E. Skalski: Pełznący totalitaryzm

Manufaktura nocą. Foto: Jakub Zasina. Źródło: Wikimedia Commons

To fakt, że spotykały nas większe nieszczęścia niż zakaz handlu w niedzielę. Nie jest to też  największe zło jakie PIS wyrządził Polsce od  momentu objęcia władzy.

W pierwszą niedzielę z zakazem handlu trzęsienia ziemi nie było i możliwe, że już nie będzie. W skali tygodnia z wolną  niedzielą kupujących było o milion – około 13 procent – mniej w poprzednich tygodniach, ale znaczące skutki będą znane za kilka miesięcy. Skutki te mogą rozłożyć się w czasie, gospodarka jakoś to może zaabsorbować, społeczeństwo może przywyknąć. Czyli katastroficzna wizja opozycji – nie całej i nie tylko – okazałaby się przesadzona. Władza zapewne to wykorzysta przeciw opozycji, ale w wyborach parlamentarnych w roku 2019, może to już nie być problem palący, a w tegorocznych – samorządowych, będzie elementem zależnym od sytuacji lokalnej.

Tracisz jako człowiek i obywatel

Jest jednakże w tym posunięciu nowa jakość. Jako że ofensywa PIS posuwa się dwutorowo, jedno, główne jak dotąd, natarcie porusza się w obszarze kompetencji władzy publicznej. To zawłaszczanie instytucji publicznych; sądów, organów ścigania, mediów, przedsiębiorstw. Narzucanie swego ładu przestrzeni publicznej, w której ogranicza się nasze prawa obywatela. To oznacza stopniowe ograniczanie demokracji na rzecz również stopniowej budowy systemu autorytatywnego. Stopniowej, bo od reżimu Putina, Łukaszenki, Erdogana i nawet Orbana dzieli nas – jeszcze? – spory dystans.

W ślad za tym natarciem i obok niego, odbywa się bezpośrednia ingerencja w nasze zachowania, wraz z normowaniem życia prywatnego mieszkańców kraju. Większość – tylko sejmowa, bo już nie społeczeństwa –  uzurpuje sobie prawo decydowania co wszyscy mają robić i czego nie robić. A wymuszanie czynności i zaniechania w życiu osobistym to już jest naruszanie praw człowieka, degradowania obywatela do statusu poddanego, czyli element systemu totalitarnego.

Napisałem „mieszkańców” bo obywatele to wolni ludzie, którzy mają prawo wyboru w granicach stanowionego przez siebie prawa. Obywatelem więc można być jedynie w warunkach demokracji. W innych systemach jest się tylko poddanym. W teorii jest to dość  oczywiste, w praktyce granica między tymi stanami może być zamazana. Równolegle  bowiem występują poszczególne elementy i obywatelstwa i poddaństwa.

Obszar chroniony w demokracji i warunkujący ją, to m.in. nienaruszalne prawa mniejszości, co oznacza prawo dla WSZYSTKICH obywateli i ochrona wolności – OD i DO – w życiu osobistym KAŻDEGO człowieka. Ogranicza się ją teraz w Polsce przez posunięcia rozłożone w  czasie, różniące się co do charakteru i sposobu przeprowadzania, dotyczące bezpośrednio różnych  ludzi i różnych ich wolności i interesów. A zakaz handlu w niedzielę jest – na razie – w miarę delikatnym, ale spektakularnym, ograniczeniem, niechby drugorzędnych interesów, ale już wielomilionowej społeczności. Przy czym możność wyboru jest odbierana całości.

W obronie handlowych niedziel nie będzie masowych demonstracji. Ale oprócz zakazu zakupów w określone dni mieści się w tej polityce nieuprawniona ingerencja w najbardziej intymne strefy; seksu i rozrodczości. Wycofanie  programu in vitro, ograniczanie antykoncepcji, dalsze drastyczne ograniczenie prawa do aborcji i utrudnienie jej legalnego wykonania, zaporowa dla wielu cena pozwów rozwodowych. Zaś w sferze świadomości społecznej mamy do czynienia z narzucaniem jednolitego zestawu poglądów i postaw w kulturze i mediach, przy próbach ograniczania dostępu do informacji, przez naciski na dziennikarzy. I co najważniejsze indoktrynację w szkolnictwie powszechnym, w którym katecheci będą mogli być wychowawcami klas, a stopnie z religii liczyłyby się na maturze.

Ta mozaika, krok po kroku, zmierza – powtarzam, zmierza, bo liczę, że raczej nie dojdzie – do systemu wszechstronnego podporządkowania ludzi władzy  stricte politycznej i takiemu jej podmiotowi jakim jest Kościół instytucjonalny. Pan Bóg obdarzył człowieka wolną wolą, lecz Kościół go w tym nie naśladuje.

Powolne gotowanie żaby

Mówienie, że w Polsce narusza się prawa człowieka, może robić wrażenie zbyt wielkiego zadęcia w przyłożeniu do mało precyzyjnego zakazu handlu w niedziele. Ale w zestawie tych innych posunięć sytuacja robi się groźna, a groza, powtarzam, narasta płynnie. Tylko ustanowienie na terenie Polski ładu hitlerowskiego i sowieckiego, w roku 1939 odbywało się jawnie i gwałtownie. Ale już stanowienie systemu totalitarnego było rozłożone na lata 1944 – 1948.

Tutaj istotne zastrzeżenie, o którym zawsze trzeba pamiętać. Dwa powiedzenia; Talleyranda, że przesadzone – nieważne i Marksa, że w historii dramat powtarza się jako farsa. Jeśli więc cokolwiek z tego co dzieje się teraz w Polsce traktujemy jako równorzędne ze zdobyciem Pałacu Zimowego czy podpaleniem Reichstagu to przesadzamy i wypadamy z poważnej dyskusji. Analogie historyczne naprawdę przydatne są dlatego, że z oddalenia w czasie jesteśmy w stanie dostrzec działania pewnych uniwersalnych mechanizmów, które są trudno dostrzegalne w natłoku zjawisk, kiedy historia dopiero się dzieje.

Pamiętam z czasu stanu wojennego dyskusję  z udziałem Władysława Bieńkowskiego, ongiś jednego z liderów PPR, bliskiego współpracownika Gomułki, razem z nim represjonowanego za stalinizmu,  który wszelako później przejrzał  na oczy i został bardzo kompetentnym krytykiem systemu, z którego się był wypisał. Otóż mówił on, że gdy kończyła się wojna i ustanawiała się  nowa władza, wielu myślało, że to po prostu opcja polityczna, która się im nie podoba, a po jakimś czasie odnajdywali się w zakonie o bardzo rygorystycznej regule. Miała regulować nie tylko zachowanie człowieka, lecz kształtować też jego osobowość. Miał się poczuć się dobrze, na swoim miejscu, w ustanowionych nie przez siebie warunkach. Zgodnie ze zdaniem Engelsa, że wolność to zrozumienie konieczności, a w systemie totalitarnym władza decyduje co jest konieczne. Wielkiego Brata trzeba było nie tylko bać się i słuchać. Trzeba było go pokochać.

Nie masz zgody! „Niech to  święto nie dzieli” – to tytuł artykułu w „Rzeczpospolitej” dr. hab. Sławomira Sowińskiego z Instytutu Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. „Święto” to wolna od handlu niedziela. Dla wszystkich święto?

Autor przestrzega przed konfliktem zwolenników i przeciwników. Śródtytuły: Dwa scenariusze, Wesprzeć niedzielę, Wspólny ogród. Czyli jak jest ten zakaz, jak ONI NAM zakazują  to się z tym i ze sobą pogódźmy, polubmy tę sytuację. Orwell („Rok 1984”) się przypomina. Jeśli gdzieś pasuje określenie kompromis dupy z batem, to właśnie tu.

I dlatego opozycję należałoby krytykować za to, że w należytym stopniu nie dostrzegła tego, najważniejszego aspektu, poruszając inne, nie tak istotne. Lecz oczywiście ważne.

Impresje handlowe

Drobny handel rodzinny miał w te niedziele odżywać, kiedy nie funkcjonować miał handel wielkopowierzchniowy z jego kolosalnym wyborem i maksymalnie zniżonymi cenami.  Akurat. Potencjalny klient osiedlowego sklepiku zrobi zakupy w sobotę, na którą sieci handlowe szykują promocje, żeby zmniejszyć straty spowodowane przez zamknięcie w niedzielę.  Mają zapasy w magazynach i luz finansowy przy odroczonej płatności dostawcom. Nim gruby schudnie, chudy zdechnie. Na Węgrzech sklepiki z ograniczonym wyborem i cenami, z których nie mogą zejść, bo i tak funkcjonują na krawędzi opłacalności, padały w wyniku dobrodziejstwa, jakim miało być ograniczenie konkurencji. I przywrócono tam handlowe niedziele, ale nasi inicjatorzy nie pofatygowali się zobaczyć jak było z tym u bratanków.

Małe sklepiki i bez tego to jest ciężka harówka, marny zysk i stała niepewność. Powstawały masowo w początkach transformacji. Z czasem robi się ich coraz mniej, ale i tak jest ich jeszcze za dużo, a coraz częściej taki sklepik to Żabka, czy Express, z  atrybutami sieci.

Prywatny handel nie może odtwarzać przedwojennego modelu, kiedy nawet zamożne rodziny kupowały po dziesięć deko świeżej szynki na śniadanie. Ale wtedy zamożność niekoniecznie odznaczała się posiadaniem lodówki, natomiast przy bardzo średnim poziomie była służąca. Zaraz po wojnie starano się to wszystko utrzymać – nawet pamiętam – ale wkrótce była wygrana przez  władzę „bitwa o handel”, industrializacja, migracja do miast i to przeorało styl życia.

Pochwała galerii, symbiozy i zwieńczenia wielkich powierzchni i wielkich sieci. Nie ma tam, co w  naszym klimacie istotne, mrozów, upałów i opadów, a nawet smogu. Można zaparkować i wywieźć duże zakupy. Są wygodne i stale czyszczone toalety i w ogóle zawsze jest czysto, co wymusza kulturalne zachowanie. Wiadomo, że są kamery i ochrona – bezpiecznie. Można się szwendać, posiedzieć, zwiedzać sklepy, porównywać towary. Wszystko za friko. Są bary, restauracje, kafejki i nie są to najdroższe miejsca w mieście. W większych galeriach jak nie Multikino to Cinema City z dużym wyborem filmów i seansów.

Jan Sowa, lewicowy socjolog i kulturoznawca nie wybrzydza – SuperExpress, 14.03.2018 – na świątynie komercji, docenia w nich jakość przestrzeni publicznej w zestawieniu z tym co na zewnątrz  w miastach. Rozumie, że ludzie nie chcą być pozbawieni tej najtańszej rozrywki. Jednocześnie dostrzega brak solidarności w społeczeństwie – oczywiście przez „dziki kapitalizm” – bo w te niedziele ktoś musi na nasze zbytki pracować.

Pamiętam Jana Sowę za przypomnienie, że wspaniała historia  Rzeczpospolitej oparta była na nędzy i wyzysku ogromnej większości jej mieszkańców – chłopów. Ich nieliczni już potomkowie – rolnicy pracują bez wolnych sobót, podobnie jak wielu zatrudnionych w bezpośrednim zapleczu rolnictwa. Jedni i drudzy mają samochody, lodówki i zamrażalniki, więc po zakupy do centrów handlowych jeżdżą w niedziele. Ustalił to ich personel spisując numery samochodów na parkingach. I dogódź tu wszystkim!

Nie mogło przy tej okazji zabraknąć Rafała Wosia, któremu nie podoba się przewaga konsumeryzmu nad dobrostanem pracowników. Tak jakby człowiek nie stawał się konsumentem już wkrótce po poczęciu i nie pozostawał nim jeszcze trochę czasu po zgonie. A pracuje się krócej i głównie po to by konsumować.

Ponieważ lewica nie może się odwoływać do zalecenia: „… abyś dzień święty święcił”, sprawę pracowników wybija na pierwszy plan. Przy czym interesy pracowników handlu w związku z tymi niedzielami nie są jednoznaczne i nie mogą być rozpoznane wcześniej niż za wiele miesięcy. Jednym będzie lepiej, innym niekoniecznie. Wysuwanie ich dobra jako jednoznaczny i decydujący argument trąci na milę hipokryzją. A mnie przypomina autentyczną historyjkę sprzed lat, z głębokiego peerelu.

Może nie wszyscy wiedzą, że ówczesna władza, konkurując z Kościołem, też starała się regulować życie seksualne poddanych. Bardzo długo, w hotelu nie mogła zamieszkać razem para nie będąca małżeństwem. (To, że mogą być pary homo jakoś nikomu do głowy nie przychodziło).

W tych warunkach, młody adwokat, O. spędzał wieczór z przyjezdną panią, w restauracji Grand Hotelu w Warszawie. Gdy para chciała powstałe uczucie skonsumować w jej pokoju na górze, portier nie wpuścił pana O. Ten, będąc w stanie wskazującym, zrobił głośna awanturę, groził, wymyślał. Skończyło się wezwaniem milicji  i sprawą dyscyplinarną w Izbie.

Adwokat – obrońca długo perorował o kolizji martwych przepisów z naturalnymi prawami człowieka, po czym adwokat – rzecznik dyscyplinarny powiedział krótko: w takich okolicznościach mają zastosowanie dwie normy. Pierwsza zabrania osobom niezameldowanym w hotelu przebywać w jego pokojach po godzinie dwudziestej drugiej. Norma druga wymaga, by chcąc tam przebywać po tej godzinie, dać portierowi sto złotych. Mecenas O. naruszył obie i okoliczności łagodzących nie widzę.

Więc może wystarczyłoby by wprowadzenie do prawa pracy przepisu, na pewno popartego przez opozycję, mówiącego, że za wszelką pracę w dni ustawowo wolne od pracy, więc i w soboty, należy się dodatek w wysokości nie mniejszej niż dziesięć – piętnaście procent. A co ponadto to byłaby kwestia kalkulacji i pertraktacji.

Ernest Skalski

Studio Opinii

Ocena Czytelników
[Razem: 2 Średnio: 4.5]
Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

wp-puzzle.com logo