Lord Ralf Dahrendorf w Trybunale Konstytucyjnym (3 maja 2004 r.): Państwo narodowe w Unii Europejskiej

Ten wykład* Lorda Ralfa Dahrendorfa**, wygłoszony w 2 dni po oficjalnej inauguracji polskiego członkostwa w Unii Europejskiej miał szczególną wymowę, właśnie z uwagi na to historyczne wydarzenie, jak i dla tematu. Dziś, 15 lat po owym wykładzie większość poruszonych w nim wątków wciąż jest aktualna.

To bardzo szczególna okazja. Jestem głęboko wzruszony i niezmiernie wdzięczny za to, że zwrócono się do mnie, abym podzielił się z państwem swoimi przemyśleniami, w tym szczególnym dniu i w tym szczególnym miejscu w Warszawie. W rzeczy samej dwa wydarzenia nastąpiły równocześnie. Od tego tygodnia Polska jest członkiem Unii Europejskiej. Nareszcie – mam ochotę powiedzieć. To wielka radość być z państwem tutaj, w momencie otwarcia tego nowego rozdziału w historii Polski i Europy.

Jestem oczywiście świadom, że w tym dumnym kraju radość z powrotu do Europy może być miarkowana przez obawy o to, jaki kształt przyjmie Unia Europejska. Takie wątpliwości nie są również mi obce. Nie zajmie mi zbyt wiele czasu, aby wykazać dlaczego. Konieczna jest tu odpowiedź na podstawowe pytanie: Czy i dlaczego chcemy coraz bliższej Unii w Europie i na ile Unia Europejska spełnia nasze oczekiwania i nasze potrzeby?

W odpowiedzi na to wyzwanie mamy dzisiaj drugą szczególną okazję do świętowania – rocznicę polsko-litewskiej konstytucji z 1791 r. Ta podstawowa ustawa nie funkcjonowała zbyt długo. Nie znalazła również poparcia autorytarnych państw zaborczych sąsiadujących wcześniej z Polską. Niemniej ustawa ta pozostała symbolem suwerenności opartej nie na boskim prawie królów, lecz na prawie obywateli. Stanowi dużo lepsze świadectwo poszukiwania porządku liberalnego niż projekt konstytucji europejskiej. Konstytucja popierana przez naród, przy zachowaniu niezależnej i niedającej się skorumpować władzy sądowniczej, jest podstawą porządku liberalnego. To prowadzi mnie do zasadniczego tematu. Pragnę podzielić się z państwem swoimi obserwacjami.

Proszono mnie, abym mówił o pozycji państwa narodowego w Unii Europejskiej. Nieco zmodyfikowałem ten temat i będę mówił o państwach narodowych w Europie o zabarwieniu i intencjach kosmopolitycznych. Jeśli brzmi to zbyt ambitnie, pozwolę sobie zadać pytanie: Zakładając, że w Europie chodzi o dawanie przykładu modelowej współpracy pomiędzy państwami i narodami prowadzącej do wolnego świata, porządku liberalnego oraz wolnościowego, to jaka w tym procesie jest rola państwa narodowego?

Europejskie państwo narodowe jest jednym z wielkich osiągnięć cywilizacji. Dostarcza przestrzeni dla demokracji i rządów prawa. Stanowi kontekst, w którym obywatelstwo nabiera znaczenia i realnego kształtu. Jest narzędziem postępu w kierunku porządku opartego na wolności.

Obserwując sytuację na świecie, możemy zorientować się szybko, że państwo europejskie jest bardzo szczególne pod tym względem. W zbyt wielu częściach świata stajemy w obliczu państw, które są niewydolne i nie spełniają swojego zadania. W Afryce, na południe od Sahary, znajduje się wiele takich państw. Z tego właśnie powodu zmiany zachodzą tam tak powoli. Taka sytuacja nie ogranicza się jednak tylko do Afryki. Czy Kolumbia jest nadal państwem narodowym? Czy Afganistan kiedykolwiek stanie się państwem narodowym? Czy rzeczywiście czynimy postępy w budowaniu państw narodowych w pozostałościach łamigłówki jugosłowiańskiej, w Kosowie, Bośni i Hercegowinie? Pod względem statystycznym można by powiedzieć, że większość państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych nie doszła jeszcze do poziomu trwałego i zdrowego państwa narodowego.

Państwo narodowe jest zatem osiągnięciem, z którego można być dumnym. Jednakże, by lepiej to przedstawić, konieczne jest pogłębienie tej definicji. Słowo „naród” jest dwuznaczne. Z jednej strony, określa grupę o wspólnym języku i kulturze, a nawet wspólnych korzeniach etnicznych, dla odróżnienia danego narodu od innych narodów, zanim jeszcze powstała instytucja granic. Z drugiej strony, słowem „naród” określa się ludzi, którzy mają wspólną narodowość, bo należą do jednego organizmu politycznego, jakim jest państwo. Są narody brytyjskie, obywatele Zjednoczonego Królestwa, ale w ramach tego państwa Szkoci czy Walijczycy również określają swoje społeczności jako narody. Wielka Brytania dość elegancko z tą dwuznacznością sobie radzi. Na przykład w piłce nożnej spotykamy nadzwyczajny absurd w postaci krajowych rozgrywek międzynarodowych, polegających na meczach pomiędzy Anglią i Szkocją, czy Północną Irlandią i Walią. Są to zawody międzynarodowe pomiędzy zespołami z tego samego państwa narodowego.

Niemniej jednak różnica pomiędzy tymi dwoma znaczeniami „narodu” może być wybuchowa. Czy kiedykolwiek istniały narody czechosłowackie? Z chwilą podziału to pytanie pozostało. Jak również i to: Czy istnieje na przykład naród czeski? Również w Polsce można zadawać pytania z tym związane, chociaż innej natury. Pamiętam debatę w Wiedniu w 1991 r., kiedy to w toku tej debaty Lech Wałęsa wskazywał na Polskę jako kraj jednorodny, o jednorodnym narodzie, również pod względem etnicznym. Zaprotestował wtedy Adam Michnik. Stwierdził, że „mamy Ukraińców i Niemców, a antysemityzm, mimo braku obecności Żydów, nadal utrzymuje się w naszym kraju”. Uczestnicy tej debaty byli nieco zdezorientowani. Można wskazać na wiele innych przykładów. Kiedy w 1996 r. zamordowano premiera Szwecji Olofa Palmego, wielu sądziło, że zrobili to Kurdowie. Niewielka grupa obcych „zanieczyściła” homogeniczność narodu. Naród szwedzki nie dopuściłby do takiej okropności. Stąd już tylko krok do tego, co nazywa się nacjonalizmem.

Jednorodne grupy definiują się w opozycji do innych, atakując mniejszości pośród siebie, oraz budują mury, aby pozostawić obcych na zewnątrz. Widzieliśmy zbyt wiele przejawów źle pojętego „samostanowienia”. Czasami jest to nieszkodliwe, tak jak w Lipsku w 1990 r., kiedy tłum wołał: „my jesteśmy narodem”, deklarując swoją suwerenność, by potem wołać: „jesteśmy jednym narodem”, jako wyraz jednorodności narodowej. Pierwsza koncepcja ma charakter demokratyczny, druga nacjonalistyczny i agresywny – tak to pojmował w 1919 r. prezydent Wilson. Tymczasem kiedy premier Węgier określa się premierem 14 milionów Węgrów, a zdajemy sobie sprawę, że Węgry mają tylko około 9 milionów ludności, wiemy, jakie mogą być implikacje takich twierdzeń dla sąsiadów Węgier.

Pojęcie państwa narodowego wiąże się z problemami, których nie jestem w stanie rozwiązać w swoich rozważaniach. Dla nowych państw członkowskich Unii Europejskiej z Europy Środkowowschodniej państwo narodowe oznacza emancypację, wiąże się z wyzwoleniem w 1989 r. spod dominacji sowieckiej. Jednakże dla niektórych z nich oznacza to również powrót do podstawowych, niemalże prymitywnych, związków plemiennych. Czechosłowacji nie wystarczyła wolność, musiała podzielić się na dwa odrębne państwa narodowe. Żałuję, że było to konieczne.

Mówiąc o państwach narodowych, myślę o przestrzeniach politycznych, które opierają się na zasadach liberalnego porządku z udziałem obywateli o różnych tradycjach religijnych i kulturowych. Niektóre państwa mogą być stosunkowo jednorodne narodowo. Co do zasady, jest mi bliska postawa Adama Michnika, który uważa, że warto, by obywatele stanowili zróżnicowaną zbiorowość. Jednorodność może być faktem, ale nie jest żadną wartością. Państwo narodowe, jako osiągnięcie cywilizacji europejskiej, pozwala na różnorodność kulturową opartą na prawach obywatelskich. Stanowi krok w kierunku, który wydaje się podstawą wszelkiego liberalnego porządku dla obywateli żyjących pod rządami prawa.

Wykraczam tu jednak daleko naprzód, jeśli chodzi o realia dzisiejszego świata. Obecnie w dalszym ciągu państwa narodowe tworzą jedyną przestrzeń stanowiącą podstawę demokracji i rządów prawa funkcjonujących w rzeczywistości. Konstytucja wolności jest do dzisiaj konstytucją narodową. Nie ma jednak wątpliwości, że w ostatnich dekadach rola państwa narodowego uległa erozji. Istotne jest jednak to, czy ta erozja dotknęła również porządek liberalny. Czy demokracja i rządy prawa przetrwają coraz wyraźniejsze osłabienie państwa narodowego? Co należy uczynić, aby mieć pewność, że ten porządek liberalny nie upadnie wraz z koncepcją państwa narodowego? Dla mnie są to zagadnienia o niezwykle istotnym, na początku XXI wieku, znaczeniu dla pojęcia wolności rządów. Zauważmy, że mówię tutaj o erozji państwa narodowego, a nie o jego upadku. W znaczenie takiego państwa nie wątpię. Zarówno w kategoriach krajowych, jak i w sprawach międzynarodowych będziemy nadal musieli opierać się na instytucjach narodowych, które będą strzegły i służyły naszym narodowym interesom. Jednak pewna erozja władz jest faktem. Mam tutaj na myśli szczególnie to, co nazywam emigracją ważnych decyzji z przestrzeni krajowej i dla których mamy swoje własne instytucje.

W ostatnich dekadach można zaobserwować dwa równoległe procesy. Po pierwsze, ważne decyzje są podejmowane obecnie w instytucjach transnarodowych. Niektóre z nich są w zasadzie ponadnarodowe, takie właśnie jak Unia Europejska, decydująca na przykład w kwestiach wspólnego rynku. Inne to decyzje technicznie międzyrządowe, które faktycznie zostały w znacznym stopniu odebrane parlamentom narodowym. Obejmuje to takie działania Unii Europejskiej, jak wspólna polityka dotycząca emigracji czy też współpraca w zakresie obrony. Obejmują one także działania NATO, negocjacje WTO (Światowej Organizacji Handlu), w instytucjach Bretton Woods czy też w Organizacji Narodów Zjednoczonych. W sprawach mobilności społeczeństwa, wojny i pokoju, waluty lub rozwoju, instytucje krajowe musiały oddać nieco ze swojej władzy.

Po drugie, istotny wpływ na nasze życie mają działania podejmowane w niejasno określonej przestrzeni, nazywanej rynkami, np. finansowymi. To jest faktyczna konsekwencja globalizacji – odebranie wpływu na nasze życie tym dotychczas tradycyjnym instytucjom, które łatwo było też zidentyfikować. Pewne istotne dla przetrwania niektórych społeczności decyzje w zakresie działalności gospodarczej mają oczywiście swoje, dające się zidentyfikować, źródło, ale one także, w jakimś sensie, wymykają się demokratycznej, czy też jakiejkolwiek, politycznej odpowiedzialności.

W znacznym stopniu odsuwamy się od świata rządu do tego, co dzisiaj określane jest modnym pojęciem „zarządzania”, a to, co dzieje się, jest wynikiem tej sytuacji. Nie możemy tak naprawdę wskazać dokładnie, która instytucja jest odpowiedzialna za zaistniałe skutki. To jest bardzo poważny problem, ponieważ coraz częściej, w wielu obszarach zaczynamy żyć w świecie, w pewnym sensie, bezprawnym, a więc można powiedzieć, że coraz częściej mamy do czynienia, tak jak już wspomniałem, z niewydolnością państwa. A więc cóż możemy uczynić? Co możemy zrobić, aby powstrzymać negatywne tendencje, a promować te, które wpłyną na rozwój ludzkości? Myślę, że występują tu na przykład takie istotne zagadnienia: Jaki może być wkład Europy w propagowanie liberalnego porządku na świecie, w którym państwo narodowe samo w sobie jest za słabe, aby uzyskać to, co jest konieczne? Czy Unia Europejska jest krokiem we właściwym kierunku?

Historia Unii Europejskiej po II wojnie światowej rozpoczęła się od próby znalezienia sposobu na zakończenie ponad stupięćdziesięcioletniego okresu konfliktów pomiędzy państwami narodowymi starego kontynentu. Nigdy więcej! – to była motywacja, która stała za wysiłkami na rzecz zjednoczenia Europy. Nikt nie ujął tego lepiej niż Winston Churchill w swoich przemówieniach wygłoszonych w Zurychu i w Strasburgu, zaledwie 16 miesięcy po zakończeniu II wojny światowej. Okropności wojny oraz zbrodnie wojenne Niemiec były jeszcze świeże w ludzkiej pamięci. Kontrastowało to z małostkowością późniejszych członków Unii Europejskiej. Nadal jest to widoczne w stosunku do takich państw jak Turcja.

Szczere chęci nadal jednak nie wystarczą. Bez względu na konieczność utrzymania pokoju, działania na rzecz zjednoczenia Europy przynoszą pewne sukcesy. Europa potrzebowała i potrzebuje trwałego pokoju, i to była myśl towarzysząca pierwszym próbom zjednoczenia państw naszego kontynentu.

Na początek miała to być bardzo malutka, ograniczona do kilku państw Europa. Churchill nie uważał, że Wielka Brytania ma być częścią tego europejskiego przedsięwzięcia. Kilka tradycyjnie neutralnych państw nie uznało, zwłaszcza w stosunku do siebie, idei zorganizowanej Europy. Trzy lata po wojnie Europa właściwie została ponownie podzielona – na państwa wolne i państwa, którym wolność i niepodległość odebrał Związek Sowiecki.

Z nadejściem „zimnej wojny” pojawiły się nowe motywacje związane z procesem jednoczenia, bez ograniczeń, Europy. Istniała mała Europa kilku państw. Próbowano nawet nadać ramy instytucjonalne temu związkowi, jednak bez większych rezultatów. Rada Europy pozostawała dosyć swobodną, luźną organizacją, chociaż osiągnęła wielką rzecz, przyjmując Konwencję o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

Plan Marshalla doprowadził do powstania organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej. Nie był to jednak czynnik, który konfederował i łączył państwa. Szereg prób utworzenia unii politycznej załamało się na etapie planowania. Nieomalże udało się, we wczesnych latach pięćdziesiątych XX wieku utworzenie europejskiej wspólnoty obronnej. Niestety nie została ona zaakceptowana przez francuską izbę deputowanych. Pozostała tylko Europejska Wspólnota Węgla i Stali ze swoimi ograniczonymi kompetencjami i wielkimi ambicjami instytucjonalnymi. Powstała więc właściwie koncepcja tej ponadnarodowości, która w zasadzie stała się fundacją, częścią Traktatu rzymskiego w 1957 r., co doprowadziło do utworzenia Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.

Proces jednoczenia, pomimo niepowodzeń i skromnych sukcesów, osiągnął jedno z pierwszych i najważniejszych osiągnięć – pokój pomiędzy wojującymi narodami, przynajmniej pomiędzy sześcioma pierwszymi członkami. Kluczowy był tu postęp w relacjach francusko-niemieckich. Można byłoby to określić jako „związanie Niemiec” i obniżenie zdolności do zwrócenia się jednego państwa przeciwko innym. Nie była to polityka narzucona Niemcom – popierało ją co najmniej trzech kanclerzy – Konrad Adenauer, Helmut Schmidt oraz Helmut Kohl. Niemcy, jako członek drużyny, sprzymierzone z Francją stały się siłą napędową współpracy europejskiej, co było dużym sukcesem powojennych wysiłków zinstytucjonalizowania współpracy europejskiej.

Proces ten musiał mieć przede wszystkim cel, będący czymś więcej niż zażegnywaniem historycznych zaszłości. Tym deklarowanym celem stała się unia celna, uważana zresztą za nie najlepszy wybór. Wielu wolałoby jasno określoną drogę do unii politycznej. Inni, np. Jean Monnet czy też Walter Hallstein, byli przekonani, że ponadnarodowa współpraca w jednym obszarze politycznym, w tym wypadku usunięcie barier handlowych, doprowadzi z czasem do szerszej kooperacji i wreszcie do unifikacji. Prawdopodobnie oba przekonania były w jakimś stopniu błędne.

Tak naprawdę nigdy nie było poważnych zamiarów stworzenia unii politycznej, nawet w państwach Beneluksu, a co dopiero poza nimi. Nie istniała również logika, która prowadziłaby państwa członkowskie od unii celnej do politycznej. Unia Europejska wymagała bowiem więcej przemyślanych i odrębnych decyzji.

W 1969 r. rząd francuski określił kolejny etap unifikacji Europy przez trzy pojęcia – achèvement, élargissement, approfondissement, czyli osiągnięcie, rozszerzenie i pogłębienie.

Osiągnięcie pierwotnie oznaczało ukończenie tworzenia unii celnej, co uznano za dość proste. W istocie 10 lat później kolejny, po Jeanie Monnecie, wielki jednoczyciel Europy, Jacques Delores, wdrożył ideę wspólnego rynku, która stała się i jest do dzisiaj centrum działań Unii Europejskiej. Wspólny rynek ze swymi głównymi elementami: swobodą wymiany dóbr, usług, kapitału i ludzi, jest dużym osiągnięciem. Jest ono właściwie, w jakimś sensie, niedoceniane w państwach, które wolą posługiwać się kwiecistymi wyrazami, zamiast popatrzyć trzeźwo na gospodarczą rzeczywistość.

Prawnicy wiedzą, że żaden inny czynnik nie przyczynił się bardziej do zjednoczenia, do wzmocnienia władzy federalnej w Stanach Zjednoczonych niż wymiana handlowa pomiędzy stanami. Wspólny rynek, jako instytucja ponadnarodowa, to faktycznie jedno z ograniczeń władzy państwa narodowego, wprowadzone przez Unię Europejską.

Poszerzenie Unii Europejskiej także okazało się sukcesem. W 1973 r. Unia przyłączyła Wielką Brytanię z jej szczególnymi koncepcjami politycznymi. Następnie przystąpiły państwa neutralne, jak Szwecja i Irlandia, kolejnymi były państwa Europy południowej wyzwolone z prawicowych reżimów autorytarnych oraz postkomunistyczne państwa Europy Środkowowschodniej. To, że zorganizowana Europa jest w tej chwili nieomalże już zamkniętą całością, jest jednym z największych osiągnięć.

Trzecia, dokuczliwa część tryptyku, tych trzech pojęć to pogłębienie. Jest ono dokuczliwe, ponieważ dotyczy tego, czym w sumie jest Unia Europejska, w jaki sposób ma się do państw członkowskich. I w tej właśnie kwestii odpowiedź nadal jeszcze jest bardzo niejasna. Posłużę się czterema przykładami.

Unia monetarna. To pierwsze wielkie, europejskie przedsięwzięcie, które dotyczy niektórych członków Unii. Trudno sobie wyobrazić Wielką Brytanię czy też Szwecję przyłączającą się w przewidywalnej przyszłości do strefy euro, a nowe państwa, takie jak Polska, prawdopodobnie będą musiały poczekać na to dużo dłużej, niż wielu osobom się to wydaje. Dokładne skutki polityczne wprowadzenia euro nie są ponadto tak naprawdę jeszcze znane. Czy to jest ostatnia cegiełka w budowaniu wspólnego rynku, czy też jest to dopiero kamień węgielny pod unię polityczną?

Kolejna sprawa to polityka zagraniczna i obronna. To jest bardzo istotne zagadnienie, przynajmniej w różnych wystąpieniach. W rzeczy samej wspólna polityka zagraniczna ogranicza się do kwestii handlowych dotyczących bardzo często tzw. bliskiej zagranicy. Kwestia iracka pokazała, jak głębokie są podziały. Nic nie wskazuje na to, aby Francja i Wielka Brytania miały zamiar zrezygnować ze swego prawa weta w Radzie Bezpieczeństwa na rzecz całej Europy.

Wymiar sprawiedliwości, sprawy wewnętrzne i imigracja. Zwalczanie terroryzmu i regulowanie imigracji stanowią dwa najważniejsze tematy. Mamy też układ z Schengen, kolejny przykład polityki wyłączającej, rozdziału i ograniczenia. W wielu obszarach wymiaru sprawiedliwości i spraw wewnętrznych dominuje współpraca międzyrządowa.

Wreszcie kryteria kopenhaskie, jedno z szerzej postrzeganych pojęć uważanych za probierz demokracji, rządów prawa i gospodarki rynkowej, utworzone w 1993 r. w Kopenhadze. Poszerzenie Unii 1 maja tegoż roku o 10 państw było bardzo ważne, ale dla Unii jako takiej, dla jej instytucji, stanowiło to pewne wyzwania.

Żart, że gdyby Unia Europejska poprosiła o członkostwo w Unii Europejskiej, nie zostałaby przyjęta, ponieważ nie spełnia kryteriów kopenhaskich, wydaje się aktualny.

Niezależnie od tych niejasności, jest także pewien aspekt Unii Europejskiej, którego nie można dziś przecenić. To jest to, co brytyjski autor Andrew Shonfield nazwał „nawykiem współpracy”. Politycy i ich doradcy, urzędnicy, różne grupy lobbingowe i grupy interesów, uczeni, czasami nawet zwykli obywatele we wszystkich państwach Unii Europejskiej mają zwyczaj zbierania się, spotykania się ze swoimi odpowiednikami w innych państwach. W rezultacie powstaje dosyć ścisła sieć współpracy i kontaktów, która jest w jakimś sensie przeciwwagą dla tradycyjnej koncepcji instytucjonalnej. Pokazuje ona również znaczenie i pewną alternatywę dla odpowiedzialności demokratycznej. W pewnych sytuacjach jest używana do pokazania rządom narodowym innej możliwości. W pewnym sensie jest to część kultury brukselskiej. Jest to zarówno istotne osiągnięcie, jak i źródło pewnych niepokojów.

Może to oświadczenie jest dobrym podsumowaniem mojego wystąpienia. To, co nazywamy Unią Europejską, to na pewno wielkie osiągnięcie, ale skłania do zadawania poważnych, niepokojących pytań.

Czym dokładnie jest Europa? Jaki będzie następny etap, a w szczególności, jakie jest miejsce państwa narodowego w tym układzie europejskim?

Mówiąc o państwie narodowym na początku moich rozważań, podkreśliłem jego rolę jako narzędzia propagowania porządku liberalnego. Dzisiaj jednak chyba niewiele osób posługiwałoby się takim językiem. Unia Europejska jest właściwie na dobrej drodze, by stać się wspólnym rynkiem w pełnym znaczeniu tego pojęcia. Rozwinęła bowiem w pewnych obszarach politycznych taki stopień koordynacji, który nie może być już tylko określany jako międzyrządowy, chociaż nie jest jeszcze ponadnarodowy. Taka koordynacja jest wspierana przez sieć kontaktów wynikających z tego nawyku współpracy. To wszystko ogranicza rolę państwa narodowego. Nie jest to zresztą wynikiem kaprysu, lecz wynika z natury rzeczy i sytuacji, z jakimi zmagają się dzisiaj aktorzy sceny politycznej. Trzeba powtórzyć, że procesy europejskie w zasadzie pozostawiają nadal wiele politycznych decyzji w gestii państw członkowskich. Są to kwestie socjalne i istotne elementy polityki zagranicznej. Mimo to nastąpiła pewna erozja państwa narodowego. Europa jest istotnym przykładem tego procesu i ma to bardzo poważne konsekwencje. Najważniejszą z nich jest to, że nie znaleźliśmy jeszcze sposobu na ustrzeżenie tego porządku liberalnego w granicach państwa narodowego.

Jeśli chodzi o wspólny rynek, to Unia Europejska od samego początku przyjęła koncepcję konieczności rządów prawa i ustanowiła do tego stosowne instytucje. Unia ma jednak pewne trudności z tworzeniem instytucji, które zapewniłyby odpowiedzialność demokratyczną. Parlament Europejski, chociaż pochodzący z bezpośrednich wyborów, nie ma umocowania w prawach konstytucyjnych i politycznej legitymacji parlamentów narodowych. Dodaje oczywiście pewien element odpowiedzialności, ale nie jest przykładem demokracji, którą należałoby polecać do szerszego stosowania. Unia Europejska, poza wspólnym rynkiem i pomimo poszerzającego się wpływu Parlamentu Europejskiego, jest w mniejszym stopniu przykładem porządku liberalnego. Istnieją szerokie szare strefy, w których właściwe decyzje nie są wiążące w sensie technicznym, ale efektywnie określają to, co naprawdę dzieje się w Unii.

Czy traktat konstytucyjny, jeżeli kiedykolwiek zostanie przyjęty przez konferencję międzyrządową i ratyfikowany przez 25 państw członkowskich, będzie rozwiązaniem tych trudności? W najlepszym wypadku tylko w niewielkim stopniu. Nie jest to konstytucja pochodząca z mandatu powszechnego, ale jest to traktat pomiędzy państwami. W zasadzie kodyfikuje to, co zostało ustalone i już funkcjonuje w praktyce. Dodaje nowe elementy tam, gdzie bardziej potrzebna jest większa wydajność niż demokracja. Traktat konstytucyjny zyskał pewne znaczenie symboliczne, co sprawia, że ratyfikowanie go jest w zasadzie pożądane. Jeśli zaś chodzi o jego treść, to naprawdę nie będzie wielkim dramatem, gdy ten traktat zostanie spokojnie odrzucony i podjęta zostanie przez Zgromadzenie Konstytucyjne, powiedzmy za jakieś 10 lat, kolejna próba stworzenia instytucji dla powiększonej Europy, a więc wtedy, kiedy ta powiększona Europa stanie się rzeczywiście funkcjonującym organizmem.

Gdyby podjęto kolejną próbę, pozostanie kwestia roli parlamentów narodowych w europejskim procesie decyzyjnym. Nie jest to sprawa łatwa mimo pewnych doświadczeń. Zanim Parlament Europejski został bezpośrednio wybrany w 1979 r., składał się z delegacji parlamentów narodowych. To nie było takie złe, gdyż w jakimś sensie jawnie uzależniało Unię od legalnych, demokratycznych instytucji państw tworzących Unię. W niektórych państwach członkowskich obecnej Unii Europejskiej parlamenty krajowe bardzo skutecznie nadzorują ustawodawstwo europejskie. Jest to szczególnie widoczne w Danii, gdzie odpowiednia komisja parlamentarna może w określonej sprawie ograniczyć pole negocjacji duńskich ministrów. W Zjednoczonym Królestwie Izba Lordów także stosuje kontrolę po przyjęciu określonego rozwiązania prawnego. W innych państwach druga izba włącza się często do wypowiedzi w sprawach ustawodawstwa europejskiego. Podejmuje się różne próby związania parlamentów narodowych z europejskim procesem decyzyjnym, co jest bardzo istotne dla przyszłego kształtu i funkcjonowania naszej Unii.

Zasadnicze jest nadal pytanie: Czym tak naprawdę jest Unia? Dlaczego zależy nam na coraz ściślejszej integracji? Mówiąc wreszcie językiem konwencji europejskiej: Jak właściwie ma wyglądać ta ostateczna formuła?

Europa to nie jest zadanie stworzenia nowego superpaństwa. W tej sprawie wszyscy się w zasadzie zgadzamy. Wielu marzy o zjednoczonych stanach Europy – faktycznie w pewnym momencie Valéry Giscard d`Estaing próbował przemycić to pojęcie do traktatu – jednak te głosy stanowią zdecydowaną mniejszość. Europa jest w rzeczywistości podzielona. W Europie jest widoczne to, że nie ma oznak wyłaniania się wspólnych europejskich demokracji, a obywatele będą raczej popierali te wspólne instytucje, które będą chronić ich prawa – i tak to się dzieje od Lizbony po Helsinki, Ateny, Dublin, Warszawę i Hagę. Nadmierne debaty na ten temat chyba nie staną się odpowiednią podstawą tworzenia prawdziwej konstytucji europejskiej. Nawet preambuła będzie źródłem większych dyskusji niż zgody.

A więc jeśli nie superpaństwo, to może Europa mogłaby stać się supermocarstwem? Czy mogłaby użyć swojego znaczenia, swojej wielkości dla zrównoważenia potęgi Stanów Zjednoczonych? Czy Europa powinna prowadzić do stworzenia świata złożonego z dwóch, czy też wielu, biegunów? Takie pytania są ostatnio modne. Coraz więcej osób – także przywódców politycznych – zastanawia się także nad tym. Zjednoczona Europa po to, by zrównoważyć potęgę Ameryki. Wydaje mi się, że byłby to katastrofalny błąd. Chyba bardziej podzieliłoby to Europę, niż zjednoczyło. Podzieliłoby przede wszystkim te części świata, które są zaangażowane na rzecz idei wolnego świata, liberalnego porządku, a to podzielenie wolnego świata oznaczałoby jego zniszczenie.

Moim zdaniem, celem Unii Europejskiej jest więc powiązanie jej z porządkiem liberalnym. To jest chyba najlepszą gwarancją, że taki porządek będzie służył państwom narodowym. Jak już wcześniej wspominałem, nie możemy dłużej starać się osiągnąć tego celu w pewnej izolacji, zresztą może to nigdy nie było możliwe. Wolność nigdy nie jest pełna, dopóki nie stanie się wolnością wszystkich, a więc niezwykle ważne jest to, abyśmy mogli rozwinąć instytucje, które przyjmą gwarancję liberalnego porządku,
który przekroczy granice państwa narodowego. Unia Europejska może być, i do pewnego stopnia jest, ważnym krokiem w tym kierunku.

W swoich uwagach mówiłem o tych cechach Unii Europejskiej, które w jakimś sensie nie spełniły oczekiwań państw członkowskich. Niestety faktem jest także to, że od samego początku Unia Europejska miała takie nieco protekcjonalne zapędy nie tylko w obszarze polityki rolnej, ale także w stosunku do trzeciego świata oraz w jakimś sensie nie bardzo dostrzegała świat poza swoimi granicami. Sąsiedzi Unii mogli postrzegać ją jako zimną i niegościnną przestrzeń, co jest niedopuszczalne, ponieważ jest to swego rodzaju zdradą podstawowych celów Europy jako działań na rzecz kosmopolitycznego porządku liberalnego.

Pojęcie tej skłonności kosmopolitycznej jest oczywiście dziełem Immanuela Kanta. Faktycznie nie ma rządu na świecie, który w pewnym sensie nie miałby takich skłonności, niemniej nie możemy wykluczyć tego światowego pojęcia wolności. W najlepszym państwie narodowym w Europie nie udałoby się takie przedsięwzięcie. Unia Europejska może stać się modelem tego naczelnego celu wolnego świata. Chodzi o rządy prawa, demokrację i poczucie otwartości, które jest właściwie samym źródłem wolności. To właśnie jest najistotniejsze dla demokratycznej Europy. Najlepsze, co możemy zrobić, to dać taką inspirację tej konstrukcji europejskiej, aby była w stanie zapewnić państwom narodowym realizację ich niezbędnych potrzeb, wymagań i porządku liberalnego.

_________________________________________________

*Wykład zaczerpnięty z „Pamięć chwili, która nas samym sobie wróciła…” Wykłady trzeciomajowe w Trybunale Konstytucyjnym w latach 2000-2016, Red.: Andrzej Rzepliński, Krzysztof Budziło, Adam Jankiewicz; Warszawa 2016

**Ralf Gustav Dahrendorf (ur. 1 maja 1929 w Hamburgu, zm. 17 czerwca 2009 w Kolonii) – niemiecko-brytyjski socjolog, politolog i polityk. W latach 1969–1970 był niemieckim parlamentarzystą (liberalna Wolna Partia Demokratyczna, FDP) i sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w rządzie Willego Brandta. Przez następne cztery lata był komisarzem Wspólnoty Europejskiej.
W 1974 roku wyemigrował do Wielkiej Brytanii. W latach 1974–1984 był rektorem London School of Economics, a w latach 1987–1997 – dziekanem St Antony’s College Uniwersytetu Oksfordzkiego.
W 1982 r. otrzymał tytuł barona. Zasiadał w brytyjskiej Izbie Lordów.
W latach 1972–1977 był komisarzem w trzech kolejnych Komisjach Europejskich.
Dahrendorf jest zwolennikiem i współtwórcą teorii konfliktu. Według niego konflikt jest nieuchronną konsekwencją nierównego podziału władzy między organizacjami społeczeństwa przemysłowego. Był on także zwolennikiem idei rządu światowego.
Był autorem tzw. Hipotezy Dahrendorfa, według której polityka gospodarcza powinna być prowadzona w sposób zależny od czasu i miejsca, mając na uwadze głównie lokalne potrzeby.
Dahrendorf popierał swoją hipotezę faktem, że społeczeństwa różnią się od siebie w sposób znaczny i prowadzenie danej polityki gospodarczej odniesie odmienne skutki w różnych społeczeństwach. Hipoteza Dahrendorfa była rozwinięta w opozycji do wielu tradycyjnych teorii w ekonomii, szczególnie w opozycji do ekonomii neoklasyczniej, która zakłada, że polityka gospodarcza powinna być prowadzona globalnie i uniwersalnie. (źródło: Wikipedia.org)

 

Ocena Czytelników
[Razem: 1 Średnio: 5]
Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Możesz komentować z użyciem konta WordPress.com, Twittera, Facebooka, lub Google+.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o