Piotr Rachtan: Ptaszyna

5
(3)

To była zima stulecia, moja pierwsza zima stulecia, rok 1962 na 63. Miałem blisko 14 lat i jechałem z Barbarą, starszą siostrą – była prawie dorosła, bo już w klasie maturalnej – na zimowe ferie do schroniska na Hali Krupowej w Beskidzie Wysokim. Nasi rodzice polecili nas opiece małżeństwa, kierującego schroniskiem.

Podróż nocnym pociągiem do Makowa Podhalańskiego, chyba autobusem PKS do Zawoji i w górę, na piechotę, w kopnym śniegu do schroniska.

A tam, prócz nas – studenci z Warszawy na obozie narciarskim! Wśród nich – kilku fizyków, co zelektryzowało siostrę, bo właśnie studia na fizyce wybrała. A między nimi skromny, mocno zbudowany, krępy Heniek Wujec, na którego mówili „Ptaszyna”.
W tej gromadzie Ptaszyna nie pchał się na pierwszy plan, w centrum studenckiego kręgu byli inni. Nie znaczy, że trzymał się na uboczu, po prostu nie miał takiej potrzeby.

Zaprzyjaźnił się z moją siostrą, którą starsi koledzy zabrali na narciarską wyprawę na Babią Górę. Inne wtedy były narty, inne wyposażenie, skromna odzież. Ich dwudniową wycieczkę poznałem z opowiadań – jednogłośnie uznali, że jestem zbyt niedoświadczony, by z nimi iść (wtedy byłem, to naturalne, rozżalony i wśiekły; dziś wiem, że byli bardzo odpowiedzialni). To były czasy niełatwe: na dwudniowej narciarskiej wyprawie, gdy mróz dochodził do minus 30 stopni, a śnieg sięgał do ramion, żywili się słoniną i czekoladą. Tak było.

W Warszawie Heniek przylgnął do naszej rodziny. Mieszkał w akademiku, ale musiał się wynieść – kończył studia i moja matka, z pomocą Stanisława Kościałkowskiego, przyjaciela rodziców, załatwiła Heńkowi użytkowanie za darmo służbówki w kamienicy na ul. Koszykowej, vis à vis Biblioteki Wojewódzkiej. Biedne to było mieszkanie, bez wygód, zimą ogrzewane jakimś archaicznym – opowiadała mi Barbara – gazowym piecykiem.

Przychodził często w Aleje, przylgnął do nas, zawsze we włochatym swetrze (nie miał zimowej kurtki), siadał blisko rozgrzanego pieca kaflowego i chłonął jego ciepło.

Heniek nie wstydził się swojego wiejskiego pochodzenia, wręcz przeciwnie, związek z rodziną miał dla niego pierwszorzędne znaczenie. Na mojej siostrze, którą zabrał do Podlesia na wykopki – bo pomagał swoim, gdy tylko mógł – największe wrażenie zrobił jego serdeczny stosunek do matki, która nie podśmiewała się, jak jego rodzeństwo, z miejskiej panienki, wkładającej po jednym kartoflu do koszyka. Ubogi dom rodzinny, w którym bieda aż piszczała – nie było w nim wtedy (połowa lat 60.) ani wody bieżącej, ani elektryczności – był dla przyjaciół Heńka otwarty i przyjazny.

Henryk Wujec był właśnie taki – otwarty i przyjazny, uważny, pomocny. I lojalny. Tych przymiotów nie stracił, gdy został osobą publiczną, posłem, wiceministrem, doradcą prezydenta, autorytetem, o którego opinię ubiegali się najwybitniejsi publicyści.

Pozostał człowiekiem tak delikatnym, jak ptaszek. Ptaszyna.

Piotr Rachtan

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 3

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
andrzej

Henryk Wujec nie głosowałby zapewne za podniesieniem diet poselskich. Ano cóż wielcy, nawet ci najwięksi mają to do siebie, że umierają.