Stefan Bratkowski: Ustrój wzięty ze strachu

Od długich już lat ustrój naszego państwa zdjęto wśród wygodnej ciszy z porządku wszelkich debat. Ale przed uchwaleniem Konstytucji Marcowej w 1921 r. też nie podjęto uczciwej nad nim dyskusji – ze strachu przed Piłsudskim. Po roku 1989 – z obawy przed rządami Wałęsy. Dziś temat nie wraca, bo za ustrojem prezydenckim, czyli amerykańskim, opowiedział się Jarosław Kaczyński, a już wiemy, do czego mogłaby doprowadzić jego władza.

Konstytucja Marcowa wzięła się z takiej samej serii przypadków, co jej wzór – ustrój Trzeciej Republiki francuskiej. Nawet dwuizbowość naszego parlamentu uchwalono przewagą zaledwie paru głosów! Schorzenia francuskie, które ta konstytucja zaszczepiła naszej państwowości (14 gabinetów w latach 1918–1926), sprowokowały zabieg leczniczy w postaci krwawego zamachu stanu w roku 1926; za nim poszły analogiczne zamachy stanu na Litwie, w Estonii i na Łotwie. Naśladując Konstytucję Marcową, miast podjąć tradycję Konstytucji 3 Maja, wszczepiliśmy odrodzonej państwowości w 1997 r. te same choroby niemocy i korupcji, które dręczyły Francję lat 1875–1940 i Polskę lat 1921–1926, za to z kosztami zbędnych powszechnych wyborów prezydenta bez władzy. Przy czym i w tym przypadku nie podaliśmy społeczeństwu, ani nawet czytelnikom prasy elitarnej (!), jakie właściwie racje intelektualne, jaka filozofia władzy państwowej, kierowała naszym wyborem. Kiedyś zresztą i właściwa dyskusja odbyła się już po marcu 1921 r. – mimo wielu przygotowanych wcześniej projektów. Zaprosiło do niej wielkich prawników swą ankietą „Czasopismo Prawnicze i Ekonomiczne” – redagował je nieoceniony prof. Władysław Leopold Jaworski, jeden z ostatnich „stańczyków”, przedkładający rzetelność nad chwilowe interesy partyjne.

Początki

W Polsce odradzającej się po latach niewoli mogło być zupełnie inaczej niż we Francji lat siedemdziesiątych XIX wieku. Nie brakowało prawników klasy europejskiej; nie brakowało ich tym bardziej we Francji, tylko nikt ich nie pytał o zdanie. Konstytucję Marcową poprzedziło kilkanaście projektów, tak rządowych, jak „prywatnych”. Spośród nich na przypomnienie i studia zasługuje przede wszystkim złożony 30 maja 1919 r., Sejmowi już Ustawodawczemu „Projekt konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej oraz uzasadnienie i porównanie tegoż projektu z konstytucjami szwajcarską, amerykańską i francuską” prof. Józefa Buzka, posła PSL Piast, wydany przez Wydawnictwo Biura Konstytucyjnego. Śmiem przypuścić, że autorzy projektu naszej konstytucji nie mieli nigdy w rękach tych 192 stron, a nawet nie wiedzieli o nich (jakiś bowiem ślad ich znajomości byłby się uchował, choćby w postaci polemiki). A ten projekt górował nad wszystkimi swą kompetencją.

Autorem był największy w dziejach Polski autorytet administracji i ustroju władz, dziś kompletnie zapomniany, choć ma swoje hasło w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej jako jeden z czterech jej Buzków; nie znany chyba i jednemu ze stryjecznych wnuków. Proponował państwo złożone z małych jednostek administracyjnych – około 70 „ziem”, zamieszkałych przez 200 do 500 tysięcy mieszkańców. Co zabawne, udało się „przepchać” to rozwiązanie za czasów…  Gierka jako szansę osłabienia „baronów” wojewódzkich, tj. sekretarzy KW, ale nawet nie wiedział Gierek, jak i partyjny profesor, który go przekonał do małych województw, że ta koncepcja ma za sobą aż tak wielki autorytet naukowy. Buzek widział w ustroju „ziemskim” najskuteczniejszy środek przeciwko wszechwładzy biurokracji centralnej tudzież bodziec rozwoju dla zacofanych części kraju; każda „ziemia” sama ustalałaby swoją „konstytucję”, oczywiście, w ramach upoważnień udzielonych w Konstytucji państwa. Wykluczał Buzek samodzielną politykę zagraniczną „ziem”; prawo też miało być jedno dla całego państwa.

Proponował Buzek amerykański ustrój władz naczelnych państwa. Głowę rządu, prezydenta (z wiceprezydentem) wybierałoby jak w USA w trybie pośrednim kolegium elektorów wybranych przez wyborców. Prezydent, wybrany przez naród – argumentował Buzek – jest w takiej samej mierze wyrazem woli narodu, jak sejm, nie powinien zatem podlegać sejmowi; ani też sejm prezydentowi. Sejm, z prawem kontroli wobec rządu prezydenta, będzie uchwalał budżet, ale skład rządu będzie zależał od głowy rządu, powołanej na określony czas, dzięki czemu rząd będzie instytucją trwałą, a skuteczną.

Buzek, jak czytaliśmy w tytule jego pracy, spożytkował ogromny materiał porównawczy, a sam dysponował z Austro–Węgier wszechstronną wiedzą w sprawach państwowych. Niestety, profesor uniwersytetu, teraz już warszawski, nie przebił się, choć poseł, przez interesy partyjne. W ankiecie Jaworskiego udziału już nie wziął – jak sądzę, nie tylko z powodu zajęć w GUSie, który mu powierzono. Raczej – zrażony ignorowaniem przez legislatywę głosu niewygodnych fachowców (skąd my to znamy?).

Dlaczego przegrali

Uczestnicy ankiety Jaworskiego wsparli punkt widzenia wielkiego administratywisty. Włodzimierz Przerwa Tetmajer, dla nas – „Gospodarz” z „Wesela”, malarz i poeta, dla historii Polski – współzałożyciel Polskiego Stronnictwa Ludowego, w latach 1911–18 poseł PSL do parlamentu wiedeńskiego, wiedeński dawny współpracownik Buzka (wiceprezesa Koła Polskiego w tymże parlamencie), słowem, polityk z pełnym doświadczeniem, opowiadał się za modelem amerykańskim. Odczytywał przesłanki decyzji sejmu jednoznacznie:

Izba posłów miała właściwie za zadanie stworzyć taką Konstytucję, która by nie dopuściła do utworzenia silnej władzy wykonawczej. (…) Konstytucja 17/III 1921 zadanie to spełniła, a spełniła je za pomocą przerzucenia wszystkich kompetencji władzy wykonawczej i ciała kontrolującego na

Izbę posłów. (…) Rząd sam nie jest rządem niezależnym. Ministrowie są tylko niewolnikami stronnictw (…) Słyszy się często i czyta w gazetach wołanie o silny rząd. Konstytucję jednak pomyślano w ten sposób, aby nigdy nie było możliwym utworzenie silnego rządu”.

Podobne stanowisko zajęli czołowi polscy uczeni–prawnicy: prof. Kazimierz Kumaniecki (ojciec), wybitny prawnik–administratywista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Stanisław Starzyński, znakomity, zapomniany dziś doszczętnie konstytucjonalista, kolega Buzka z Uniwersytetu Jana Kazimierza, i prof. Stanisław Kutrzeba, największy z naszych historyków państwa i prawa polskiego. Tak samo wypowiedziały się inne wielkości prawnicze, czy to sam Jaworski, czy prof. Antoni Peretiatkowicz, świetny znawca teorii państwa i prawa, konstytucjonalista przynajmniej pamiętany dzięki swym podręcznikom. Oto głos Jaworskiego:

Któż więc w Rzeczypospolitej polskiej będzie rządzić? Większość stronnictw reprezentowanych w Sejmie. Gdybyśmy mogli mieć nadzieję, że wybory wydadzą stałą i zwartą większość, rzecz przedstawiałaby się inaczej. Nie sądzę jednak, żeby znalazło się wielu, którzy by żywili tę iluzję.

Życie parlamentarne Polski należy raczej przewidywać jako łańcuch tworzącej się i rozpadającej przypadkowo większości. A większość ta będzie naprawdę wszechwładna. Rząd będzie tylko jej narzędziem, bo większość może każdej chwili wyrazić mu nieufność. Nie ma też widoków, aby Rząd mógł być obiektywnym, bo jego zupełna zależność od większości zmuszać go będzie do czynienia wszystkiego, co będzie mogło ową większość utrzymać w dobrym humorze”.

Tetmajer, akurat – ludowiec zdeklarowany, też nie miał żadnych wątpliwości:

Nie trzeba być ani znawcą prawa, ani człowiekiem zbyt przenikliwym, żeby wiedzieć, że gdyby o inną osobistość chodziło, ci sami posłowie, którzy dziś obdzierali Naczelnika Państwa z władzy, staliby w innym wypadku na zasadzie skrajnego absolutyzmu”.

Opinia Tetmajera wyjaśnia, jak dalece przypadkowy był wybór wzoru francuskiego, jak doraźnymi interesami i rozgrywkami partyjnymi podyktowany. Następstwa były oczywiste, opisywał je en passant Jaworski:

Stosunki rządowe w Rzeczypospolitej Polskiej charakteryzuje to, że obok kilkunastu ministerstw mamy przeszło dwadzieścia władz centralnych i że tak łatwo, jak się tworzy, usuwa się je także z widowni publicznej (…) Tworzy się urząd tylko dla danej potrzeby. Dopiero później okazują się komplikacje. Każdy z tych urzędów ma tendencje emancypacyjne. Rodzą się więc między urzędami i ministerstwami konflikty, które niejednokrotnie utrudniają obrót”.

Jaworski usprawiedliwiał tę sytuację fazą eksperymentu, jakim była cała młoda państwowość polska. Nie wskazywał zjawiska już wtedy oczywistego, że posady w owych urzędach zajmują znajomkowie polityków sejmowych, że więc Konstytucja Marcowa otworzyła nieograniczone pole niekontrolowanego rozkwitu – biurokracji i korupcji.

Dokładnie te same opinie odnieść można do ustroju, który zainstalowaliśmy w roku 1997

Prace zapomniane

Fachowcy nie dyskutowali dopiero post factum. Brali udział w pracach Komisję Sejmowo–Konstytucyjną Tymczasowej Rady Stanu Królestwa Polskiego już w roku 1917 (!). Owa zapomniana Tymczasowa Rada Stanu, powołana po targach z generał–gubernatorami niemieckim i austriackim, planowo przygotowywała utworzenie niepodległego państwa polskiego. Już na swym drugim posiedzeniu plenarnym, 17 stycznia 1917 r., a więc przed marcowym wybuchem Rewolucji Lutowej w Rosji, postanowiła uformować ową Komisję. Warto się jej przyjrzeć tym bardziej, że w dziele Janusza Pajewskiego „Odbudowa państwa polskiego 1914–1918” w ogóle wątku takich prac nie ma; historiografia nasza nie lubowała się w przygodach intelektualnych naszej przeszłości i myśl konstytucyjna pojawi się potem niemal deus ex machina.

Do tej Komisji weszło z końcem lutego m.in. dziesięciu profesorów uniwersyteckich z nazwiskami tak sławnymi, jak Kutrzeba, Jaworski, Balzer, Cybichowski i Józef Buzek, generalny referent komisji. Punktem wyjścia były projekty Buzka i Cybichowskiego. Co ciekawe, nawet przedłożony komisji projekt działacza PPS Frakcji Rewolucyjnej, Włodzimierza Kunowskiego, ps. Kornel, przewidywał jako ustrój niepodległej Polski – monarchię konstytucyjną. Proponował też ją po pięciu miesiącach prac projekt samej komisji. Komisja zastanawiała się nad „respubliką” (sic!). Jednak „nie chciała pod wpływem teorii, o której nie wiedziano, czy istotnie stała się własnością narodu, przerywać pracy i prowadzić zasadniczej dyskusji. Uważała, że wywiąże się z przyjętego na siebie zadania, jeżeli wypracuje projekt konstytucji, odpowiadający dewizie przyjętej przez nią od początku >>silny rząd, silny sejm<<”.

W otoczeniu państw monarchicznych, przy dziedzictwie monarchii konstytucyjnej z Konstytucji 3 Maja, wydawało się królestwo czymś naturalnym (król byłby obowiązany mieszkać w Polsce i nie mógł być jednocześnie królem innego państwa; na wszelki wypadek unię personalną wykluczono). Ale ważniejsza była ta przyjęta dewiza, w duchu Konstytucji 3 Maja – uwalniała ona władzę wykonawczą od wiekowych słabości. Oddzielała króla z jego rządem od władzy ustawodawczej, poddając jednak te organy wykonawcze kontroli ze strony sejmu. I to było prawdziwym polskim dziedzictwem, nie zaś system francuski, jak próbowano wmówić nam z okazji uchwalenia Konstytucji roku 1997.

Nieznane źródła

Nie odpowiedzieliśmy samym sobie na podstawowe pytanie – z czego wziął się ustrój Trzeciej Republiki we Francji, który zaakceptowaliśmy jako wzór po pierwszej wojnie światowej i który z oddali historii przyświecał wyborowi dokonanemu po roku 1989. Wiadomo zaś, że ten ustrój odegrał rolę decydującego wzoru politycznego w całej Europie, mówiącej i czytającej po francusku. Europa kontynentalna pozostawała francuska językowo i kulturowo przez cały wiek XIX, który w skali globu był ponad wszelką wątpliwość „wiekiem angielskim”. Wyspy Brytyjskie były jednak inną planetą, a jeśli w Europie kontynentalnej odkrywano wzory Anglii, to za pośrednictwem Paryża. Paryż nigdy zaś nie umiał, dla przykładu, ani zrozumieć, ani przyswoić sobie angielskiej tradycji samorządu, tak z gruntu obcej francuskiemu centralizmowi; dlatego i cała Europa tak spóźniła się historycznie z samorządem.

Państwo nie miało dla Francji aż tak wielkiego znaczenia, jak dla rodzącej się na nowo Polski niepodległej. We Francji dla części radykałów, którzy w latach siedemdziesiątych XIX wieku porzucili Gambettę „oportunistę” (wtedy wymyślono to pojęcie jako program polityczny robienia, co możliwe, „opportune”), państwo było w ogóle czymś obcym, odległym od obywatela. Cytowany przez Jana Baszkiewicza w jego znakomitej „Historii Francji” Emil Chartier, teoretyk radykalizmu, miał demokrację za skuteczny sposób na odbieranie władzy rządzącym i specjalistom. Dla ogółu – jak dziś w Polsce – państwo stanowiło rodzaj teatru, którego widowiskami się pasjonowano i przejmowano, czasem do szaleństwa (niektórych), ale nie do końca. Francja była czymś więcej niż państwo.

Historię narodzin wzorcowego ustroju przemilczano może dlatego, że nie była niczym budującym. Francja Trzeciej Republiki nie ustanowiła go bynajmniej w jakimś przebłysku francuskiego geniuszu. Nie obmyślił go żaden wielki Francuz. Ani Jan Jakub Rousseau, ani Monteskiusz, ani sam Napoleon. Napoleon tylko wzmocnił, ideologicznie i organizacyjnie, biurokrację jako szkielet montażowy państwowości (artykuł 75 jego Konstytucji, chroniący urzędników przed ściganiem sądowym za nadużycia władzy, przetrwał cały wiek XIX!). Nie było zatem żadnego projektu państwa, żadnej wielkiej wymiany wielkich myśli. I żadnej w tym wielkości Francji.

Zrodziły ten wzorcowy dla Europy ustrój zaciekłe przepychanki partyjne, doraźne kompromisy i niedoróbki legislacyjne. To on dał asumpt porzekadłu, że we Francji żywot najdłuższy ma to, co tymczasowe. Przetrwał rzeczywiście najdłużej – ze wszystkimi mankamentami i bzdurami paraliżującymi państwo, które zarejestrowała historia Polski przed zamachem majowym roku 1926. Francja notowała je przez lat 65. Kłopoty z ustrojem państwa nie frasowały ogółu Francuzów. Nie przeszkadzały wzrostowi dobrobytu, nie urzędy państwowe tryskały pieniędzmi, lecz winnice.

Thiers i inni

Wszystko to działo się w rozstroju psychicznym Francji po upokarzającej klęsce w wojnie z Prusami. W jej finale Bismarck koronował króla pruskiego cesarzem – w Wersalu! Potem rząd Francji musiał uporać się z krwawą Komuną Paryską. Chłopi nie chcieli już wojny. W wyborach 8 lutego 1871 nie poparli republikanów Gambetty; widząc w nich zwolenników wojny. Dali przewagę wręcz dawnym – monarchistom. Republikanie wygrali tylko w departamentach najechanych przez Prusy i w najwyżej rozwiniętych przemysłowo regionach południowo–wschodnich. Nowy parlament nazywali „wiochą” (rureaux).

Wiocha” uchwaliła pokój, złożyła z tronu, już formalnie, Napoleona III. Tzw. układ z Bordeaux 17 lutego władzę wykonawczą powierzył Thiersowi, który jako „szef władzy wykonawczej” miał sam dobrać sobie ministrów (nie było nawet mowy o „premierze”). Dopiero 31 sierpnia na wniosek Jeana Riveta Zgromadzenie nadało Thiersowi, dawnemu monarchiście, teraz – „okrutnemu karłowi”, pogromcy Komuny Paryskiej, tytuł „prezydenta republiki”. Sobie przyznało „prawa suwerenne”, upoważniające do „najwyższych decyzji” (nie określając, na jak długo; samo też tylko mogło siebie odwołać). I to Thiers naciskał na uchwalenie konstytucji, by ostatecznie uczynić Francję republiką (jeżeli o kimś można mówić jako ojcu republiki, to o nim). Zgromadzenie powołało więc „komisję trzydziestu”, a ta komisja pierwsza rzecz ograniczyła… władzę Thiersa.

Thiers przychodził na posiedzenia parlamentu i zabierał głos. Jego autorytet przekonywał chwiejnych. Komisja uznała to za „osobiste wtrącanie się” władzy wykonawczej w działalność  parlamentu – i parlament uchwalił, że prezydent może go tylko informować, zaś potem izba każdorazowo zamknie swe posiedzenie. Thiers protestował przeciw takiej „chińszczyźnie” (którą przyswoiła nam Konstytucja RP z 1997 r.!), ale musiał się poddać. Wobec nasilających się  konfliktów podał się w 1873 r. do dymisji. Władzę objęli – przeciwnicy republiki. Prezydentem wybrali marszałka MacMahona. Liczyli, że przygotuje powrót monarchii. Chcieli go wybrać jak w Chile na lat 10, ale stary wojak uznał, że tyle nie wydoli, i sam skierował do parlamentu wniosek, by skrócić kadencję do lat siedmiu – stąd po latach siedmioletnia kadencja w Konstytucji Marcowej… Notabene rząd przy MacMahonie w swych wystąpieniach unikał słowa „republika”!

Prawica nie umiała nawet wykorzystać przewagi. Dwa ugrupowania monarchistyczne nie mogły dogadać się z bonapartystami. Ci zorganizowali wręcz „komitet na rzecz odwołania się do ludu” (to lud w swoim czasie przegłosował pełnię władzy dla Napoleona III). Monarchistów pogrążył hrabia de Chambord, „Henryk V” wedle ich nomenklatury, nie godził się na trójbarwny sztandar Francji jako – „symbol rewolucji”. Gotów był objąć tron tylko z białym sztandarem, który „otrzymał jako świętą spuściznę po starym królu, swym przodku, zmarłym na wygnaniu”. Udowodnił tym samym, że się niczego nie nauczył. Odpadł. Lewa strona była równie podzielona i skłócona. I po paru latach różnych, przedziwnych komeraży Francja została ostatecznie 30 stycznia 1875 r. republiką – niemal  przypadkiem, przewagą jednego głosu! Dzięki temu, że szefowi władzy wykonawczej nadano poprawką Henri Wallona tytuł „prezydenta republiki”.

Nie było żadnej konstytucji

Utarło się mówić o „konstytucji roku 1875” (także w polskich dyskusjach konstytucyjnych). W rzeczywistości nie uchwalono żadnej konstytucji, która by przypominała dawne konstytucje francuskie z lat Wielkiej Rewolucji czy te z 1800 r. lub roku 1848. Uchwalono trzy ustawy konstytucyjne, dwie z końca lutego o organizacji senatu i organizacji władz publicznych, trzecią, 16 lipca, o stosunkach między władzami publicznymi, oraz dwie ustawy „organiczne”, 2 sierpnia o wyborach do senatu i 30 lipca o wyborach deputowanych (do izby niższej parlamentu). Tematy się powtarzały, porządek artykułów robił wrażenie zgoła przypadkowego (jak w naszej Konstytucji 1997 r.). Artykuły te nie zawierały niczego w rodzaju Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, nie mówiły nic o źródłach władzy w państwie, a już w ogóle nie regulowały problemów sądownictwa! Ba, nawet republikańską formę rządów definiowały jedynie pośrednio, poprzez… tytuł głowy państwa. Dla poprawnej zaś interpretacji tego bałaganu należało sięgać do ustaw z lat 1871 i 1873, określających władzę Thiersa. Potem w roku 1884 dokonano niewielkich zmian (znikli senatorowie dożywotni) i cały ten chory z gruntu system przetrwał do roku 1940. Tylko do pierwszej wojny światowej, czyli od 1875 do 1914 r., Francja miała 52 rządy! Potem, po pierwszej wojnie światowej, prawie drugie tyle.

Władzę sprawowali ministrowie z prezesem rady ministrów na czele, odpowiedzialni przed izbami parlamentu – też bez określenia, czy chodzi tu o odpowiedzialność sądową (czyli że ministrowie mogliby być sądzeni przez izby), czy tylko polityczną, a więc polegającą na zależności gabinetu od poparcia większości parlamentarnej. Już u początku pojawiły się  wszystkie znane nam dowolności. Nawet – „ministrowie prezydenccy”. MacMahon w roku 1876 w dwóch gabinetach powoływał ministrów wojny, marynarki i spraw zagranicznych, jako niezwiązanych z problemami polityki wewnętrznej. W 1877 r. próbował gabinetu „fachowców”, tyle że z własnej nominacji – na co izba, już bez sprzyjającej mu większości, zgodzić się nie chciała, powołując się na ustawy konstytucyjne. Koniec końców i on podał się do dymisji. A również wtedy duchowieństwo samo wywołało utrzymujący się potem przez lat dziesiątki francuski… antyklerykalizm, w kraju, tytułowanym „najstarszą córą Kościoła”; nie umiało powstrzymać się od polityki. Dopiero w kilkanaście lat później, dzięki mądrości Leona XIII, jęło się uczyć, że „Confiteor” nie zawiera wyznania wiary w króla i że Pan Bóg bez pomocy policyjnej lepiej radzi sobie z sumieniami wiernych.

W tych ustawach z roku 1875 nie odczytujemy jakichś sporów teoretycznych, jakiejś filozofii ustroju. Wiadomo było naturalnie z tradycji, że źródłem władzy w państwie jest naród – „Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela” już w 1789 r. ogłosiła, że „źródło wszelkiej władzy tkwi co do swej istoty w narodzie” (podobnie zresztą stanowiła nasza Konstytucja 3 Maja).

Kto stworzył „klasę polityczną”

Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie poprawiano – i chyba nie ze skromności. W sytuacji, kiedy jedyną umiejętnością polityczną niewykształconego ludu był wybór ludzi zdolnych do sprawowania władzy, Sieyes głosił, że zaufanie płynie od dołu, a władza od góry (co na dwa stulecia uczyni samorząd we Francji aktem łaskawości rządu, aktem „decentralizacji”, a nie podstawową jednostką władzy – co zapisała i nasza Konstytucja z 1997 r.). Ale nikt z reformatorów przez cały wiek XIX nie dostrzegł, że tak dźwiga się ponad państwo grono ludzi, których też nikt nie przygotowywał do praktycznego wykonywania władzy, czyli że ta zwierzchność narodu wcale nie musi oznaczać biegłości praktycznej w rządzeniu, zaś owi reprezentanci mogą uznać, że sama zwierzchność upoważnia ich do bezpośredniego wykonywania władzy.

To nie Francję samą cechowały skłonności do korupcji, do partyjnictwa i pyszałkowatości małych ludzi. Skłonności tego rodzaju wyzwalał – system. Tworzył to, co w wieku XX włoski myśliciel polityczny, Gaetano Mosca, nazwie classe politica, klasą polityczną. System, oparty na zawodowych wybrańcach narodu, kusił deputowanych ambicjami ministerialnymi, otwierając drogę do posad poprzez rządy oparte na większości parlamentarnej. Przy innym rozwiązaniu pomysł kariery urzędniczej nie wpadłby deputowanym do głów.

Kierować państwem z perspektywą podejmowania istotnych jego problemów podczas kilku miesięcy władzy oznaczało istną ekwilibrystykę polityczną. Francja owego czasu rodziła ludzi na miarę swego geniuszu; Charles Freycinet, inżynier z zawodu i mentalności, czterokrotny premier i trzynastokrotny minister, potrafił, mimo wszystko, obejmując na krótko władzę, tracąc ją przy kolejnym przesileniu i odzyskując w parę miesięcy później, zarobić wręcz na legendę skutecznego pozytywisty. Ale – pamiętajmy – wszystko, co zdziałał, zdziałał wbrew systemowi władzy, który powoływał go na urzędy.

Podobnie w Polsce lat dwudziestych Władysław Grabski, wyposażony w nadzwyczajne pełnomocnictwa, potrafił przeprowadzić w błyskawicznym tempie rewelacyjną reformę pieniądza. Zahamował galopującą inflację w biegu, ustanowił bank centralny i solidny pieniądz – by stracić rząd w kilka miesięcy później.

Pamięci historyków i myślicieli politycznych umyka wyśmiany przez Anatola France’a w „Wyspie pingwinów” generał George Boulanger, jego „Chatillon”. Niemniej naprawdę istotne jest, jakimi „bulanżyści” operowali oskarżeniami. Otóż wytykali ustrojowi Francji – korupcję i niemoc. A system sam produkował uzasadnienia dla ich programu. Chcieli „republiki dostępnej”, z jedną tylko izbą parlamentu (!) i władzą wykonawczą, niezależną od izby. Przegrali, korupcja kwitła nadal, afery na tym tle i skandale powtarzały się z cykliczną regularnością.

Zdrowy rozsądek francuski nie pozwalał jednak na wszystko. Parlament postanowił wprawdzie, że deputowanych nie wiążą zalecenia i żądania ich bezpośrednich wyborców, skoro parlament reprezentuje naród jako całość (co już samo stawiało go w rzeczywistości ponad narodem), ale nie udało się francuskiej „klasie politycznej”, zanim jeszcze ją tak nazwano, osiągnąć innego ideału – głosowania na listy partyjne, miast na pojedynczych kandydatów w jednomandatowych okręgach wyborczych. Głosowanie na całe listy oddałoby decyzje wyborcze praktycznie samym partiom – one decydowałyby o listach kandydatów i mogłyby dzięki nim wprowadzić do parlamentu ludzi, którzy nie potrafili zdobyć niczyjego poparcia (mamy dziś w naszym sejmie posłów, na których głosowało zaledwie kilkuset wyborców!). We Francji Trzeciej Republiki kilka razy próbowano przeforsować okręgi wielomandatowe i pewne formy proporcjonalnego rozdziału mandatów (jeszcze w latach dwudziestych XX wieku!). Jednakże scrutin uninominal utrzymał się, wyborca francuski nie zamierzał rezygnować z wpływu na swego wybrańca. Przywiązanie zaś do swych okręgów wyborczych żywili też  wyśmiewani czasem ci wybrańcy, comitards (od skojarzenia z comivoyageurs) – dyscyplina partyjna krępowała ich znacznie mniej niż w parlamentach innych krajów Europy kontynentalnej. W pojęciu Francuzów comitards stwarzali przeciwwagę dla les bureaux, dla biur, czyli biurokracji, która praktycznie rządzi, sprawuje władzę we Francji (tak chciał i Monteskiusz – „biura” rządzą, reprezentacja ludu je hamuje). Jak widać, życie samo toruje drogę zdrowemu rozsądkowi, jeśli już nie może utorować jej – ideałom.

Stefan Bratkowski

Studio Opinii

Ocena Czytelników
[Razem: 0 Średnio: 0]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

wp-puzzle.com logo