Piotr Rachtan, Krzysztof Łoziński: Gęgaczy niechciana Schadenfreude. Co PiS zrobić z mediami zamierzał i czy mu się powiodło

5
(1)

Nie jest w Polsce przyjęte w życiu publicznym odwoływanie się do własnych przestróg i analiz, niektórzy uważają to za nieeleganckie… My twierdzimy jednak inaczej – politykom, jak zresztą i publiczności, która powierza swój los tym ludziom, warto przypominać to, co się kiedyś opublikowało, choćby po to, by wszyscy wiedzieli, co się zlekceważyło, a co – przeceniło.

Kiedy sześć lat temu pisaliśmy „Raport Gęgaczy. O kłamstwach, manipulacjach i prawdziwych zamiarach środowiska PiS”, wydany w pośpiechu nakładem własnym już po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich, a tuż przed wyborami parlamentarnymi, skupiliśmy się na kilku wybranych obszarach życia publicznego i organizacji państwa, wśród nich – na wolności mediów.

Raport był ostrzeżeniem dla niedowiarków i obojętnych, był wezwaniem do bacznej uwagi:

Obserwujmy czujnie wystąpienia, wsłuchujmy się uważnie w słowa, czytajmy starannie projekty: z nich przebija się właściwy plan przejęcia władzy i wzięcia Polaków za mordę” (Piotr Rachtan, 16 kwietnia 2011, kontrateksty.pl)

Lipcowa szarża ustawodawcza Marka Suskiego, posła Prawa i Sprawiedliwości, jednego z najbardziej zaufanych lizusów prezesa Kaczyńskiego, na stację telewizyjną TVN, a w szczególności – to jest dla każdego obserwatora życia publicznego w Polsce oczywiste – na kanał informacyjny TVN24 nie jest dla nas żadną niespodzianką. Naturalnie, nie mogliśmy przewidzieć ani momentu, ani kształtu projektu, lecz że nastąpi – było dla nas oczywiste.

Najpierw jednak trzeba było opanować media publiczne i przekształcić je w sprawne narzędzie haniebnej, naszym zdaniem, lecz dla PiS – skutecznej propagandy. Że to się stanie, wiadomo było od dawna. Pierwszym sygnałem, poważnym, był pomysł objęcia publicznych mediów unormowaniem konstytucyjnym, co PiS zaplanował w swoim projekcie konstytucji ze stycznia 2010 roku. W Raporcie Gęgaczy przywołaliśmy analizę tego dokumentu, pióra Piotra Rachtana, opublikowaną w serwisie publicystycznym kontrateksty.pl (jego archiwum jest dostępne na stronie Studia Opinii). Zacytujmy ten fragment:

Media publiczne (16 kwietnia 2011, kontrateksty.pl)

Dla polityków Prawa i Sprawiedliwości, w szczególności dla Prezesa, media publiczne są nader cennym narzędziem realizowania polityki. Trwające od kilku lat walki o odpowiedni dobór członków KRRiTV czy zarządów i rad nadzorczych poszczególnych spółek medialnych wskazują na wiarę tej partii w polityczną rolę – zwłaszcza telewizji. Dlatego i w tej dziedzinie PiS zamierzyło reformy, które w przyszłości miałyby pozwolić na skuteczne manipulowanie opinią Narodu. Według PiS „Instytucje publicznej radiofonii i telewizji, działając w sposób niezależny od bieżących decyzji politycznych, realizują misję publiczną, w szczególności poprzez upowszechnianie tradycji narodowej i wartości patriotycznych, przyczynianie się do zaspokajania duchowych potrzeb słuchaczy i widzów, upowszechnianie dorobku polskiej i światowej kultury i nauki, ułatwianie dostępu do rzetelnej informacji oraz tworzenie warunków pluralistycznej debaty w sprawach publicznych”. Narzędziem realizacji tej misji przestaje być dotychczasowa Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, ze skomplikowanym systemem wyboru jej członków, która sama sobie wybiera przewodniczącego i która w pewnych warunkach może być dość niezależna od polityków i bieżących awantur. PiS chce w jej miejsce utworzyć Urząd do Spraw Mediów Elektronicznych, który ma czuwać „nad przestrzeganiem ustawowych zasad i procedur obsady organów nadzorczych i zarządzających w publicznej radiofonii i telewizji, wykonuje określone w ustawie kompetencje regulacyjne i kontrolne w sprawach mediów elektronicznych”. Najważniejsze jednak jest to, że prezesa Urzędu do Spraw Mediów Elektronicznych “powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na 5 lat”. Powołuje, a zatem może odwołać. I kontrolować.

Zwróćmy uwagę na kolejność proponowanych przez PiS zadań mediów publicznych: w pierwszym rzędzie „upowszechnianie tradycji narodowej i wartości patriotycznych”, a na końcu „ułatwianie dostępu do rzetelnej informacji oraz tworzenie warunków pluralistycznej debaty w sprawach publicznych”.

Projekt konstytucji przepadł gdzieś, gdy zaczęto się nim interesować. Wkrótce po artykule w Kontratekstach Gazeta Wyborcza opublikowała obszerną analizę projektu konstytucji PiS piórem Marka Borowskiego, który również zwrócił uwagę na ten pomysł ściślejszego politycznego uzależnienia mediów.

Wreszcie, już przed wyborami, pisalismy o tym w Raporcie tak:

Dziś, [przed wyborami 2015] Prawo i Sprawiedliwość nie kryje, że chce odwrócić bieg historii i odzyskać media publiczne. Pracuje nad tym Jarosław Selin, pisząc nową ustawę medialną, która zlikwiduje medialne spółki skarbu państwa i przekształci je w „narodowe instytucje kultury”. Media publiczne zostaną przekształcone w „media narodowe”, cokolwiek miałoby to znaczyć. A jeśli narodowe, to pełniące zupełnie inną misję, niż „publiczne”. Szczególnie wyraziście brzmi to pojęcie narodowych mediów, gdy przypomnimy sobie definicję PiS „Narodu jako realnej wspólnoty połączonej więzami języka i – szerzej – całego systemu semiotycznego, kultury, historycznego losu, solidarności. Dzięki temu jednostka mogła się odnaleźć jako człowiek, jej życie nabierało sensu, a poprzez mechanizm demokratyczny państwa narodowego zyskiwała też podmiotowość we wspólnocie.” Ciekawi nas bardzo, jak w tak opisanej rzeczywistości zmieszczą się w mediach publicznych, pardon – narodowych, wciąż egzystujące w granicach Polski mniejszości, niestety – narodowe”.

Wściekły atak na TVN, a w szczególności na informacyjny kanał TVN24, który nie może się doczekać odnowienia koncesji – teraz widać, jak wielkim błędem było przyjęcie zasady odnawialności koncesji – to konsekwencja wieloletniej niechęci i strachu polityków Prawa i Sprawiedliwosci przed odpytywaniem „na żywo” przez niezależnych dziennikarzy tej stacji bez możliwości wycofania się, przerobienia odpowiedzi czy po prostu wycięcia jakiejś kwestii nie po myśli prezesa PiS. On to bowiem najbardziej tej stacji nie lubił, jak zresztą w ogóle mediów (od PiS) niezależnych. Pisaliśmy o tym tak:

Media niezależne (od PiS) traktowane są często przez jego polityków jak forpoczty wroga. Niezależnie od tego, czy są to media krajowe, czy zagraniczne, traktowane są z najwyższą nieufnością, a nawet – wrogo, ze skutkami czasem tyleż nieoczekiwanymi, co groźnymi dla państwa: warto tu wspomnieć tzw. aferę kartoflaną, o której P. Rachtan pisał w „Kontratekstach: „Kiedy (…) Peter Koehler opublikował w “Die Tageszeitung” satyryczny tekst o braciach Kaczyńskich “Nowe polskie kartofle. Dranie chcący opanować świat. Lech „Katsche” (mlaskający- red.) Kaczyński.” retorsje dotknęły uczestników szczytu Trójkąta Weimarskiego, a prokuratura (czy wtedy to nie Zbigniew Ziobro był Prokuratorem Generalnym?) wszczęła postępowanie zawiadomiona o przestępstwie przez Przemysława Gosiewskiego. Na szczęście Koehler w Polsce się nie pojawił, choć świadków przesłuchano.” Stosunki z państwami sojuszniczymi stały się w ten sposób zakładnikami wrażliwości przywódców PiS na opinie o nich. W kraju PiS zaczął w lipcu 2008 roku bojkotować audycje publicystyczne TVN i TVN24, które oskarżał o brak obiektywizmu. Według dziennika “Rzeczpospolita”, poszło o pechową rozmowę z Markiem Suskim. Poseł Prawa i Sprawiedliwości miał wystąpić w TVN z ministrem Aleksandrem Gradem, ale na miejscu okazało się, że Grada zastąpił Jacek Socha. Z tłumaczeń dziennikarza Suski zrozumiał, że to Grad nie chciał z nim wystąpić. W rozmowie z “Rzeczpospolitą” poseł Suski podkreślił, że polityków PiS, którzy mają “złe doświadczenia” z TVN jest więcej. – Mamy dość roli chłopca do bicia – stwierdził. Wszystkie te informacje potwierdził jeszcze w środę wieczorem w wypowiedzi dla TVN24 szef klubu PiS Przemysław Gosiewski. – Posłowie PiS nie będą brali udziału w programach informacyjnych (TVN i TVN24 – przyp. red.), bo widzimy brak obiektywizmu dziennikarskiego i w tej sprawie nie możemy godzić się na tego typu praktyki – oświadczył polityk PiS.- podała „Gazeta Wyborcza”.

Jarosław Kaczyński uzasadniał tę decyzję „niesłychanym grubiaństwem”, osobliwie satyrycznego programu „Szkło kontaktowe”, które „przyrównał (…) do polityki tzw. niemieckich pism gadzinowych, które “za wszelką cenę chciały doprowadzić Polskę i Polaków do najniższego poziomu”. Określił też TVN jako “formację, bo to coś więcej niż tylko stacja telewizyjna”, siejącą w Polsce nienawiść i “niezwykle radykalnie przeciwstawiającą się jakiejkolwiek próbie zmiany, wzmocnienia Polski”. („Wprost”, J. Kaczyński stawia warunki TVN)

Już w styczniu 2009 bojkot „został zawieszony”. Ale pewnie swojej opinii z 2005 roku (‘W Polsce tak naprawdę wolnych mediów nie ma. Jest pewien układ i dziennikarze, których pozycja jest bardzo trudna.’ – konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego w Krakowie, 27 lutego 2005 – za Wikicytaty) – nie zmienił. Jeszcze dwa cytaty, świadczące o wielkiej do mediów nieufności i niechęci: „Rzeczywistość jest taka, że TVN bulgocze nienawiścią wobec PiS. Nie lepiej jest z Polsatem.” – wywiad dla „Rzeczpospolitej”, 26 października 2007; „Ja bym bardzo prosił radia, w szczególności niemieckie, by nie prowadziły kampanii zmierzającej do tego, aby odwracać uwagę od ważnych spraw, a zajmować się jakimiś bzdurami, zupełnie drobnymi wydarzeniami. (…) Media niemieckie powinny być szczególnie ostrożne, bo mogą być posądzane o wtrącanie się do polskich spraw wewnętrznych.” – odpowiedź na pytanie dziennikarza radia RMF FM o zagłuszanie rozmów telefonicznych pielęgniarek strajkujących latem 2007. „Media niemieckie” to w tym kontekście radio RMF FM.

Odrębną kwestią była lustracja dziennikarzy, którą zarządziła tzw. Ustawa lustracyjna uchwalona w 2006 roku i obalona przez Trybunał Konstytucyjny w 2007 roku. Ustawa przewidywała sankcję 10 lat zakazu wszelkich publikacji dla osób, które się same nie zlustrują oraz dla redaktorów naczelnych, którzy nie zlustrują dziennikarzy (oświadczenia lustracyjne od dziennikarzy mieli odbierać redaktorzy naczelni i przekazywać do IPN). Co więcej, redaktorom naczelnym, którzy swojej załogi nie zlustrują mogły nawet grozić sankcje karne. Opisał to szczegółowo Krzysztof Łoziński w internetowym magazynie „Kontrateksy” (przedruk tego artykułu ukazał się także w Gazecie Wyborczej):

Zlustrować Ala Pacino i Genowefę Pigwę

Około 600.000.000 (sześćset milionów) ludzi z całego świata podlega w Polsce lustracji. To wcale nie żart. To wniosek z kolejnego bubla prawnego uchwalonego przez Senat, bezmyślnie przyklepanego przez Sejm i podpisanego przez prezydenta.

[…] Przyjęta przez Senat ustawa lustracyjna nakazuje lustrację wszystkich dziennikarzy, także cudzoziemców i obywateli polskich na emigracji. Sankcją za niezastosowanie się do niej ma być 10 lat zakazu wykonywania zawodu.

Kto jest dziennikarzem określa ustawa Prawo Prasowe, która tworzona była […] w czasach, gdy nie było jeszcze Internetu i telewizji satelitarnej. W ustawie […] zapisano, że dziennikarzem jest każdy, kto wykonuje pracę na rzecz redakcji i to nawet pracę jednorazową, nieodpłatną. A więc nie musi być zatrudniony, wystarczy, że raz w życiu zrobił coś dla redakcji – przysłał list, zdjęcie, udzielił odpowiedzi do mikrofonu na ulicy. Mało tego, inny artykuł Prawa Prasowego mówi, że przepisy ustawy dotyczą nie tylko publikacji w prasie (pod pojęciem prasy ustawa rozumie także stacje telewizyjne i radiowe) ale także wszelkich innych publikacji. Oznacza to, że Prawo Prasowe dotyczy także Internetu, książek, ulotek, sztuk teatralnych, kabaretów, filmów, wystaw fotografii i malarstwa… Nie zapisano wprawdzie jasno, czy osoby pracujące dla takich mediów też są dziennikarzami w sensie ustawy, ale nie określono też, że nie są, a w kilku przypadkach polskie sądy orzekły już, że są.[…]

Przy skrajnej interpretacji ustawy Prawo Prasowe, dziennikarzami są więc: autorzy wpisów na forach internetowych, posiadacze blogów czy stron internetowych w ogóle, wszyscy aktorzy teatralni, filmowi i kabaretowi, fotograficy, malarze, mówcy wiecowi, czy choćby ludzie głośno mówiący w miejscach publicznych. Według orzecznictwa polskich sądów głośne przemawianie do tłumu nawet przypadkowych słuchaczy jest tożsame z publikowaniem głoszonych treści, a w połączeniu z Prawem Prasowym w skrajnej interpretacji, orzecznictwo to znaczy, że człowiek głośno śpiewający na ulicy jest dziennikarzem.

Ktoś powie, że przesadzam. Być może, ale były już przypadki wydawania wyroków przez sądy w oparciu o taką interpretację Prawa Prasowego. I wbrew pozorom nie musiały to być wyroki absurdalne. Po prostu definicja dziennikarza z ustawy Prawo Prasowe miała służyć określeniu, kto jest obowiązany przestrzegać norm dotyczących wszelkich publikacji, rozumianych jako głoszenie jakiejś treści wobec zbiorowych odbiorców. Norm takich, jak: głoszenie prawdy, sprawdzanie źródeł, nie obrażanie nikogo itp. Dla tego celu, taka, jak powyżej, definicja dziennikarza, jest dobra. Absurdalna staje się dopiero, gdy zaczyna się ją stosować dla innych celów, na przykład lustracji.

Nawiasem mówiąc, taką szeroką definicję dziennikarza stosuje od lat IPN, udostępniając swoje archiwa ludziom obecnie nie zatrudnionym w żadnej redakcji. IPN rozumuje, że skoro ktoś kiedyś coś publikował, to jest dziennikarzem i ma dostęp, jako dziennikarz. Jak już wspomniałem, taką logiką potrafią kierować się też sądy, stosując Prawo Prasowe wobec autorów blogów, czy wpisów na forach internetowych.

[…] Wedle ustawy, lustracji mają podlegać dziennikarze wszystkich mediów w Polsce, ale nie wiadomo, co to znaczy. Czy mediów tworzonych w Polsce, czy kolportowanych w Polsce, czy wydawanych w Polsce, czy nadawanych z Polski? Pojawia się od razu pytanie: w jakim kraju leży Internet i w jakim kraju leży satelita? Czy lustracji podlega telewizja „Trwam” nadawana do satelity z terytorium Federacji Rosyjskiej i „Polonia 1” Nicoli Grausso nadawana z Włoch? Bo jeśli tak, to znaczy, każda telewizja odbierana w Polsce i cały Internet, nawet ten z Papui Nowej Gwinei, podlegają lustracji (bo Internet z całego świata odbierany jest w Polsce). Platforma cyfrowa „Cyfra+” przekazuje do Polski sygnał ponad 800 stacji telewizyjnych i radiowych z całego świata. Codziennie powstaje ponad 100 tysięcy nowych blogów internetowych i publikowane jest w Internecie miliard nowych zdjęć. To wszystko chcą zlustrować szanowni senatorowie. Wedle mojego szacunku ok. 600 milionów ludzi z całego świata ma złożyć oświadczenia lustracyjne a IPN ma je sprawdzić.

Ale to nie koniec absurdów ustawy. Według naszego prawa, obywatelem polskim jest każdy, kto nie przestał nim być decyzją polskich władz. I tu mamy milion lub więcej emigrantów mieszkających od lat za granicą, których Polska ciągle uważa za swych obywateli, nawet gdy oni mają inne zdanie. Bardzo wielu z nich jest dziennikarzami. Ludzie ci mają się zlustrować, bo jak nie, to przez 10 lat nie będą mogli wykonywać zawodu dziennikarza, na przykład w BBC lub „New York Harald Tribune”.

[…] Jeśli ktoś chce bardzo dużo i bez wysiłku zarobić, to powinien w sądzie okręgowym zarejestrować nową gazetę (np. pod tytułem „Latające Ślimaki”) z sobą w roli redaktora naczelnego, a następnie nie wypełnić oświadczenia lustracyjnego. Rejestracja gazety w sądzie to wypełnienie jednego druczku i znaczki opłaty sądowej za 30 złotych. Trzeba poczekać, aż zostanie się ukaranym zakazem wykonywania zawodu dziennikarza i zaskarżyć tę decyzję do Trybunału Praw Człowieka Strasburgu. 50 tysięcy euro odszkodowania ustawi nas finansowo na długie lata.

[…] Zgodnie z ustawą nie wolno mi, jako redaktorowi naczelnemu, zamieścić żadnego materiału dziennikarza ukaranego zakazem na 10 lat. Szkopuł w tym, że nie tylko w naszej internetowej gazecie, ale i w wielu mediach tradycyjnych, znaczna część tekstów przesyłana jest przez Internet. Dzisiejsi dziennikarze bardzo często mieszkają w innych miastach a nawet krajach, niż wychodzi gazeta. Jeśli dostaję tekst podpisany Jaś Kowalski, to skąd mam wiedzieć, że nie podpisała się tak ukarana zakazem Ania Kwiecińska? Muszę to sprawdzić. Muszę kazać na przykład Mariannie Dembińskiej przyjechać z Mediolanu albo Staremu Wiarusowi z Sydney i wylegitymować się dowodem osobistym. Ale by była kupa śmiechu! Ale to jeszcze nic, bo to Polacy. Ale jak mam zmusić do legitymowania się Davida Kilgurda z Kanady albo Pawła Szeremieta z Rosji? Nie chcę nawet słyszeć odpowiedzi, gdzie oni mają polską ustawę.[…]

***

11 maja 2007 roku Trybunał Konstytucyjny w pełnym składzie orzekł, że (decyzją Trybunału) „Z obowiązku poddania się procedurom lustracyjnym wyłączono: […]członków zarządów lub rad nadzorczych, osób prawnych, a także osoby fizyczne, które uzyskały koncesje na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych; wydawców oraz redaktorów naczelnych w rozumieniu prawa prasowego, także dziennikarzy”.

Jednym z istotnych argumentów przeciw konstytucyjności ustawy podnoszonym w skardze konstytucyjnej był zapis 10. letniego zakazu wykonywania zawodu dziennikarza dla osób zlustrowanych. Podnoszono, że jest to typowy akt zakazanej przez Konstytucję RP cenzury prewencyjnej, tzw. „zapis na osobę”. Naszym zdaniem, ustawa lustracyjna była de facto próbą ustanowienia politycznej cenzury w mediach i nauce, pod pozorem lustracji. Na podstawie tej ustawy politycy mogli decydować, komu wolno, a komu nie, publikować lub prowadzić badania naukowe.

Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy i znając późniejsze wydarzenia, można podejrzewać, że już wtedy tworzono prawo, które w zamyśle twórców (jednego twórcy?) było wycelowane w TVN. W końcu do dzisiaj pokutuje w opowieściach prawicy mit o nieprawym łożu komunistycznych służb (WSI, mianowicie), w którym poczęta została ta telewizja.

Jak więc widać, nic przez te lata się nie zmieniło w argumentacji i niechęci do wszelkich bytów niezależnych od PiS oraz w zaciekłym dążeniu do ich podporządkowania – lub likwidacji. Przed czym przestrzegali nie tylko Gęgacze, ale wielu innych obserwatorów i specjalistów, których głosy przyjmowano z niedowierzaniem, lub wręcz z lekceważeniem. Tymczasem zmianie uległy narzędzia i możliwości, po przejęciu mediów publicznych i uczynieniu z nich domu publicznej, to jest partyjnej propagandy, po wtłoczeniu milionów złotych w niepokorne media braci K., pisma SKOK-ów, „Gapol”, po nacjonalizacji Polska Presse, po zastosowaniu na wielką skalę potępianej w demokratycznym świecie procedury SLAPP – dziś obóz Prawa i Sprawidliwości sięga po jedyną ogólnopolską niezależną od państwa i kapitału polskiego (którego właścicieli można dość łatwo oswoić) stację telewizyjną.

Z dużymi szansami na doraźny sukces: dziś PiS, a w istocie Jarosław Kaczyński dysponuje przecież państwem.

Wszystko to piszemy bez żadnej satysfakcji, na szczęście jako emeryci mamy w naszych życiorysach relacje z gorszą opresją i znacznie trudniejszym przeciwnikiem wolnego słowa, który – zdawało się – wydrążył z dążeń i marzeń o wolności wszystkich Polaków. Tamten reżim, wspierany z zewnątrz, próchniał i gnił dziesięciolecia, poczas gdy zaprowadzany przez PiS narodowy i przykościółkowy porządek sypie się od samego początku. Przez opór materii (czytaj: obywateli), głupotę funkcjonariuszy, ich nieumiarkowaną chciwość i kumoterstwo, nieznajomość świata a nawet lęk przed nim, wreszcie skomplikowanie procesów społecznych i gospodarczych, których tęgie, lecz drewniane głowy polityków PiS nie ogarniają. Na dodatek, gdy komuniści starali się elity nauki i kultury jakoś oswoić i przekupić, Dobra Zmiana usiłuje je podmienić, podsuwając fałszywkę w miejsce oryginału. Uważamy, że PiS tego równania ze zbyt wieloma dla niego niewiadomymi nie rozwiąże.

O ile opozycja głosów ostrzegających znów nie zlekceważy…

Piotr Rachtan, Krzysztof Łoziński

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 1

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments