Tomasz Krawczyk: By nie skończyć na „Campo de’ Fiori”…

Na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się ostatnio tekst sędziego Dariusza Czajkowskiego dotyczący problemu długotrwałości ogłaszania wyroku w sprawie afery „Amber Gold” („Kopernik też był jeden, czyli o wielogodzinnym czytaniu wyroku ws. Amber Gold”). Ogólnie autor (obecnie sędzia nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego) zmierzał do tezy, że treść art. 418 §1 k.p.k. nie stoi na przeszkodzie temu, żeby sędzia ogłosiła wyrok, nie odczytując go fizycznie. Przywołał przykład Kopernika aby nakłaniać sędziów do tego by sprzeciwiali się „utrwalonej linii orzeczniczej” i argumentowi, że „zawsze tak było”, jeśli „prawnicza interpretacja prowadzi sędziego do wniosków przeciwnych, ale jawnie rozsądnych, pozwalających na uniknięcie jurydycznych absurdów i wtórnego pokrzywdzenia stron”. Na koniec postawił przekorne pytanie: „Kopernik też był jeden. No i co?”.

Zaczynając od końca: Kopernik nie był jeden, bo byli i przed nim, i po nim. Np.: Galileusz, któremu zakazano nauczania heliocentryzmu, skazując go na pokutę i więzienie, Giordano Bruno, który w ogóle skończył na stosie, a także wielu innych, bezimiennych, zaginionych w odmętach historii, surowo karanych za wyprzedzanie myślą epok, w których żyli. Bycie forpocztą nowych trendów jest bowiem zwykle tyleż samo zaszczytne co ryzykowne. Od sędziego trudno zaś wymagać zachowań suicydalnych.

Zgodzić się należy z autorem, że serial pod tytułem: „Ogłaszanie wyroku w sprawie Amber Gold” pokazuje absurdalność odczytywania całości obszernych orzeczeń karnych. Nie ma jednak racji przerzucając na sędziów liniowych powinność wypracowania tu właściwych schematów. To ustawodawca powinien dbać o wyposażenie sędziów w odpowiednio efektywne narzędzia przepisów proceduralnych – tak aby prowadzony przez nich proces przebiegał sprawnie, ekonomicznie, a jednocześnie gwarantował słuszne prawa podsądnych i możliwie najbardziej sprawiedliwe orzeczenie. Zapewne trudno to jednak przyznać sędziemu, który swoją obecność w Sądzie Najwyższym zawdzięcza temu, że miast naprawiać te procedury, obecna władza ustawodawcza i wykonawcza zapowiadane reformy w wymiarze sprawiedliwości ograniczała dotąd głównie do wymiany kadrowej na przychylne sobie kadry.

Merytorycznie, sugerowana przez sędziego Czajkowskiego interpretacja art. 418 §1 k.p.k. jest błędna. Fundamentalnymi zasadami wykładni językowej są: tekst prawny należy czytać w taki sposób, aby jakieś jego elementy nie były niepotrzebne oraz że ekscepcji nie należy interpretować rozszerzająco. Z racji dostrzeżenia już wówczas paradoksów, do jakich prowadzi obowiązek odczytywania całej jego treści, w 2015 r. wprowadzono rozwiązanie, że „ogłaszając wyrok można pominąć treść zarzutów oskarżenia” (§1a). Tę część uznano za zbędną, bo zakłada się na tym etapie, że oskarżony już wie z aktu oskarżenia, co mu się zarzuca. Ów wyjątek ma sens tylko dla założenia, że sąd ma w ogóle obowiązek wyrok odczytać bo przy czynnościach niewerbalnych, tudzież tylko niesformalizowanym poinformowaniu o treści orzeczenia, nie ma powodu czynić podobnych zastrzeżeń. Lektura strony 89 uzasadnienia druku sejmowego nr 870 Sejmu VII Kadencji jasno wskazuje, że chodziło wtedy jedynie o ograniczenie tylko w tej sferze nadmiernego wysiłku sądu – przy oczywistym dla projektodawców założeniu, że wyroki jednak nadal będą co do zasady odczytywane. Ten zapis nie wzbudził żadnej dyskusji posłów omawiających go na posiedzeniu podkomisji sejmowej z dnia 24 kwietnia 2013 r. Do tego zachowano zasadę, że po ogłoszeniu wyroku „podaje się ustnie najważniejsze powody wyroku” (art. 418 §3 k.p.k.). Warto odnotować, że dotychczasowe „odczytywanie aktu oskarżenia” równolegle zastąpiono „zwięzłym przedstawieniem przez oskarżyciela zarzutów oskarżenia” (art. 385 §1 k.p.k.). Gdyby chciano zerwać z tradycją odczytywania wyroku, też by to wtedy jednoznacznie przesądzono. Reasumując, nie da się inaczej logicznie połączyć obecności §1a z art. 418 §1 k.p.k. aniżeli uznając, że w 2015 r. pośrednio zakotwiczono w ustawie karnoprocesowej dotychczasową, wprawdzie siermiężną lecz ugruntowaną wieloletnią tradycją milionów orzeczeń, regułę, że „ogłoszenie wyroku” wymaga – co do zasady – odczytania całej jego treści, przewidując tylko ten wyjątek, że sędzia może zrezygnować ze zbędnego odczytywania zarzutów stawianych oskarżonemu. Można to oczywiście zmienić na przyszłość – ale to już wymaga ingerencji ustawodawczej.

W wypadku sędzi z Gdańska psychologicznie dodatkową trudność stanowił zapewne fakt, że to akurat nadrzędny nad nią Sąd Apelacyjny w Gdańsku postanowieniem z dnia 9 czerwca 1999 r. w sprawie sygn. II AKo 113/99 niegdyś kategorycznie przesądził, że dla ważności orzeczenia wymagane jest jego ogłoszenie, a brak publikacji lub równoważne z tym ogłoszenie w nieprawidłowy sposób „stanowią najpoważniejsze naruszenia prawa”. Nie bez znaczenia była również sprawa Aliny Czubieniak, w której koledzy sędziego D. Czajkowskiego z Izby Dyscyplinarnej SN (z tego samego naboru) niedawno skazali sędzię za treść orzeczenia jako „rażącą i oczywistą obrazę przepisu prawa”, a w gruncie rzeczy za to, że referent zechciała być właśnie takim „Kopernikiem” postępowań aresztowych, zastępując ustawodawcę w prawidłowej implementacji międzynarodowych standardów w zakresie udziału obrońcy podejrzanego w śledztwie obejmującym podejrzanego z wątpliwościami co do poczytalności. Przed podzieleniem losu co najmniej Galileusza uratowała ją właściwa postawa sędziów sądu dyscyplinarnego przy sądzie apelacyjnym, którzy pierwotnie ją uniewinnili. Tylko dlatego owo skandaliczne skazujące orzeczenie Izby Dyscyplinarnej SN nie stało się ostatecznym, lecz jako reformatoryjne na niekorzyść obwinionej może być jeszcze przez nią zaskarżone do innego składu SN.

Z racji swojej ogromnej wagi społecznej, sprawa karna dotycząca afery Amber Gold wydaje się być do tego najgorszym miejscem na jakieś eksperymenty procesowe, które mogłyby się potencjalnie zakończyć zakwestionowaniem ważności zapadłego orzeczenia. Z punktu widzenia autorytetu wymiaru sprawiedliwości byłaby to katastrofa o skali nieporównywalnej z obecnymi trudnościami z odczytywaniem wyroku, niwecząca ogromny wysiłek włożony w osądzenie całej sprawy. Dla sędzi – biorąc pod uwagę obecne nastroje społeczne podsycane przez antysędziowską narrację obecnej ekipy – oznaczałoby to zapewne bardzo dolegliwe postępowanie dyscyplinarne, jeśli nie karne. Osobiście dostrzegam zresztą pozytyw całej sytuacji: długotrwałość publikacji wyroku w tak medialnej sprawie jest bezcenną lekcją dla polityków (wszystkich opcji) jak duże znaczenie ma prawidłowe konstruowanie przepisów proceduralnych i że warto słuchać merytorycznych uwag sędziów, którzy przecież w przeszłości wielokrotnie wskazywali (z różną, niestety, efektywnością) na rozliczne absurdy procedury, w tym te odnoszące się właśnie do sfery ogłaszania wyroków sądowych.

SSO Tomasz Krawczyk

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

Dodaj komentarz

Możesz komentować z użyciem konta WordPress.com, Twittera, Facebooka, lub Google+.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: