczało to, że decyzje co do listy kandydatów i ich miejsca na tej liście podejmowało biuro polityczne partii komunistycznej. W razie potrzeby organ ten podejmował wszystkie inne decyzje. System ten gwarantował monopol partii komunistycznej w formowaniu składu politycznego Sejmu w akcjach wyborczych mających charakter plebiscytów. Bliska pełnej frekwencja wyborcza miała plebiscytowo legitymizować politycznie ustrój nie znający instytucji wolnych wyborów. Dlatego w warunkach polskich zatwierdzana przez Biuro Polityczne PZPR frekwencja opiewała zrazu na wynik 95-procentowy (w latach 1957, 1961), który potem rósł: 96,6% – w 1965 r., 97,61% – w 1969 r., 97,94% – w 1972 r., 98,27% – w 1976 r., 98,87% – w 1980 r. Po wyborach z dnia 15 października 1985 r. podana przez Państwową Komisję Wyborczą frekwencja wyniosła 78,86% uprawnionych do głosowania12.
Partia komunistyczna stała się więźniem tego rytuału. Nie mogła sobie pozwolić, poza „wyborami” następującymi bezpośrednio po gruntownym zawirowaniu politycznym, na spadek frekwencji i spadek poparcia w „wyborach” parlamentarnych oraz wyprzedzenie aktualnie panującego szefa partii „sprawującej kierowniczą rolę” przez któregokolwiek z pozostałych „kandydatów”. Tak było we wszystkich państwach komunistycznych i tak jest wciąż w istniejących kilku państwach rządzonych przez takie partie. Co najmniej 94-procentowe „poparcie” każdemu kandydatowi umieszczonemu na kilku pierwszych miejscach na liście premiujących „wybór” do sejmu został domknięty. PZPR „wygrywała” wybory z „zaskakująco” jednakowym rezultatem – 255 mandatów – będącym ekwiwalentem zawsze 55,5% ogółu oddanych głosów – w latach 1965, 1969, 1972. W „wyborach” w 1957 r. oraz 1985 r. ustalony z góry wynik był nieco gorszy – bo dawał odpowiednio 237 mandatów (51,7% głosów) oraz 245, a w „wyborach” do Sejmu I, III, VII, VIII kadencji nieco lepszy – bo 273 mandaty w 1952 r. (62,2% głosów), 256 mandatów w 1961 r. oraz w 1976, 1980 r. – po 261 mandatów (56,7% głosów). Rekordowy był wynik w „wyborach” w 1952 r.: na blok komunistyczny (Front Narodowy) głosy „oddało” 99,8% „wyborców”, co przełożyło się na 455 mandatów z 456 ogółem. Najlepsze lub bliskie najlepszych wyniki wśród posłów uzyskiwali I sekretarze KC PZPR: w 1969 r. było to 99,44% oddanych ważnych głosów, w 1972 r. – 99,80%; w 1976 r. – 99,99%; w 1980 r. – 99,97%, w 1985 r. – 97,25%.
Aż do czerwcowych wyborów w 1989 r. Polacy mogli głosować tylko na jedną listę wyborczą.
7. Nawet pierwsze w bloku wschodnim wybory parlamentarne z konkurencyjną dla komunistycznej listą polityczną w dniu 4 czerwca 1989 r. (na podstawie ustawy z dnia 7 kwietnia 1989 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej X kadencji, na lata 1989–1993, Dz. U. Nr 19, poz. 102)13 z konkurencyjną listą wyborczą „Solidarności” oraz z prawem zgłoszenia kandydata przez co najmniej 3000 wyborców (art. 41 ust. 1), gwarantowaną już wolnością zgromadzeń i daleko posuniętą wolnością słowa, nie zostały uznane przez tzw. stare demokracje za wolne. Partia komunistyczna i jej polityczne organizacje satelickie miały bowiem gwarantowaną w umowie „okrągłego stołu” większość 65% mandatów w izbie niższej parlamentu. Wynik wyborów – na niekorzyść opozycji demokratycznej – został z góry ustalony. Taka jednak była cena, jaką naród aktem wolnej woli płacił za bezkrwawe odzyskanie wolności. Sejm tak wybrany przeszedł w Polsce do historii jako „Sejm kontraktowy”. W pełni za to wolne były przeprowadzone tego samego dnia wybory do reaktywowanego Senatu14.
Polska została przyjęta do Rady Europy później niż dwa państwa naszego regionu (Węgry: 6 listopada 1990 r., Czechosłowacja: 21 lutego 1991 r.), gdyż wcześniej przeprowadziły one wolne wybory, jakich wymaga art. 3 Protokołu pierwszego do Europejskiej konwencji praw człowieka. Wybory parlamentarne 4 czerwca 1989 r. miały jednakże zasadnicze znaczenie dla rozpoczęcia procesu transformacji ustrojowej w Polsce. Mimo to wykonanie przesłanki wolnych wyborów parlamentarnych nastąpiło dopiero po przeprowadzeniu wyborów 27 października 1991 r., na podstawie ustawy z dnia 28 czerwca 1991 r. – Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. Nr 59, poz. 252). Artykuł 1 tej ordynacji gwarantował, że wybory posłów są m.in. wolne. Polska została przyjęta do Rady Europy 26 listopada 1991 r. Konstytucjonalizacja klauzuli wolnych wyborów nastąpiła w ustawie konstytucyjnej z dnia 17 października 1992 r. (Dz. U. Nr 84, poz. 426 z późn. zm.), której art. 3 ust. 2 stanowił, że: „Senat składa się ze 100 senatorów wybieranych w województwach na okres kadencji Sejmu w wyborach wolnych, powszechnych, bezpośrednich, w głosowaniu tajnym.”. o takie brzmienie tego przepisu zadbali jednak sami senatorowie. Ustę 1 tego artykułu nie określał wyborów do Sejmu jako „wolne”. Ta konstytucjonalizacja klauzuli (zwanej też w polskiej literaturze prawniczej i w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego (dalej: TK) także zasadą lub cechą) wolnych wyborów nie trwała jednak długo. W przyjętej 2 kwietnia 1997 r. Konstytucji RP klauzula ta nie występuje.
8. W polskiej literaturze przedmiotu oraz w orzecznictwie TK przyjmuje się, że jakkolwiek klauzula wolnych wyborów niewysłowiona wprost w Konstytucji RP z 1997 r., to wynika ona z konstytucyjnych klauzul demokratycznego państwa prawnego (art. 2); wolności tworzenia i działania partii politycznych (art. 11), wolności stowarzyszania się (art. 12 i 58), wolności słowa i prasy (art. 54), prawa dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach (art. 60), powszechności, bezpośredniości wyborów i tajności głosowania (art. 96 i 98, art. 127 ust. 1 i art. 169 ust. 2), zgłaszania przez wyborców kandydatur na posłów i senatorów (art. 100) – zob. wyroki TK w sprawach: K 31/06, § III.7; K 9/09, § III.3; K 9/11, § III.2.
9. Wybory parlamentarne w poglądach konstytucjonalistów okresu Polski Ludowej
W Polsce Ludowej (1944–1989) nie sposób zazdrościć uczonym zajmującym się prawem konstytucyjnym, czy jak ta gałąź prawa zdecydowanie częściej była nazywana – prawem państwowym, teoretycznych i praktycznych uzasadnień dla organizowanych co pięć (1947), a potem co cztery lata (z reguły) wyborów do Sejmu. Nie ma jednak powodu, aby im też współczuć. Dzieła tego podejmowali się dobrowolnie i z ochotą. Poglądów swoich trzymali się dość wytrwale aż do kresu Polski Ludowej.
9.1. Stefan Rozmaryn, który intensywnie współtworzył zręby ustroju dyktatury proletariatu pisał w 1951 r., w języku ówczesnego „etapu”: „Ordynacja wyborcza do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ustawowo zabezpiecza urzeczywistnienie podstawowego prawa mas ludowych – prawa współudziału w rządzeniu państwem”. Nie ulegało dla niego wątpliwości, że ordynacje wyborcze państw burżuazyjnych służą pozorowaniu demokracji, a w istocie służą dyktaturze burżuazji15. W języku konstytucjonalistów marksistowsko-leninowskich słowo „burżuazja” było inwektywą i nie służyło nawet do identyfikowania ludzi należących do klasy średniej (której częścią byli z natury rzeczy sami autorzy takich wypowiedzi: konstytucjonaliści komunistyczni), ale do naznaczania diabolizowanej grupy właścicieli fabryk, wielkich gospodarstw rolnych oraz bankierów. Przygotowywana ordynacja wyborcza do Sejmu PRL oznaczała według Rozmaryna „wyższy etap w rozwoju naszego prawa wyborczego”16. Stanowi ona kontrast dla fikcyjnych i oszukańczych ordynacji wyborczych państw „burżuazyjnych”. „Szczególnie jaskrawo przejawia się ta brutalna, faszystowska likwidacja praw i wolności obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, które są dziś centrum światowej reakcji”. „Wybory odbywają się w wielu państwach kapitalistycznych w atmosferze nieustannego terroru w stosunku do mas ludowych”17. Powołując się na każdej stronie na Stalina18 i na innych „klasyków”, w tym na B. Bieruta, Rozmaryn pisze w maju 1952 r., że projekt konstytucji PRL19 jest aktem dla państwa „dyktatury proletariatu”, co oznacza „władzę niepodzielną, oznacza państwowe kierownictwo społeczeństwem przez klasę robotniczą”. Proletariusze złączeni sojuszem z chłopami są z kolei połączeni z „kierownikiem państwa”, którym „w systemie dyktatury proletariatu jest jedna partia, partia proletariatu, partia komunistów, która nie dzieli i nie może dzielić kierownictwa z innymi partiami”20. Rozmaryn zwracał uwagę, że w kampanii wyborczej w państwach burżuazyjnych, partie polityczne raz na kilka lat kokietują wyborców, a po wyborach dalej wyzyskują masy ludowe21. Nie wyjaśnił, mimo odwoływania się do „socjalistycznego konstytucjonalizmu” i stalinowskiej „teorii konstytucji socjalistycznej”, dlaczego pomimo to w państwach burżuazyjnych wyborcy, owe masy, w kolejnych konkurencyjnych, wielopartyjnych wyborach mogą oddać władzę partii do tej pory opozycyjnej i dlaczego ta zwycięska partia bez przeszkód formuje wówczas nowy rząd i realizuje swój program legislacyjny w parlamencie. Bardziej generalnym wyjaśnieniem, stosowanym w takim przypadku przez Rozmaryna w ślad za twórcami doktryny komunistycznej, było twierdzenie, że w demokracji burżuazyjnej obojętnie kto wygrywa wybory parlamentarne czy prezydenckie, rządzi wielki kapitał, z natury rzeczy antyludowy, eksploatatorski, kosmopolityczny, imperialistyczny i faszystowski. Każdej z tych cech w tym podejściu – utopijnym w założeniach i ponurym w realnych konsekwencjach – pozbawiony miał być ustrój socjalistyczny kreowany przez mającą monopol władzy partię komunistów.
Kilka lat później praktyki ustroju, który dawał absolutną władzę partii komunistycznej i stworzonych przez nią nomenklaturze oraz policji politycznej zostały nazwane przez jednego z jej twórców „wypaczeniami” i „błędami”, ale również „niezliczonymi zbrodniami”22. Potępiony został „kult jednostki”, zaniechany systemowy terror państwowy, ale istota ustroju/systemu została nienaruszona. W obszarze nas tu interesującym nie trzeba dodawać, że i w ZSRR, i w innych państwach rządzonych przez partię komunistyczną obywatele pozbawieni byli trwale prawa do wolnych wyborów. W Polsce sanacja po październiku 1956 r. miała polegać na przywróceniu „norm leninowskich”, także do prawa konstytucyjnego, w tym do prawa wyborczego.
Po 1956 r. w Polsce Ludowej zostały opublikowane dwie monografie oraz szereg artykułów poświęconych prawu wyborczemu. Ich autorzy na ogół trzymali się ortodoksji wymagającej uzasadniania, że ignorowanie przez prawo i praktykę wyborczą wszystkich wskazanych wyżej sześciu przesłanek wolnych wyborów tworzy wartość dodaną zapewniająca więcej autentycznej demokracji politycznej i autentyczną legitymację, także parlamentarną władzy partii komunistycznej niż jest to w demokracji burżuazyjnej. Zauważmy na początku, że kwestii istoty wyborów parlamentarnych, w tym swobodnej konkurencji idei politycznych i programów gospodarczych i społecznych autorzy ci zbyt wiele uwagi nie poświęcali. Wystarczało im szczegółowe pochylanie się nad „socjalistyczną koncepcją ludowładztwa”.
9.2. Książki Patrzałka23 oraz Jarosza zawierają wszystkie konieczne rozdziały monografii. Dotykają również szczególnie drażliwej kwestii dla konstytucyjnej „zasady zwierzchnictwa ludu” w demokracji ludowej, tj. zgłaszania kandydatów i tworzenia zawsze jednej listy wyborczej. Patrzałek tej kwestii poświęca cztery strony. Stwierdza tylko, że „Z odpowiednich przepisów ordynacji wyborczych wynika, że przez organizacje polityczne rozumie się działające partie i stronnictwa polityczne, a więc PZPR, SL (sic!) i SD”. Autor nie podaje, dlaczego w wyborach w 1957 i 1962 r. wykształciła się praktyka zgłaszania jednej listy wyborczej kandydatów do Sejmu i właśnie do „Frontu Narodowego”, który to przedstawia ją okręgowej komisji wyborczej. Może właśnie dlatego inaczej niż w państwie burżuazyjnym, „w obecnym etapie rozwoju państwa socjalistycznego”, wybory według A. Patrzałka „stanowią jakby akt bezpośredniego ludowładztwa” (s. 18).
Inaczej problem potraktował Z. Jarosz24, który zgłaszaniu list kandydatów poświęcił odrębny rozdział. Rzecz w tym, że i ten autor nie widział problemu konstytucyjnego w tym, że co 4 lata mieliśmy do czynienia z aktem plebiscytarnej obecności obywateli w obwodowych komisjach wyborczych, którzy otrzymywali tam jednolitą listę kandydatów i którą to listę bez skreśleń – czyli bez wyboru – wrzucali do urny, a nie z wyborami parlamentarnymi. Jarosz poważnie traktuje Front Jedności Narodu, mało któremu wówczas Polakowi znaną wydmuszkę organizacyjną, rewitalizowaną politycznie co cztery lata na potrzeby wyborcze, jako „masową organizację ludu pracującego” (s. 210–214). Jarosz dostrzega, że w mechanizmie kształtowania organów przedstawicielskich zgłaszanie kandydatów stanowi etap o szczególnej doniosłości”. Wynika to z tego, że wyborca może wybierać „wyłącznie spośród osób, których kandydatury zostały oficjalnie zgłoszone i zarejestrowane”, a sami kandydaci wyrazili zgodę na start w wyborach (s. 177). Dalej jednak jest gorzej. Jarosz też przyjmuje, że w Polsce ukształtowała się praktyka zgłaszania list kandydatów do Frontu Jedności Narodu. Traktuje to jako zwyczaj konstytucyjny, choć dodaje, że „zjawisko to znajduje pełne uzasadnienie w istniejącym układzie stosunków politycznych” (s. 178–179). Odwołując się do przedstawionych w tej monografii poglądów autora, jest jasne, że gdyby taka praktyka wystąpiła w państwie burżuazyjnym, skrytykowałby ją jako akt zupełnie niekonstytucyjny. Poważniejszym mankamentem burżuazyjnego prawa wyborczego jest choćby to, że nie pozwala kandydować do senatu osobom mającym mniej niż 25–35 lat. (s. 180) To, że kandydatów na kandydatów mogły zgłaszać do FJN „masowe organizacje ludu pracującego”, powodowało, że „prawo zgłaszania kandydatów jest u nas faktycznie szersze, bardziej «powszechne» niż w jakimkolwiek państwie burżuazyjnym, zwłaszcza tam, gdzie działalność partii komunistycznych i innych postępowych organizacji jest zakazana lub uniemożliwiona” (s. 198). Jarosz znalazł rozwiązanie dylematu pozakonstytucyjnego monopolu partii komunistycznej do ustalania listy wyborczej jako wyrazu wyższości socjalistycznego prawa wyborczego nad burżuazyjnym, pisząc tak: „Jak wiadomo, nasz system wielopartyjny różni się zasadniczo od wielopartyjnych systemów w państwach burżuazyjnych. Głównym momentem jest tu fakt, że nie ma u nas partii antagonistycznych, reprezentujących interesy przeciwstawnych sobie klas i grup społecznych”. Sam zaś układ partyjny w Polsce Ludowej był w tym sensie jego zdaniem wielopartyjny, że opierał się „na uznaniu przez pozostałe stronnictwa kierowniczej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co stanowi podstawową zasadę całego systemu politycznego” (s. 200). Taki układ „nieantagonistyczny” jest jego zdaniem zjawiskiem realnym, obiektywnym (s. 202), i jako takie zasadniczo jest wyższe ustrojowo, bo eliminuje „ostrą walkę wyborczą” (s. 203).
9.3. Kilkanaście lat później pogląd na system wyborczy do Sejmu przedstawił W. Skrzydło25. Gwarantowana konstytucyjnie bezalternatywność dominacji partii komunistycznej w parlamencie znalazła aprobatę u tego konstytucjonalisty: „Stanowisko przyjęte w Konstytucji jest w pełni zrozumiałe i jest konsekwencją zarówno zasady ludowładztwa, jak też faktu, że prawa wyborcze w PRL należą nie tylko do ludzi pracy” (s. 166). Dzięki temu „elementy żyjące z wyzysku” nie mogą wejść „w skład Sejmu i to w większej liczbie. Wówczas mogłyby wywierać wpływ na treść i kierunek działalności przedstawicielstwa narodowego. Dlatego też przyznając prawa wyborcze szerokim kręgom społeczeństwa, Konstytucja PRL wyraźnie zakreśla ramy działania elementów społecznych spoza ludu pracującego. Przyznanie prawa zgłaszania kandydatów określonym liczbowo, dowolnie dobranym grupom obywateli mogłoby prowadzić do zgłaszania list obejmujących kandydatów wywodzących się z klas posiadających i reprezentujących interesy sił społecznych odsuniętych od władzy państwowej w wyniku przemian politycznych i ekonomicznych dokonanych w Polsce Ludowej. Natomiast przyznanie tego prawa organizacjom społecznym i politycznym zapobiega umieszczeniu wśród zgłoszonych kandydatów, a tym samym i w składzie Sejmu, elementów klasowo obcych, reprezentujących wsteczne siły społeczne. Konstytucja ponadto w art. 72 ust. 3 wprowadza wyraźny zakaz tworzenia i funkcjonowania zrzeszeń, których cel lub działalność godzą w ustrój polityczny lub społeczno-gospodarczy państwa” (s. 167).
To klarowny i logiczny, w tej konwencji ustrojowej, wykład istoty prawa wyborczego państwa komunistycznego. Pozwoliło to W. Skrzydle tak konkludować: „Tak więc przyznanie prawa zgłaszania kandydatów wyłącznie organizacjom społecznym i politycznym ludu pracującego zabezpiecza jednorodny społecznie skład kandydatów, a w konsekwencji i jednorodny skład klasowy Sejmu. Przepis ten zabezpiecza więc interesy mas pracujących, ich władzę. (…) W świetle przytoczonych zasad polityczno-ustrojowych Konstytucji PRL uregulowanie sprawy podmiotów uprawnionych do zgłaszania kandydatów na posłów nie budzi zatem wątpliwości” (s. 168). W. Skrzydło w swoim studium nie używa na określenie istoty wyborów w PRL takich pojęć jak „wolne wybory” czy „uczciwe wybory”. Choć były to pojęcia zastane i znane każdemu konstytucjonaliście bez względu na okres prezentowanych poglądów. Akurat to dobrze świadczy o autorze. Zdawał się on wówczas przyjmować, że wybory parlamentarne w państwie „socjalistycznym” są jakościowo różne od tych w państwie „burżuazyjnym” i że te pierwsze z natury rzeczy nie mogą być ani wolne, ani uczciwe. Nie było zatem potrzeby tego analizować. Takie zresztą było podejście do kwestii wyborów do sejmu autorów podręczników akademickich do prawa państwowego przez cały analizowany tu okres.
9.4. Ostatnią, obszerniejszą, monograficzną wypowiedzią oficjalnej nauki na temat istoty prawa wyborczego w PRL było pochodzące z 1986 r., a opublikowane kilka lat później studium A. Patrzałka oraz L. Gacy: Prawo wyborcze26. W analizie ewolucji uczonych konstytucjonalistów interesujący jest tu przypadek A. Patrzałka. Mimo upływu prawie trzech dekad od publikacji monografii, autor ten kontynuował swoje podejście, prezentując je po stanie wojennym w modnym w oficjalnym języku ramach „pluralizmu socjalistycznego”. Nadal zatem w prezentowaniu negatywnych ustawowych rozwiązań widziane były zachodnie Niemcy, które w ramach pluralizmu politycznego zwalczają w prawie wyborczym ugrupowania „opozycji antysystemowej” (s. 653–656). Rysując historię prawa wyborczego w powojennej Polsce, autorzy aprobują jako „zrozumiały” „rodzaj i zakres wyłączeń” w zakresie czynnego i biernego prawa wyborczego w ordynacji wyborczej z 1946 r. (s. 660). Kolejne ustawy wyborcze nie zawsze jednak ich zdaniem służyły, wskutek „niezrozumienia przez kierownictwo polityczne” „doskonaleniu i pogłębianiu demokratyzacji systemu wyborczego”. W sumie „podstawowe założenia systemu wyborczego do Sejmu i rad narodowych stwarzały możliwości tworzenia reprezentacji typu socjalistycznego” (s. 663, 667). Autorzy dostrzegli postępowe skutki dla prawa wyborczego w 1985 r., podjętej w ramach programu socjalistycznej odnowy, uchwały IX Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR z 1980 r. Postęp ten polegał na wypracowaniu trzech etapów tworzenia przez kierowany przez komunistów PRON jednolitej i jedynej listy kandydatów w wyborach do Sejmu (s. 672, 675–676).
Interesujący, acz klasyczny dla nauki tzw. socjalistycznego konstytucjonalizmu, jest pogląd W. Sokolewicza, który u schyłku PRL przedstawił koncepcję noweli przepisów konstytucyjnych normujących zasady prawa wyborczego. Próbę tę podjął przez odwołanie się do zasad i praktyki innych państw „socjalistycznych” oraz państw „burżuazyjnej demokracji”. Sokolewicz zastrzega, że formuła wyborów wolnych, jak stanowi konstytucja RFN (art. 38 ust. 1 zdanie pierwsze)27 jest tak „rozciągliwa, że aż pozbawiona realnego znaczenia”. Przekonanie o, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, „piarowskiej” wartości tej zasady, autor ten podparł przykładem konstytucji NRD z 1968 r., która też zawierała taki przepis28. Sokolewicz postulował, iż „Aby sprostać wyzwaniu naszych czasów, konieczna jest aktywizacja polityczna mas, jeśli zaś ma być ona siłą wzmacniającą socjalizm – a nie go osłabiającą – powinna znaleźć dla siebie ujście w odpowiednio modyfikowanych instytucjach politycznych, z systemem wyborczym na czele” (s. 83). W tym celu pragnął, aby „w obecnej fazie rozwoju formacji socjalistycznej” i kierując się „znanymi wskazaniami Lenina”, przeprowadzić „demokratyzację postępowania wyborczego”, co „wytyczyły zjazdy partii marksistowsko-leninowskiej, m. in. XXVII Zjazd KPZR (1986) i X PZPR (1986)” (s. 89). Taka „demokratyzacja” wymagała zdaniem Sokolewicza „reorientacji myślenia o instytucjach tego postępowania i jego funkcjach: od jednostronnego traktowania wyborów jako plebiscytu mającego udokumentować masowe poparcie dla władzy i stworzyć jej formalną demokratyczną legitymację do rządzenia, do pełniejszego uwzględnienia tego celu wyboru, jakim jest powołanie optymalnych reprezentantów społeczności lokalnych i – odpowiednio, w wyborach parlamentarnych – całego społeczeństwa. Wynika stąd konieczność odstąpienia od nadmiernego przywiązywania wagi do możliwie pełnej frekwencji wyborczej i od traktowania w sposób nadmiernie dosłowny zasady powszechności wyborów, zwłaszcza do przedstawicielstw terenowych”. Nie dziwne więc, że tak zakreśliwszy granice konstytucyjne owej demokratyzacji autor nie chciał dostrzec, że będzie to „demokratyzacja”, a nie „demokracja” i że będzie ona „socjalistyczna” a nie „parlamentarna”. Trzonem postępowania wyborczego, przez zachowanie monopolu na wyznaczanie kandydatów będzie „kierownictwo partii marksistowsko-leninowskiej” (s. 82, 91). Dlatego „[Z]będne byłoby uzupełnianie konstytucyjnych zasad prawa wyborczego – gdyby ktoś chciał to uczynić – o ogólnikowe określenia nakazujące, by wybory były wolne czy demokratyczne” (s. 91). Konstytucjonalizm socjalistyczny traktował wolność, jako cechę wyborów parlamentarnych, jako dodatkowy, ogólnikowy zwrot „ukraszający”. W takich ramach praktycznie żadna z przesłanek wolnych wyborów nie wchodziła w grę.
10. Wybory parlamentarne w pracach historyków okresu Polski Ludowej
Brak jest monografii poświęconej historii wyborów w PRL. Nie wszyscy historycy, autorzy monografii historii politycznej tego okresu albo jego poszczególnym etapom zwracają uwagę na wybory parlamentarne. Wyjątkiem są częściowo wolne wybory do Sejmu w 1989 r.
10.1. Żaden z historyków okresu Polski Ludowej nie ma wątpliwości, że którekolwiek z wyborów do sejmu z lat 1947–1989 były wolne. M. Łatyński zwraca uwagę, że w kampanii wyborczej w 1947 r. prezes PSL miał poza wszystkimi działaniami represyjnymi sił policyjnych i wojskowych bardzo ograniczony dostęp do radia. W jednym z dwóch kilkuminutowych przemówień zdołał jednak powiedzieć, że „Umiłowanie prawa, tęsknota do praworządności po tylu latach łamania praw boskich i ludzkich, przez swoich i obcych, jest głęboka i powszechna. Naród w państwie, w którym poszanowanie prawa byłoby płynne, prędzej czy później za to srogo zapłaci”29. Łatyński odnotowuje bezpośrednie zaangażowanie radzieckich czekistów w fałszowanie wyborów do Sejmu Ustawodawczego, relacje korespondentów państw anglosaskich i relacje czołowych komunistów, którzy stawiając „sprawę uczciwie”, przyznawali, że aby zapobiec wygranej PSL, nie można było uniknąć „korygowania” wyborów30. Autor ten zwraca też uwagę na oficjalne protesty obserwujących przebieg wyborów rządów amerykańskiego oraz brytyjskiego. Pierwszy zwracał uwagę na „zakrojone na szeroką skalę środki przymusu i zastraszenia” drugi na pogwałcenie „uroczystej umowy o przeprowadzeniu wolnych i nieskrępowanych wyborów”. Złożony przez PSL, w trybie art. 74 ordynacji wyborczej, w Sądzie Najwyższym protest co do wyborów we wszystkich 52 okręgach wyborczych nigdy nie został przez Sąd Najwyższy rozpatrzony31.
10.2. W. Roszkowski akcentuje, że sterroryzowane w pierwszych latach społeczeństwo brało powszechnie udział w inicjowanych plebiscytarnych akcjach wyborczych. Wybory do Sejmu I kadencji – 26 października 1952 r. odbyły się „w atmosferze zastraszenia społeczeństwa oraz natarczywej propagandy reżimu, który dyskontował wysiłek obywateli przy odbudowie i dokonania pierwszych dwóch lat planu sześcioletniego jako dowód rzekomego poparcia dla władzy. Wybory były całkowicie zmanipulowane przez specjalną grupę pod kierownictwem płk. Anatola Fejgina i płk. Michała Taboryskiego z MBP. Prawdziwe wyniki głosowania, jeżeli istnieją, nie są znane”32.
Jakkolwiek wybory „popaździernikowe” 19 stycznia 1957 r. nie spełniały wskazanych przeze mnie wyżej dwóch z sześciu kryteriów koniecznych do uznania je za wolne: kampania wyborcza nie toczyła się w swobodnej wielopartyjnej rywalizacji, a organy wyborcze ustalające wyniki głosowania nie były bezstronne, Roszkowski trafnie, prezentując fakty im towarzyszące, ocenia, że „Sejm wybrany w tym stosunkowo swobodnym głosowaniu, być może tylko nieznacznie «poprawionym» przez władze, składał się z 237 posłów PZPR (51,7%) (…)” (s. 360)33. Autor ten nie poświęcił słowa głosowaniu w 1961 r., zaś o tych do Sejmu III kadencji napisał, że na poprzedzającym wybory plenum KC partii komunistycznej „(…) Gomułka znów przedstawił zasady trójpartyjnej fikcji demokracji parlamentarnej PRL oraz «przewodnią rolę PZPR», reprezentującej rzekomo nie tylko «klasę robotniczą», ale także «sojusz robotniczo-chłopski» i «robotniczo-inteligencki», czyli «całość interesów narodowych». W komunistycznej demagogii była to formuła stosunkowo nowa, choć ani trochę nie bliższa prawdy. Partia przechwytywała ideę solidaryzmu społecznego i uzurpowała sobie prawo przemawiania w imieniu całego społeczeństwa. Głosowanie na kandydatów wybranych uprzednio przez FJN pod dyktando partii odbyło się 30 V 1965 r.” (s. 495). Roszkowski dostrzegł, trafnie, że wybory i parlament PRL były równie sztuczne, jak sztuczny jest sztuczny miód. Tak było z kolejnymi wyborami do sejmu IV kadencji: „Zorganizowano je [głosowanie] 19 III 1972 r. przy akompaniamencie nachalnej propagandy o rzekomym wzroście roli sejmu i rozwoju «demokracji socjalistycznej». (…) W komunikacie władz podkreślono dumnie, iż żaden z «wybranych» kandydatów nie otrzymał mniej niż 91% głosów, a poniżej 95% uzyskało tylko 24 kandydatów, podczas gdy w 1965 r. – jeszcze 73. Była to całkowita manipulacja faktami. Edward Gierek uzyskać miał 99,8% głosów” (s. 655). Wybory do Sejmu VIII kadencji Roszkowski tak odnotował: „21 III 1976 r. przeprowadzono nowe głosowanie na listy kandydatów FJN. Według powszechnego odczucia udział społeczeństwa w tej imprezie był mniejszy niż dotąd. Oficjalnie utrzymywano, że głosowało 98,3% uprawnionych. Na listę FJN paść miało 99,4% ważnych głosów, jednak dane te, jak zwykle, były mało miarodajne. Skład nowego Sejmu PRL niewiele różnił się od poprzedniego. Jedynie w Kole „Znak” rozłamowcy Zabłockiego opanowali wszystkie pięć miejsc, a Stomma został pominięty za wstrzymanie się od głosu w sprawie zmian konstytucji. Decyzją Wydziału Administracyjnego KC posłami „Znaku” zostali: Wacław Auleytner, Ryszard Bender, Konstanty Łubieński, Jerzy Ozdowski i sam Zabłocki”34.
Inna była sytuacja przed głosowaniem na posłów do Sejmu VIII kadencji (23 marca 1980 r.) wobec ukształtowania się kilku ośrodków opozycji demokratycznej, które wezwały do bojkotu głosowania, pod hasłem: „Domagamy się wolnych wyborów”. Jak podkreśla Roszkowski, m.in. „KSS KOR oświadczył, że «wybory» nie mogą być tak poważnie nazywane, a Sejm PRL nie jest instytucją parlamentarną oraz że członkowie Komitetu nie pójdą do urn, uważając, że «udział w tej przykrej farsie ubliża godności obywatelskiej i ludzkiej». PPN przypomniało, że prawdziwą władzę w Polsce sprawować może tylko parlament wybrany w wolnym, równym, tajnym, bezpośrednim i proporcjonalnym głosowaniu”. W Warszawie faktyczna frekwencja, według danych korowskich, frekwencja w zależności od grup społecznych, była niższa od 10 do 80 procent od podanej oficjalnie (s. 761).
Głosowanie do Sejmu VIII kadencji zostało przeprowadzone półtora roku po upływie 4-letniej konstytucyjnej kadencji35. Roszkowski przypomina, że „Większość niezależnych elit zaakceptowała apel TKK z 16 VII wzywający do bojkotu wyborów. W sytuacji gdy do wyborów zgłoszono w końcu zwyczajowo jedną listę, firmowaną przez PRON, jedynym kryterium postawy społeczeństwa mogła być znów frekwencja. Głosowanie odbyło się 13 X 1985 r. Według danych oficjalnych głosowało 78,86%, podczas gdy eksperci „Solidarności” szacowali frekwencję na około 66%. Wynik ten nie mógł zadowolić ani władz, ani ośrodków niezależnych. Wybory 1985 r. były odbiciem zarówno porażki władz, które nie zdołały po pięciu latach starań przywrócić kontroli nad społeczeństwem, jak i elit niezależnych, które nie zdołały podtrzymać przez ten okres masowego, zorganizowanego oporu przeciw przemocy” (s. 857).
10.3. Jak tę samą sekwencję zdarzeń wyborczych w okresie Polski Ludowej oceniają inni historycy?
P. Buhler36, francuski historyk i dyplomata, znawca naszego regionu i „realnego socjalizmu” zauważa, że kampania wyborcza na przełomie 1946 i 1947 r. toczyła się w atmosferze terroru i chodziło w niej o „złamanie kręgosłupa” PSL. Obiektem „szykan policyjnych była prasa opozycyjna” (s. 171–172). Po wyborach generalny protest „przeciwko sfałszowaniu wyników” został bez echa, podobnie jak apele ambasadorów amerykańskiego oraz brytyjskiego (s. 172). W wyborach do Sejmu w 1952 r. „(…) w klimacie nacisku, by nie powiedzieć terroru Polacy poszli do urn wyborczych. Zastosowano te same metody co w roku 1947 (…)” (s. 211). Wybory w 1956 r. zdaniem licznych obserwujących je dziennikarzy zachodnich, „odbyły się bez naruszania prawa; nie dopatrzono się ani przejawów stosowania terroru, ani fałszerstw” (s. 329). Buhler notuje, że silne poparcie inteligencji, a nawet Kościoła było w wyborach w 1957 r. osobistym sukcesem szefa partii komunistycznej, a nie komunistów. Gomułka został nagrodzony w ten sposób za przywrócenie Polakom nadziei na państwo niepodlegle i suwerenne, nawet jeżeli socjalistyczne (s. 323, 327–330). Buhler zauważa jednakże, że układanie list wyborczych i proces eliminowania z tych list kandydatów niewygodnych odbywał się także w czasie tych wyborów w ramach skrupulatnej kontroli komunistów: poprzez OK Frontu Jedności Narodu na czele którego stał członek BP PZPR (s. 327–328). Francuski autor podobnie jak Roszkowski też nie zauważa kilku kolejnych akcji wyborczych. Wyjaśnia to jego komentarz do pierwszych wyborów po Wydarzeniach Grudniowych: „Wybory parlamentarne w dniu 19 marca 1972 r. były czystą formalnością” (s. 449). Podobnie w wyborach w 1976 r.: „Frekwencja oficjalnie wynosiła jak zwykle około 100%, nie zmienił się rozdział mandatów między poszczególne partie” (s. 464). Wybory w marcu 1982 r. odbyły się „w spokojnej atmosferze i według doskonale już znanego scenariusza: wyłącznie listy FJN. Rezultaty sfałszowane przez komisje wyborcze, które po zamknięciu lokali zgodnie z otrzymaną instrukcją zaniżały liczbę uprawnionych do głosowania” (s. 500).
Autor pierwszej monografii historii PRL, J. Eisler37 trafnie zauważył, że „Wraz z wyborami 1947 r. … w zasadzie skończył się okres, który można nazwać grą pozorów”. Wcześniej bowiem władze, obok terroru i represji „równie często i chętnie odwoływały się do innych środków «społecznej perswazji», takich jak np. propaganda państwowotwórcza, hasła patriotyczne, mobilizowanie mas wokół odbudowy kraju (…), zachowano stosunkowo szeroki zakres swobody wypowiedzi. (…) istniała w tym czasie legalna opozycja”, respektowany był Kościół katolicki (s. 32). Kolejny komentarz Eisler dał dopiero do wyborów do Sejmu zwanego kontraktowym.
Historyk A. Czubiński, ideowo związany przed 1989 r. z ówczesnym ustrojem, w wydanej równolegle z pracą Eislera monografii dziejów powojnia notuje, że: „Mikołajczyk twierdził, że w czasie kampanii wyborczej zawieszono 33 powiatowe ośrodki PSL, aresztowano 149 kandydatów PSL na posłów i 100 tys. członków i działaczy stronnictwa, tym 1962 członków władz PSL. Przy obliczaniu głosów brak było przedstawicieli PSL Stwierdzono zamienianie urn wyborczych i inne manipulacje. przesłuchiwanych i zatrzymywanych na krótszy lub dłuższy okres. (…) Ambasadorowie USA i W. Brytanii (…) wybory uznawali za sfałszowane (…)”38. W 1952 r. „walki wyborczej nie było” (s. 254). Poza krótkim przedstawieniem wyborów w 1957 r., Czubiński niektórych kolejnych wyborów do 1989 r. nie zauważa, a jeżeli nawet to czyni (tak np. o wyborach w 1985 r., s. 585–586), to w krótkiej notce referuje wynik, tak jakby chodziło o regularne wybory parlamentarne i nie dostrzega, że choć formalnie chodziło o wybory do organu sprawującego funkcje najwyższego organu władzy państwowej w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (art. 15 Konstytucji z 1952 r.), miały one charakter plebiscytarny i były regularnie fałszowane.
W najnowszej monografii historii Polski Ludowej, A.L. Sowa39 przedstawiając wybory do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r., podkreśla, że „(…) wynik referendum rozwiał złudzenia kierownictwa PPR co do skali jego wpływów w społeczeństwie. W tej sytuacji prawdopodobnie z góry zdecydowano się na sfałszowanie wyborów do sejmu, a ponadto, tak jak w ZSRR – miały one być pokazem posłuszeństwa społeczeństwa wobec władzy, osiąganego przez wymuszenie na nim określonych zachowań, w tym wypadku masowego, zorganizowanego udziału w akcie głosowania oraz oddawania głosów w sposób jawny. (…) do wyników wyborów władze partyjne i państwowe nie przywiązywały większej wagi (…)” (s. 89). W okresie stalinizmu rola Sejmu była dekoracyjna (s. 144). Jesienią 1956 r. SD postulowało wielomandatowe okręgi wyborcze z wielokrotnie większą liczbą kandydatów na jeden mandat oraz wprowadzenia mężów zaufania do obserwacji wyborów w obwodowych i okręgowych komisjach wyborczych. Postulat został zignorowany (s. 243). W 1961 r. „Wybory do sejmu miały charakter aktu formalnego, niezbyt ważnego dla społeczeństwa, traktującego je – podobnie jak udział w pochodach 1 Maja – jako obowiązkowy rytuał, w którym należy uczestniczyć, aby nie przysporzyć sobie kłopotów w pracy. To tłumaczy zjawisko stałej wysokiej frekwencji i małej liczby skreśleń. Ponieważ władzom terenowym zależało, aby jak najlepiej wypaść wobec centrali, istnieje duże prawdopodobieństwo, że komisje wyborcze rzeczywiste wyniki w większości w większości wyborów do Sejmu PRL i tak jeszcze zawyżały. (…) Zbojkotowanie wyborów wymagało dużej determinacji, podobnie jak wrzucanie do urn pustych kopert, co także czyniła pewna część wyborców” (s. 307). „(…) fasadowy charakter miało także głosowanie w wyborach do sejmu IV kadencji z 30 maja 1965 r.”. W grudniu 1970 r. strajkujący w Elblągu działacze Związku Zawodowego Metalowców domagali się demokratycznych wyborów do Sejmu (s. 377). W 1976 r. „(…) relacje członków komisji wyborczych wyraźnie wskazują, że wyniki wyborów były zawyżane” (s. 391). W 1980 r. „Co do fałszowania wyników wyborczych, to zgodni byli zarówno opozycjoniści, jak i członkowie establishmentu partyjnego (…). Fałszowanie wyników odbywało się nadal na szczeblu poszczególnych komisji, to też nieznana jest rzeczywista frekwencja i liczba skreśleń” (s. 439).
A. Sowa, wyraźniej niż inni historycy, dostrzega, że w kolejnych wyborach w Polsce Ludowej, czynnikiem aktywnym w okresie przedwyborczym i potem w Sejmie była policja polityczna, która w wyborach 1947 r. oraz 1952 r. stosowała jawny terror i fałszowanie wyborów40, a do 1989 r. prowadziła różne akcje i gry „dezintegracyjne”. Choć w 1952 r. Polacy byli wystarczająco już zastraszeni dotychczasowym terrorem i ugruntowanym poczuciem bezalternatywności reżimu, to, jak zauważa Sowa: „O właściwe wyniki głosowania dbało MBP, dokonując w całym kraju masowych aresztowań. Berman proponował nawet Bierutowi przeprowadzenie «poza normalną akcją represyjną» jednego większego uderzenia, «Które byłoby zrealizowane około 19–20 października, żeby ogłuszyć najbardziej rozzuchwalone ośrodki». Szczególnie zależało mu na ukróceniu zbiorowego słuchania «wrogiego radia». Trudno jest obecnie określić skalę fałszerstw wyborczych (…) «poprawianie» wyników wyborów służyło osiąganiu wskaźników udziału zaleconych przez kierownictwo partyjne. (…) Posłowie byli nadzorowani przez Biuro do spraw Sejmu KC PZPR” (s. 180–181). Przed wyborami w 1985 r. „Rutynowo już do działań zastraszających środowiska opozycyjne przystąpiła policja polityczna. (…) W wyniku działań operacyjnych SB zrezygnowano z umieszczenia na listach wyborczych 108 kandydatów i usunięto 341 kandydatów na członków komisji wyborczych” (s. 584–585).
11. Wybory czerwcowe do Sejmu X kadencji (kontraktowego)
11.1. Wybory do Sejmu zwanego kontraktowym, nie mogą być uznane za wolne, ale ich data – 4 czerwca 1989 r. – jest datą aktu konstytutywnego III Rzeczypospolitej, najważniejszym aktem współczesnej historii Polski41. Dla nikogo jednak ani wówczas, ani obecnie nie było wątpliwości, że wybory do Sejmu kontraktowego nie były wolne. Ich historyczne znaczenie polega na tym, że były sposobem na bezkrwawe przekazanie władzy przez komunistów, którzy nie mieli legitymacji ani historycznej, ani demokratycznej do jej sprawowania – ugrupowaniom z dotychczasowej opozycji demokratycznej i niepodległościowej. Materialnie władza leżała zresztą dosłownie na ulicy. Skarb Państwa był pusty, banki pozbawione pieniędzy, wielkie przedsiębiorstwa państwowe produkowały (jeżeli w ogóle) towary których jakość była poniżej standardów, niesterowalne było już sądownictwo i coraz mniej sterowny i zdemoralizowany aparat urzędniczy, i wreszcie – co nie najmniej istotne – załamywało się samo imperium radzieckie się pod ciężarem katastrofy gospodarczej oraz buntów w jego wewnętrznych prowincjach.
Młodzi Polacy, jak wykazały trwające od końca 1987 r. pełzające strajki oraz pokojowe akcje uliczne, byli jednoznacznie przeciwko jakimkolwiek kolejnym pomysłom reperowania zasad ustrojowych reżimu, kolejnym tzw. etapom reformy gospodarczej oraz tzw. socjalistycznemu pluralizmowi – chcieli po prostu wolności, demokracji, rządów prawa i praw człowieka oraz uwolnienia gospodarki. Chcieli wszystkich tych wartości naraz, tu i teraz. Chcieli ustroju demokracji parlamentarnej, zwanego w dotychczasowej literaturze konstytucjonalistów ustrojem burżuazyjnym. Aktem pierwszym, nieuniknionym i najważniejszym demokracji parlamentarnej są wolne wybory.
Wybory czerwcowe do Sejmu kontraktowego nie były wolne, nie spełniały bowiem dwóch z siedmiu przesłanek: dyskryminowały partie i ugrupowania niekontrolowane przez komunistów w równej walce politycznej o każdy z 460 mandatów. Okrągłostołowa ordynacja wyborcza przywróciła znany wiek temu system wyborów kurialnych – gwarantując za mniej głosów więcej mandatów „lepiej politycznie urodzonym”. Scenariusz prawodawcy w ustawie Ordynacja wyborcza do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej X kadencji, na lata 1989-1993 nie zakładał sytuacji, że wyborcy przy urnach wyrysują układ sprzeczny z umówionym przy okrągłym stole, i że wbrew umowie zawartej przy stole, ale zgodnie z wolą ludu pracującego miast i wsi/Narodu, nastąpi bezkolizyjne przejęcie władzy przez zwycięską partię lub koalicję wyborczą – co stanowiłoby wykonanie woli suwerennego narodu. Więcej, zwycięski, jak się okazało 4 czerwca, obóz polityczny najpierw respektował ten dyktat przedwyborczy pod hasłem pacta sunt servanda42. Do zmiany nastawienia politycznych zwycięzców i do przejęcia władzy 10 tygodni później zmusiła dekompozycja władzy komunistów w obliczu katastrofy gospodarki nakazowej i konieczności pozyskania społeczeństwa do kosztownej, radykalnej reformy gospodarczej. Zmianę scenariusza przyjęły do akceptującej wiadomości władze radzieckie i przywódcy państw zachodnich, ci ostatni – patrzący na sytuację w Polsce oraz wyniki wyborów czerwcowych z sympatią ale i przez pryzmat powodzenia, a co najmniej nie zakłócania, reform komunizmu u naszego wschodniego sąsiada43.
11.2. Przywołując oceny cytowanych wyżej historyków, ale i socjologów, politologów i prawników44, należy zauważyć, że były one pozytywne dla samego okrągłego stołu, dla Ordynacji wyborczej oraz, w większości, dla decyzji podjętych w następstwie rezultatów wyborów czerwcowych.
Stosunek A. Sowy do istoty wyborów czerwcowych określa tytuł jednego z rozdziałów jego książki: „Od Sejmu kontraktowego do wolnych wyborów parlamentarnych”45. Sowa podkreśla, że w wyborach do Sejmu w 1989 r. koalicja rządowa kierowana przez PZPR „miała do podziału 264 mandaty, natomiast w wolnych wyborach wybierano 161 posłów. Władze mogły wysunąć na miejsca objęte wolnymi wyborami swoich kandydatów, byle bezpartyjnych (…)” (s. 631). Elementy wolnych wyborów w 1989 r.: miały charakter konfrontacyjny, Państwowa Komisja Wyborcza nie uległa wpływom PZPR; wyniki zostały rzetelnie policzone. Cenę za udział w ustawionych w umowie a potem w ordynacji wyborczej wyborach 4 i 8 czerwca 1989 r. wynikach wyborów zapłacili posłowie PZPR i jej koalicjanci, którzy w świadomości społecznej stali sie posłami drugiej kategorii” (s. 639).
Z kolei R. Krasowski wskazuje, że w ordynacji wyborczej w 1989 r. „komuniści tak ustalili zasady, aby opozycja nie miała szans na przejęcie władzy, zaś opozycja, idąc do wyborów, nie tylko nie biła się o władzę, lecz jako swój strategiczny cel uznała to, że ani grama władzy nie zgodzi się przejąć. Po co zatem były te dziwaczne «wybory»? Odbyły się na żądanie PZPR. W 1988 roku komuniści zrozumieli, że są na krawędzi katastrofy. W ciągu kilku miesięcy spadły na nich trzy ciosy, każdy w istocie śmiertelny”46. Dla P. Buhlera, wybory czerwcowe były „pierwszymi prawie wolnymi” (s. 683).
P. Śpiewak47 oraz A. Paczkowski twierdzą, moim zdaniem, zasadnie, że wybory czerwcowe miały charakter plebiscytarny. Był to jednak moim zdaniem istotowo inny plebiscyt wyborczy niż te z lat 1952–1985, w tym ten popaździernikowy, ze stycznia 1957 r. Paczkowski o istocie wyników wyborów pookrągłostołowych pisze tak: „Plebiscyt wyborczy dał wynik jednoznaczny. Polacy odrzucali komunizm. Nie zmieniły tej opinii bardziej szczegółowe analizy, które nakazywały większą ostrożność. Oto do urn stawiło się niespełna 62% uprawnionych, co oznaczało niepokojące, zwłaszcza przy takim właśnie charakterze wyborów – rozmiary społecznej apatii, a także (czego nie można wykluczyć) wpływy radykałów wzywających do bojkotu. (…) Klęska PZPR została powszechnie uznana za całkowitą i całkowicie przekreślającą dotychczasowy – dawny wymuszony i nowy <urabiany> za pomocą reformatorskich działań mandat do sprawowania władzy”48.
11.3. W istotnej dla zrozumienia istoty sejmowych wyborów czerwcowych analizie socjologa identyfikującego się z poglądami lewicy, J. Raciborskiego49, zwraca się uwagę, że wybory te, w przeciwieństwie do senackich, „miały być konkurencyjne, ale nie konfrontacyjne. Konkurencyjność miała polegać na konkurencji personalnej, a nie partyjnej. Dopuszczono jednak, partyjną w istocie, rywalizację o 35% mandatów, o których błędnie mówi się, że były przeznaczone dla opozycji. (…) W demokracji wynik wyborów mierzy się rozkładem mandatów, a nie głosów. (…) W tym zaś przypadku wynik określono na podstawie rozmiarów politycznej mobilizacji zwolenników «Solidarności», liczby zebranych podpisów, liczebności wieców, zasięgu Gazety Wyborczej i wreszcie skali poparcia w wyborach do Senatu. We wszystkich tych wymiarach sukcesy «Solidarności» były spektakularne. W rezultacie choć obóz rządowo-koalicyjny uzyskał zdecydowaną większość mandatów w wyborach do Sejmu, tyle ile miał uzyskać, to wybory przegrał w sensie politycznym, a w opinii politycznej poniósł całkowitą klęskę” (s. 21–22). Rozumowanie to byłoby bezbłędne, gdyby Raciborski nie identyfikował „uzyskania” mandatów przez PZPR w wyniku wymuszonej okolicznościami umowy okrągłostołowej – z mandatami uzyskanymi w wolnych wyborach parlamentarnych.
W wolnych wyborach partia polityczna nigdy nie uzyskuje tyle mandatów, ile „ma” uzyskać. Uzyskuje ich tyle, ile uzyskuje. Decydują o tym tylko i wyłącznie wyborcy, z których każdy w tej sekundzie, w której stawia krzyżyk przy określonym nazwisku, ma władzę absolutną. Na tym polega demokracja, i tego muszą skrupulatnie bronić instytucje stojące na straży konstytucji. Dlatego Raciborski, pisząc kilka linijek dalej, że do wyborów czerwcowych w Polsce doszło dzięki zaszczepieniu demokracji w ciągu dwóch poprzedzających je miesięcy, i że stanowi to akademicki przykład demokracji oktrojowanej, narzuconej odgórnie i niedemokratycznie – nie ma znów racji. Demokracji Polakom nikt, a zwłaszcza zbankrutowana PZPR, nie musiała narzucać. Wobec kosztującej, licząc w dzisiejszych pieniądzach, co najmniej dziesiątki miliardów złotych i trwającej kilka dekad policyjnej i politycznej, a czasami wojskowej wojny partii komunistycznej z demokracją i wolnością, demokrację narzucili sobie głodni jej Polacy, praktykując ją poza nieprzyjaznym im państwem co najmniej od połowy lat 70. Czyli, demokracja w Polsce nie została oktrojowana i zaimplementowana przez 2 miesiące, ale była praktykowana w toksycznych politycznych, prawnych i gospodarczych warunkach przez co najmniej 180 poprzedzających miesięcy. Dowodzą tego, przed i po wprowadzeniu stanu wojennego, także prace grup ekonomistów oraz prawników, przygotowujących projekty dla demokratycznej i wolnej Polski50.
Trafnie owe kilka tygodni wyborczych maja i czerwca 1989 r. podsumowuje A. Dudek: „Wybory czerwcowe stanowiły przełomowy moment w procesie destrukcji systemu politycznego PRL. Zapoczątkowały żywiołowy proces rozpadu PZPR, a w ślad za nim całego porządku politycznego zbudowanego przez komunistów na przestrzeni ponad czterdziestu lat. «Powstał paradoks prawny i polityczny. PZPR z zapisu konstytucyjnego jest kierowniczą siłą, zaś w sensie mocy przeprowadzania własnej inicjatywy w parlamencie jest już ubezwłasnowolniona» – relacjonowano w informacji dziennej MSW opinie wygłoszoną przez anonimowego pracownika Ministerstwa Kultury”51.
Najnowszą, udokumentowaną źródłami, analizę politologiczną wyborów czerwcowych przynosi praca P. Kowala52. Autor ten podkreślił, że podstawową kwestią zespołu ds. reform politycznych „okrągłego stołu” było wprowadzenie zasady trójpodziału władzy. W tym obszarze jednym z kluczowych tematów były wybory parlamentarne. Komuniści zorientowali się, że „opozycjoniści nie są odpowiednio przygotowani do dyskusji o ordynacji wyborczej do Sejmu. Lech i Jarosław Kaczyńscy popierali koncepcję wyborów jako plebiscytu, przedstawiając maksymalistyczną wersję konfrontacji z władzą podczas głosowania. Janina Zakrzewska i Marcin Król twardo obstawali przy postulacie w pełni demokratycznych wyborów. Jacek Kuroń, Adam Michnik i Bronisław Geremek (…) nie odrzucali projektu w pełni demokratycznych wyborów, ale byli najbardziej skłonni przyjmować argumenty strony rządowej i pojmowali zmianę ustroju jako proces ewolucyjny, rozciągnięty na cztery lata”53. Komuniści dążyli zatem do „uzgodnienia przyszłej struktury parlamentu”, nie mieli oni żadnej woli „stracić władzy przy pomocy kartki wyborczej” (s. 461, 470). Zgadzali się na postulat wolnych wyborów do Senatu, przy minimalnych jego kompetencjach prawodawczych. Aktywnym uczestnikiem kampanii wyborczej po stronie PZPR była jej tajna policja polityczna54, począwszy od wywiadu SB, korzystająca z arsenału wypróbowanych technik działania takiej policji. Z punktu widzenia logiki wydarzeń i leżących u ich podłoża procesów gospodarczych i społecznych, były to jednak zabiegi jałowe, o czym jeszcze rządzący Polską ludzie z PZPR i z resortów siłowych rządu wiedzieli kilka miesięcy przez wyborami czerwcowymi. Nie sposób nie zgodzić się z Kowalem, gdy tak podsumowuje proces schyłku reżimu, który doprowadził do bankructwa gospodarczego i głębokiej degradacji cywilizacyjnej Polskę i jej obywateli: „Celem Jaruzelskiego i Kiszczaka było zachowanie władzy i modernizacja systemu – taka transformacja schyłkowego totalitaryzmu, która zapewniałaby utrzymanie przynajmniej ekonomicznych wpływów. Główne założenia polityczne nie ziściły się, a Jaruzelski i jego współpracownicy musieli oddać władzę. Stało się tak z kilku powodów: niesprzyjającej sytuacji międzynarodowej, postawy kręgów decyzyjnych w Kościele, faktu, że w Polsce istniała opozycja, która po stanie wojennym odzyskała zdolność wpływania na bieg wydarzeń, słabości całego aparatu władzy w PRL oraz błędów samego zespołu usiłującego dokonać zmian. Sprawa miała jednak dalszy ciąg – kolejne etapy polskiej transformacji zostały poważnie naznaczone doświadczeniem «samo-reformy» systemu podjętej przez pieriestrojkową ekipę generała”55.
11.2. Przed wyborami czerwcowymi, Andrzej Zoll został delegowany przez „Solidarność” do Państwowej Komisji Wyborczej, obok Zofii Wasilkowskiej, Janiny Zakrzewskiej, Piotra Andrzejewskiego i Jerzego Ciemniewskiego. Zoll został wiceprzewodniczącym PKW. We wspomnieniach z okresu tych wyborów56, zaznacza, że delegowani przez „Solidarność” członkowie PKW, na początku musieli przeciwstawić się „starej praktyce wszystkich ciał kolegialnych epoki komunistycznej”, to jest delegowania władzy PKW do jej prezydium, gdzie tzw. strona rządowo-koalicyjna miała absolutną większość. Zoll pisze m.in. tak: „Taktyka nasza polegała przede wszystkim na tym, aby cały proces wyborczy, oczywiście z wyjątkiem samego aktu głosowania, uczynić jawnym. W tym widzieliśmy szansę uniknięcia zafałszowania wyników wyborów (…). Najbardziej obawialiśmy się etapu przekazywania protokołów z lokali wyborczych do komisji okręgowych (…). W wytycznych PKW znalazła się, wiążąca dla komisji obwodowych dyrektywa nakazująca wywieszenie jednego z egzemplarzy protokołu na zewnętrznych drzwiach lokalu wyborczego. Późniejsze ordynacje wyborcze inkorporowały tę dyrektywę do swoich uregulowań powszechnie obowiązujących. Komuniści pewni byli sukcesu wyborczego. Jednak na dwa dni przed terminem