Sędzia Stanisław Zabłocki do młodych adwokatów o marzeniach i miłości

Przemówienie Sędziego Sądu Najwyższego Stanisława Zabłockiego

29 czerwca 2019 roku w Warszawie

Panowie Prezesi, Panie Dziekanie, Wysoka Rado, ale przede wszystkim Panie i Panowie, główni bohaterowie dnia dzisiejszego, a już za kilkanaście minut pełnoprawni, stuprocentowi członkowie warszawskiej Palestry!

Dziś jest Wasz gorący dzień. Gorący dosłownie i w przenośni. Dosłowności nie jest w stanie złagodzić nawet dobrze działająca klimatyzacja, na zewnątrz bowiem ponownie fala upałów. Przenośni nie muszę tłumaczyć, bowiem jestem przekonany, że do końca życia będziecie doświadczać tej fali gorąca w okolicy serca na samo wspomnienie dnia adwokackiego ślubowania.

Skąd to wiem? Bo wiem, co czuję, gdy staje mi przed oczyma scena, w której to ja sam przed blisko 40. laty składałem przysięgę. Bo z rozmów z bardzo wieloma koleżankami i kolegami adwokatami, różnych pokoleń, wiem, jakie nimi targają emocje na wspomnienie tej chwili.

Mając na uwadze ten gorący dzień, chcę Was, Panie i Panowie, od razu na wstępie, uspokoić, że zapowiedź Pana Dziekana, iż oto wygłoszę wykład zatytułowany „Adwokatura – moja miłość”, jest skrojona zdecydowanie na wyrost.

Po pierwsze, uczciwy wykład powinien trwać co najmniej 45 minut, a któż ośmieliłby się, w dniu Waszego wielkiego święta i przy tej fali gorąca, absorbować Waszą uwagę przez trzy kwadranse.

Po drugie, zważywszy tematykę, nikt poza Panem Dziekanem, nie oczekuje ode mnie, mam nadzieję, formy wykładu. To chyba bowiem niezwykle ryzykowne zadanie wykładać o miłości. Czym zatem, jeśli nie wykładem, będzie tych kilkanaście, czy kilkadziesiąt zdań, które dziś z moich ust usłyszycie ?

Wyznaniem. Po prostu wyznaniem.

Miłość bowiem wymaga wyznań, miłość rozkwita w atmosferze wyznań, także i miłość do adwokatury. Ale możecie powiedzieć, a będzie to uwaga słuszna, że również każde wyznanie miłości jest ryzykowne, w szczególności jeśli się je składa w tak kameralnej i intymnej atmosferze, jaką zapewnia rozległa sala konferencyjna wielkiego hotelu i obecność kilkuset osób.

Nie będę zatem opisywał wszystkich szczegółów mojego romansu z adwokaturą i deklarował tego, jak ją kocham. Ograniczę się do przypomnienia źródeł powstania tego uczucia oraz do – w miarę suchego – opisu historii tego afektu. Takie wyznanie wymaga bowiem mniejszej dozy ekshibicjonizmu.

Już w trakcie nauki w liceum rozczytywałem się w nielicznych wówczas materiałach, opisujących udział adwokatów w tworzeniu zrębów polskiej państwowości po okresie rozbiorów, gdy to w 1918 r. zdarzył nam się cud niepodległości i gdy – jak głosiła legionowa piosenka – ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego, a fundamentalną kwestią stało się uformowanie instytucji, bez których nie może istnieć nowoczesne państwo.

Adwokaci stanęli wówczas w pierwszym szeregu tych, którzy oddali swe serca i umysły odradzającej się Ojczyźnie, a uczynili to niezależnie od prezentowanych poglądów politycznych, ramię w ramię: endecy, chadecy, socjaliści. Także jeszcze w latach licealnych dotarłem do źródeł opisujących tzw. pierwszy proces brzeski, w którym na ławie oskarżonych zasiadło czterech adwokatów, pełniących wówczas mandaty poselskie w rozwiązanym tuż przed tym procesem Sejmie; byli to Władysław Kiernik, Józef Putek, Herman Lieberman i Adam Pragier.

W charakterze świadka ważne i odważne zeznania złożył, już z powrotem adwokat, były prezes Izby Karnej Sądu Najwyższego, Aleksander Mogilnicki, a wspaniałą postawę zaprezentowała także zasiadająca w ławach obrończych czołówka palestry z Eugeniuszem Śmiarowskim, Janem Nowodworskim i Stanisławem Szurlejem na czele. Przypomnijmy, że był to proces, który wymagał od adwokatów prawdziwej odwagi i hartu ducha, przy wykazywaniu przez nich, jak wielkie niebezpieczeństwa niosą te chwile, gdy wiry historii skręcają ku – choćby miękkiemu – autorytaryzmowi i gdy drastycznemu załamaniu ulega trójpodział władzy.

Wówczas władza wykonawcza, przy współdziałaniu władzy sądowniczej, zwróciła się przeciwko władzy ustawodawczej.

Historia, i to nieodległa historia, zna jednak i inne w swej konfiguracji, ale niemniej bolesne i niebezpieczne alianse, zmierzające do naruszenia trójpodziału władz.

Także jeszcze w latach szkolnych, ale w oparciu o źródła oficjalnie dostępne – te akurat wydarzenia nie podlegały bowiem cenzurze w okresie PRL-u – podziwiałem heroiczne postawy adwokatów w okresie okupacji, między innymi słynną historię 14 sprawiedliwych członków tzw. Rady Przybocznej, powołanej przez komisarza Wendorffa, którzy ryzykując nie tylko własnymi karierami, zaprotestowali przeciwko skreśleniu z listy adwokatów swoich kolegów narodowości żydowskiej. Takie były narodziny mej admiracji dla adwokatury.

Uczucie to niepomiernie wzrosło, gdy mój ś.p. ojciec przekazał mi, w trakcie nauk ściśle domowych, prawdę o roli obrońców w procesach przeciwko działaczom podziemia „akowskiego”, między innymi o pani mecenas Anieli Steinsbergowej, o panu mecenasie Ludwiku Cohnie i o szeregu innych, a także o procesach będących pokłosiem poznańskiego czerwca 1956 r. i o wspaniałej postaci pana mecenasa Stanisława Hejmowskiego. Nie wiem skąd, zapewne z fal eteru wrażych radiostacji, ojciec znał i cytował mi zakończenie mowy Hejmowskiego, a mnie słowa te poruszyły tak głęboko, że pamiętam je do dzisiaj i uważam, iż powinien je usłyszeć, powinien je poznać, każdy młody adwokat:

„Wierzę, że krew ofiar tych zajść nie została przelana na próżno. Ja wierzę, że na grobach tych, którzy polegli spełni się zapowiedź, którą w „Nocy Listopadowej” Stanisław Wyspiański włożył w usta Korze, bogini wiekuiście odradzającego się życia:

„Krwi przelanej nie zmarnię

krwią tą pola i rolę użyźnię,

i synów z krwi tej dam kiedyś Ojczyźnie”.

Czy można było nie zakochać się, Panie i Panowie?

A potem już sam, w trakcie studiów i w okresie aplikacji sądowej, gdyż tę trzeba było wówczas odbyć przed staraniami o aplikację adwokacką, poznawałem – nadal rzecz jasna z nieoficjalnych źródeł, z radiowego nasłuchu w roku 1968, ale w 1976 roku już nie tylko z uciekającej fali Wolnej Europy, ale także z rozmów toczonych w słynnym bufecie na Lesznie – fragmenty wystąpień obrończych w procesach marcowych oraz w procesach robotników Radomia i Ursusa.

To był okres charakterystyczny i z tego powodu, że wtedy zakochiwałem się – tak to określmy – także i „punktowo”, a to we Władysławie Siła-Nowickim, a to w Janie Olszewskim, a to w Tadeuszu de Virion. Umacniał się w mojej wyobraźni obraz adwokatury jako oazy prawdziwie wolnej myśli i wolnego słowa.

Dlatego gdy tylko stało się to możliwe, bez wahania odrzuciłem propozycję objęcia etatu w sądzie, pozostawiłem – czego dzisiaj trochę żałuję – pracę dydaktyczno-naukową na moim rodzimym, warszawskim, Wydziale Prawa i na kilkanaście lat związałem swe losy, na dobre i na złe, wyłącznie z palestrą, najpierw jako aplikant, a następnie już samodzielnie funkcjonujący adwokat.

Był potem i kolejny etap, który umocnił mój podziw i miłość dla wartości, które mogą i powinny wiązać się z wykonywaniem zawodu adwokata. W rok po zdaniu przeze mnie egzaminu adwokackiego nasz kraj wkroczył w mroczny okres stanu wojennego. Wtedy mogłem już z bliska, na wyciągnięcie ręki, obserwować, jak dzielni i prawdziwie niezłomni obrońcy w procesach stanu wojennego nawiązują do najlepszych tradycji tych, których wymieniłem przed paroma minutami.

Legendę adwokatury, ale też własną legendę, umacniali Jan Olszewski, Władysław Siła-Nowicki, Tadeusz de Virion. Ale dołączyli do nich także Andrzej Grabiński, Maciej Bednarkiewicz, Edward Wende, Czesław Jaworski w Warszawie, Stanisław Afenda i Henryk Rossa we Wrocławiu, Jacek Taylor, Grzegorz Karziewicz i Anna Bogucka-Skowrońska na Wybrzeżu i cały szereg innych adwokatów, także tych młodszego pokolenia, którzy bronili w sprawach mniej spektakularnych, często przed kolegiami ds. wykroczeń, ale narażali się – outes proportions gardées – tak, jak ci wielcy i sławni.

Pozwólcie, że wymienię jednego z nich, mecenasa Jurka Woźniaka, który jest dla mnie symbolem tego, co w adwokaturze najpiękniejsze. Ciężko, nieuleczalnie chory, wiedząc, że wkrótce umrze, spędzał ostatnie tygodnie nie na uciechach życia, ale na salach sądowych i odwiedzając w zakładach karnych osoby represjonowane.

Czy można było nie utwierdzić się w swym uczuciu, Panie i Panowie?

Po tych wszystkich deklaracjach i aktach strzelistych muszę wyjaśnić, dlaczego od szeregu już lat wkraczam na salę sądową w todze z wypustką fioletową, a nie zieloną. Ta część wyznania będzie równie szczera. Pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych adwokatura wkroczyła w okres dynamicznych przemian, które – jak wówczas oceniałem – oddalają ją od tego modelu, który budował moje uczucia, to jest od modelu nie zawodu, ale powołania w służbie obrony praw podstawowych i praw człowieka, a zbliżają ją do profesji o charakterze bardziej biznesowym, wykonywanej często w wieloosobowych korporacjach.

Chcę być dobrze zrozumiany – nie upatruję w tych przemianach niczego złego, ale uznałem, że w tej nowej sytuacji bardziej przydam się tam, gdzie idee, które ukształtowały mnie w adwokaturze, trzeba będzie dopiero zaszczepić na niepewnym gruncie, a więc w sądownictwie, wkraczającym w tym momencie na zupełnie nową ścieżkę.

Czy to znaczy, że moja miłość do adwokatury wygasła? Nic bardziej mylnego.

Przez te wszystkie lata spędzone w sądownictwie przechowywałem ją w swym sercu, aby w ostatnim okresie uśpione uczucie rozgorzało na nowo z całą mocą, gdy stało się dla mnie jasne, że adwokatura wraca do swych korzeni i adwokaci znów stają w pierwszym szeregu walczących nie tylko o interes reprezentowanych przez siebie podmiotów, ale także i o wolne sądy, o prawdziwie niezależny wymiar sprawiedliwości, o wolną i samorządną palestrę.

Czas powoli kończyć to wyznanie. Ale pozwólcie, Panie i Panowie, młode Koleżanki i Koledzy Prawnicy, że połączę wyznanie z wezwaniem. Chcę Was zatem poprosić, abyście w każdej dobie waszego zawodowego życia pamiętali o tym, że w państwie prawa zasadą powinno być to, że broni się tych, wobec których zasady są naruszane. Niezależnie od tego, kim oni są.

A już szczególny obowiązek zachowywania tej reguły ciąży na osobach wykonujących zawody zaufania publicznego, w jeszcze bardziej szczególny sposób na prawnikach, a w sposób najbardziej kwalifikowany na sędziach i adwokatach.

Jeśli jednak z tego tytułu obrońcy są z kolei w niewybredny sposób atakowani, a mieliśmy tego w bardzo nieodległym czasie bolesne przykłady, zasadą w państwie prawa powinno być to, że to państwo broni tych, którzy stanęli w obronie zasad, że to państwo bierze pod ochronę tych, którzy realizując już nie tylko zawodowy obowiązek, ale swe powołanie i bronią – często wbrew pomrukom tłumu, którego emocje zostały rozniecone, czy to w sposób niezamierzony, czy instrumentalny – tych, którym obrona przysługuje w myśl reguł rzetelnego procesu, zapisanych tak w normach konstytucyjnych, traktatowych, jak i kodeksowych.

Pamiętajcie, że właśnie w takich chwilach powinniście powtarzać w myślach rotę ślubowania, które dziś złożycie i to niezależnie od tego, czy będziecie jeszcze mieli nadzieję, że także ta druga zasada, ta, która nie zależy od waszej postawy, bowiem jest związana z postawą władz, zostanie zachowana, czy też nadzieję tę będziecie tracić, a nawet wówczas, gdy będziecie – czego nie chcę zakładać – odczuwali lęk o własne bezpieczeństwo.

Pamiętajcie, że ci Wasi wielcy poprzednicy, których wspominałem na początku tego wyznania, też taki lęk odczuwali, ale ponad własne bezpieczeństwo przedkładali fundamentalne reguły etyczne wykonywania zawodu, w tym tajemnicę obrończą i adwokacką, a więc w efekcie bezpieczeństwo tych, którzy powierzyli w ich ręce swe losy.

Przystąpicie, Panie i Panowie, do samodzielnego wykonywania zawodu w czasach niełatwych dla prawego prawa i prawych prawników.

Dlatego wszyscy – i sędziowie, i adwokaci, i radcowie prawni, i notariusze, i prokuratorzy i prawnicy-teoretycy, którzy rozwijają naukę prawa – my wszyscy, powinniśmy, zjednoczeni jak nigdy dotąd, dbać o niezależność sądów i niezawisłość sędziów, o niezależność prokuratorów, ale także o w pełni wolną i samorządną adwokaturę, o taką samą korporację radcowską i notarialną.

Dlatego też swą wypowiedź zakończę trawestacją pewnej frazy, którą być może państwo pamiętacie.

Panie i Panowie, widzieliście w poprzednich dwóch latach te tłumy obywateli przez polskimi sądami? Macie przed oczyma te tłumy? Nie wierzę, abyście ich nie dojrzeli.

Panie i Panowie, a czy dostrzegliście wówczas na frontonie Sądu Najwyższego ten napis, wyświetlany nie przez użytkowników tego gmachu, ale przez ludzi, którzy przed ten gmach przyszli: „To jest nasz Sąd”?

Nie wierzę, abyście dostrzegając ten napis nie zrozumieli wówczas, że istotnie to jest, a przynajmniej powinien być, ich sąd.

Ale także Wasz sąd, Panie i Panowie w togach z zielonymi wypustkami. Wasz, czyli taki, przed który będziecie przychodzili, aby z zaufaniem przedłożyć sprawy Waszych mocodawców, i z którego będziecie wychodzili z przekonaniem – i to niezależnie od tego, czy sprawę wygracie, czy przegracie – że w istocie przemówiło prawo i zwyciężyła sprawiedliwość.

Panie i Panowie, a czy słyszeliście w te nie tak odległe lipcowe i grudniowe dni głosy wolnych obywateli w obronie niezależności sądów i niezawisłości sędziów? Pamiętacie te głosy? Nie wierzę, abyście ich nie dosłyszeli i nie zapamiętali. Wówczas były to głosy w obronie niezależnych sądów, ale były i mogą być jeszcze takie momenty w naszej historii, że podobnego wsparcia wymagała lub będzie wymagała idea niezależności i samorządności adwokatury.

Jeśli o tych marzeniach wolnych ludzi pamiętać będzie w swoim sumieniu każdy – no, bądźmy realistami – prawie każdy polski prawnik: sędzia, prokurator, radca, adwokat, jeśli będą o tych marzeniach pamiętać przede wszystkim młodzi prawnicy, to niezależne sądy i wolna, samorządna adwokatura będą nie tylko marzeniem, ale i naszą codzienną rzeczywistością.

Ocena Czytelników
[Razem: 1 Średnio: 5]
Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Możesz komentować z użyciem konta WordPress.com, Twittera, Facebooka, lub Google+.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o