Andrzej Kostarczyk: Dlaczego Jarosław Kaczyński nie został chadekiem*

5
(4)

Mimo zwycięstwa w Polsce, Prawo i Sprawiedliwość należy w Parlamencie Europejskim do zajmującej szóste miejsce frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR). Jej znaczenie bardzo zmalało i będzie nadal maleć po opuszczeniu Parlamentu przez brytyjskich konserwatystów. To z nimi głównie liczyli się najpoważniejsi gracze europejscy i od nich zależała polityczna waga ugrupowania.

Teraz PiS dzieli ławy parlamentarne z eurosceptycznymi, bądź wręcz antyeuropejskimi eurodeputowanymi małych partii z Włoch, Holandii, Belgii czy Czech. Wszystkich ich łączy niechęć do procesów integracyjnych w Unii i przywiązanie do suwerenności państw narodowych. Posługują się ulubionym sloganem „Europy ojczyzn”.

Kaczyński, szydząc z Platformy Obywatelskiej, zarzucał jej, że mało ambitnie płynie z głównym nurtem polityki europejskiej. Uważał, że jest w stanie skuteczniej bronic interesów Polski na forum unijnym z pozycji bardziej podmiotowych. I rzeczywiście, „upodmiotowiony” PiS razem z całą frakcją EKR, znalazł się poza głównym nurtem na marginesie polityki europejskiej. Outsiderzy Strasburga i Brukseli boleśnie dzisiaj doświadczają, jak głęboko się mylili, choć wydaje się to nie psuć im dobrego samopoczucia.

Krytyczny brak umiejętności poruszania się w świecie instytucji unijnych PiS-u kontrastuje z politycznymi umiejętnościami Viktora Orbana. Premier Węgier, podobnie jak Jarosław Kaczyński, nie przepada za Unią, ale w odróżnieniu od Kaczyńskiego zna ją i rozumie. Choć lista jego grzechów wobec unijnej ortodoksji jest znacznie dłuższa niż jego polskiego przyjaciela, Orban rękami i nogami broni się, aby nie wypaść z głównego nurtu. Wiele lat musiało opłynąć, zanim został ukarany zawieszeniem w Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Orban wciąż wystawia cierpliwość swoich chadeckich kolegów na ciężka próbę, ale zdaje sobie sprawę, że bycie w największej frakcji ma wielką wartość. Być może zostanie z niej w końcu usunięty, ale nie ma ochoty dobrowolnie zamienić jej na towarzystwo Konserwatystów i Reformatorów, chociaż mentalnie są mu najbliżsi. Rozumie, że dla niego byłaby to degradacja.

Kaczyński, przynajmniej dwa razy, miał szansę, aby wprowadzić swoją partię do międzynarodówki chrześcijańskich demokratów, ale od początku lat 90-tych czuł do nich awersję. Było kilka ku temu powodów. Wystąpiły one już w okresie, kiedy kształtował się jego ideowy światopogląd. W Porozumieniu Centrum pełniłem wtedy funkcję sekretarza do spraw kontaktów zagranicznych. Miałem więc możliwość uczestniczenia, a po rozstaniu z PC, obserwacji tego procesu. W 2010 roku uporządkowałem i zredagowałem notatki z tych lat. Mam nadzieję, że zainteresują one czytelników Monitora Konstytucyjnego.

Na początku drogi

Choć Porozumienie Centrum wkrótce po swoim zaistnieniu zaczęło się pozycjonować jako partia chrześcijańsko-demokratyczna, wizytówka chadecka była w większej mierze wyrazem doraźnej potrzeby politycznej, niż wynikiem gruntowych przemyśleń i dyskusji ideowych. Ściśle mówiąc, za tą formułą opowiadała się znaczna część działaczy PC, którzy wnieśli do partii swoje, sięgające jeszcze czasów opozycyjnych, przekonania ideowe i współkształtowali znaczną część programu ugrupowania. W kształtującej się formacji koegzystowały ze sobą różne nurty – obok chadeków – liberałowie, ludowcy i konserwatyści. Łączyła je wspólna platforma programowa politycznego centrum, do czego nawiązywała wprost nazwa partii.

W sytuacji ostrej walki, która toczyła się na scenie politycznej, wewnętrzne różnice ideowe schodziły na drugi plan i nikomu w PC nie zależało, aby je nagłaśniać. Bardzo duże znaczenie dla PC miało otwarcie kontaktów z prawicowo-centrowymi partiami zachodniej Europy, w szczególności z tymi o orientacji chadeckiej. Nie było to przedsięwzięcie łatwe, gdyż mający w tych kręgach duże wpływy przedstawiciele Unii Demokratycznej próbowali marginalizować znaczenie PC, przedstawiając ją jako partię radykalną, ksenofobiczną i antyreformatorską. Była to dla PC opinia zabójcza, gdyż spychała ugrupowanie na margines europejskiego życia politycznego. Stopniowo jednak PC, dzięki swojemu chadeckiemu nurtowi, wychodziła z izolacji i uzyskała pod koniec roku dziewięćdziesiątego promesę akredytacji w chadeckiej międzynarodówce.

Szczególnie istotne było, jak zagranicą zostanie przyjęty przewodniczący PC Jarosław Kaczyński, który w tym okresie nie był na Zachodzie postacią znaną, a jego image w środowiskach politycznych budowali na ogół ludzie mu nieprzychylni. Trzeba przy tym powiedzieć, że Kaczyński – choć uważał, że dobrze rozumie politykę światową – sam nie miał w tej dziedzinie bezpośrednich, osobistych doświadczeń i na niektóre procesy zachodzące w tym czasie w Europie Zachodniej, a zwłaszcza proces integracji Wspólnot Europejskich patrzył z, łagodnie mówiąc, mieszanymi uczuciami. Choć zdawał sobie sprawę z nowej, historycznej sytuacji, w jakiej znalazła się zarówno Polska jak i Niemcy w 1989 roku, do polityki niemieckiej Bonn podchodził z nieufnością przypominającą Władysława Gomułkę. Byłby zapewne głęboko urażony tym porównaniem, ale tak właśnie skomentowano w kancelarii kanclerza Kohla jego wizytę późnym latem 1991 roku.

Nieudana wizyta

Sam Jarosław Kaczyński określił ją jako nieudaną, Kohl zaś już nigdy potem nie przejawiał chęci do odnowienia z nim znajomości. Istotnie, mając na uwadze główny cel wizyty – miało nim być przede wszystkim przedstawienie Kohlowi Porozumienia Centrum, jako wiarygodnego partnera europejskiej chadecji – tematy, jakie poruszył w rozmowie Jarosław Kaczyński musiały budzić zdziwienie. W zasadzie sprowadzały się do dwóch kwestii – uzyskania od Kohla deklaracji w sprawie uznania naszej zachodniej granicy oraz niepokojów związanych z perspektywą odzyskiwania przez Niemców majątków na Ziemiach Zachodnich, co Kaczyński przedstawił jako problem wymagający ze strony Kanclerza stanowczej reakcji. Podawał przykłady fotografowania przez przyjeżdżających do Polski obywateli RFN domów, które niegdyś zamieszkiwali.

Czy Kaczyński nie miał świadomości, że forsując taki scenariusz rozmowy wyważa otwarte drzwi i beznadziejnie obniża, w oczach gospodarza, swoją rangę poważnego polityka? Nawet jeśli któryś z mieszkańców Gorzowa Wlkp. mógł poczuć się zaniepokojony odwiedzinami niemiłego gościa zza Odry, to z pewnością nie był to problem, który Kaczyński powinien uczynić głównym punktem swojej rozmowy. Dziś, po dwudziestu latach od tamtego spotkania, każdy Polak wie, jak bezzasadne były ówczesne obawy. Dobry polityk, za jakiego chciał uchodzić Kaczyński, powinien wiedzieć o tym już wtedy.

Jeszcze gorzej było ze sprawą granic. Opisywana rozmowa odbyła się we wrześniu 1991 roku, a więc prawie rok po podpisaniu Traktatu o potwierdzeniu istniejącej granicy polsko-niemieckiej (listopad 1990), oraz w trzy miesiące po podpisaniu, w czerwcu 1991, Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Nikt na świecie i w Europie, poczynając od samych Niemiec, nie kwestionował granicy polsko-niemieckiej. O co więc chodziło Kaczyńskiemu? Odezwało się w nim chyba echo starych, pochodzących jeszcze z PRL-u obaw. Było ono zrozumiałe – tak myślało wielu Polaków jeszcze na przełomie lat 1989/1990. Kaczyński – i nie tylko on – miał za złe Kohlowi, że ten nie podpisał układu granicznego z Polską natychmiast i widział w tym przejaw jego złych zamiarów. Nie rozumiał, że Kohl miał związane ręce orzeczeniem Federalnego Trybunału Konstytucyjnego z 1975 roku, który utrzymywał swojego rodzaju fikcję prawną istnienia Rzeszy w granicach z 1937 roku. Chodziło w istocie o to, aby umożliwić Bonn utrzymywanie sprawy zjednoczenia Niemiec w agendzie polityki europejskiej. Polaków ta konstrukcja prawna mogła niepokoić, co umiejętnie wykorzystywała propaganda PRL.

Jednakże po upadku muru berlińskiego sytuacja uległa diametralnej zmianie. Kohl był gotów podpisać układ z Polską, ale chciał to zrobić zgodnie z niemieckim porządkiem konstytucyjnym, jako przywódca już zjednoczonych Niemiec. Proces prowadzący do zjednoczenia Niemiec zabrał kilka miesięcy i nie był dla niego łatwą drogą. Na połączenie RFN i NRD nie patrzyli zbyt przychylnie sojusznicy, zwłaszcza François Mitterrand i Margaret Thatcher. Kohl nie czuł się zbyt komfortowo, odbierając to jako swoisty sygnał braku zaufania dla swojej europejskiej wiarygodności. Swoją grę prowadzili również Rosjanie. Zabiegający – z naszego punktu widzenie słusznie – o swoje interesy Polacy, również nie ułatwiali mu zadania. Ostatecznie, do końca 1990 roku rozwiązano wszystkie problemy prawne i polityczne, sprawa granicy na Odrze i Nysie została definitywnie rozstrzygnięta. Wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Jak się jednak okazało wszyscy, z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego. Zachował się w gabinecie Kohla jak przedwcześnie wybudzony ze snu zimowego bąk, któremu wydaje się, że nadal lata na łące z ubiegłego sezonu. A przecież jako polityk musiał się orientować, że najważniejszym wtedy dla Polski problemem przestała być już załatwiona granica, lecz wejście do NATO i EWG, które właśnie stawało się Unią Europejską. Uzyskanie poparcia kanclerza Niemiec dla naszych starań miało wielkie znaczenie. I właśnie o tym powinien z Kohlem rozmawiać.

Anachroniczna wizja świata

Może zresztą lepiej się stało, że ten temat w ogóle się w rozmowie nie pojawił, bo wizja Europy Kaczyńskiego mogłaby Kohla przyprawić o palpitację serca. Minister w kancelarii prezydenta Wałęsy uważał bowiem, że integrowanie się Europy nie leży w interesie Polski, gdyż odbiera suwerenność państwom narodowym, a w dodatku rozbija je na niezależne regiony. Głównego architekta tej makiawelistycznej koncepcji upatrywał w Kohlu, którego podejrzewał o chęć narzucenia zglajchszaltowanej Europie niemieckich rządów. Kaczyński widział Europę taką jaka była w 1957 roku na etapie Traktatów Rzymskich, tymczasem nadchodził rok 1992, z przełomowym dla historii Europy traktatem z Maastricht. Kaczyński nie podjął intelektualnego wysiłku, aby przyswoić sobie logikę nadchodzących zmian i nie potrafił odczytać znaków czasu. Przypominał katolika, który nie przyjmuje do wiadomości Soboru Watykańskiego II i domaga się powrotu do soboru Watykańskiego I z XIX wieku.

Kaczyński swoich poglądów nie ukrywał i były one przedmiotem sporu w wewnątrzpartyjnej dyskusji dotyczącej polityki zagranicznej PC. Spór objął szybko inne płaszczyzny odnoszące się do ustroju państwa – Kaczyński optował za jak najdalej idącą centralizacją i ograniczeniem lokalnej samorządności, a wreszcie do modelu samej partii. Kaczyński od samego początku starał się narzucić partii model wodzowski, na wzór dzisiejszego PiS-u, co prowadziło do patologii i nie miało nic wspólnego z deklarowaną chadeckością.

Nie rozumiał też, bądź nie chciał zrozumieć, jak funkcjonują partie chadeckie. Świadczy o tym świetnie, ten fragment jego wspomnień, kiedy wyraża zdziwienie, że Kohl odwołuje się do wspólnych dla obu rozmówców, uniwersalnych wartości katolicyzmu. Opatruje to następującą uwagą,

[…]. Była to deklaracja dziwna, jeśli znało się kontekst, a w szczególności to, że utrzymujący bliskie stosunki z Niemcami i odgrywający pewną rolę w PC, Andrzej Kostarczyk, mówił mi, że niemieckim chadekom nie należy mówić o naszych dobrych stosunkach z biskupami, bo tego bardzo się obawiają.

Rzeczywiście, próbując Kaczyńskiemu przybliżyć filozofię polityczną chrześcijańskiej demokracji, uczulałem go, aby w rozmowach z chadekami unikał wrażenia, że buduje partię o charakterze wyznaniowym. Akcentowanie ścisłych związków z Episkopatem – zrozumiałe w Polsce – na Zachodzie zostałoby odebrane jako nawrót do przedwojennej tradycji politycznego katolicyzmu i instrumentalizowanie roli Kościoła. Taki stereotyp postrzegania polskiego katolicyzmu był na Zachodzie dosyć powszechny. Nawiasem mówiąc, dziś należałoby sobie zadać pytanie, czy był to tylko archaiczny stereotyp. W każdym razie, dla zsekularyzowanych zachodnich partii chadeckich, tworzenie pod szyldem chadeckim partii wyznaniowej było nie do przyjęcia. I o to mi chodziło, kiedy usiłowałem przekazać Kaczyńskiemu wiedzę potrzebną mu do kontaktów z zachodnimi politykami. Widocznie byłem złym doradcą, skoro z wielogodzinnych rozmów zrozumiał tylko tyle, że nie należy się Kohlowi chwalić dobrymi stosunkami z polskimi biskupami.

Od Kohla do Martensa

Skutki tej półgodzinnej rozmowy w urzędzie kanclerskim były dla Kaczyńskiego fatalne. Helmut Kohl utwierdził się w przekonaniu, że opinie o nim, które do Bonn docierały z drugiej ręki, nie są pozbawione podstaw. Lider PC miał na Zachodzie coraz gorszą prasę. Ale nawet osobista niechęć kanclerza RFN do Kaczyńskiego nie zamknęła definitywnie przed PC drzwi chadeckich. Choć po wyjściu z ugrupowania dużej grupy działaczy, którzy następnie wraz z Janem Olszewskim utworzyli Ruch dla Rzeczpospolitej, Kaczyński przestał posługiwać się frazeologią chadecką, różni przedstawiciele Europejskiej Partii Ludowej (chadecy w Parlamencie Europejskim) próbowali utrzymać z nim kontakt. Chodziło im o to, aby po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, eurodeputowani PiS-u zasilili w Parlamencie Europejskim frakcję EPL. Ich nadzieje ostatecznie rozwiał sam Kaczyński.

W marcu 2004 roku do Warszawy przyjechał przewodniczący grupy parlamentarnej EPL, siedmiokrotny premier Belgii, Wilfried Martens. Ten belgijski polityk położył duże zasługi w uczynieniu z EPL największej frakcji Parlamentu Europejskiego. Zręczny i wytrwały negocjator podejmował trudne misje doprowadzenia nowych partii do międzynarodowej chadeckiej rodziny. Otwieranie przed nimi drzwi nie przebiegało gładko i często wymagało od aplikujących przejścia przez proces demokratycznej transformacji. Tak działo się w przypadku ugrupowań z krajów wychodzących z reżimów autorytarnych. Najbardziej spektakularny sukces Martens odniósł w Hiszpanii. Partido Popular, obciążona postfrankistowską spuścizną, musiała przejść sporą drogę zanim, pod kierownictwem José Maríi Aznara, była zdolna przyjąć chadeckie credo. Martens stał się na tej drodze dobrym przewodnikiem. Niełatwe zadanie czekało Belga również w Chorwacji. W chorwackiej HDZ, aż do wstąpienia kraju do Unii, pulsował bardzo mocno nurt nacjonalistów i eurosceptyków. Sprawy zaczęły iść w dobrym kierunku dopiero po śmierci założyciela HDZ Franio Tudjmana, który przysparzał przewodniczącemu EPL wielu kłopotów.

Głównym celem wizyty Martensa w Warszawie było uzyskanie od Jarosława Kaczyńskiego ostatecznej odpowiedzi co do przystąpienia PiS-u do EPL. Martens miał prawo o to pytać, gdyż Prawo i Sprawiedliwość, wkrótce po powstaniu, zgłosiło swój akces do Europejskiej Partii Ludowej. Rozmowa przebiegała w klimacie przypominającym spotkanie Kaczyńskiego z Kohlem, choć Martens, w odróżnieniu od kanclerza Niemiec, słynął z koncyliacyjnych talentów. Kaczyński sucho i bez minimum kurtuazji stwierdził, że PiS do frakcji EPL wstąpić nie zamierza, gdyż nie wyobraża sobie przynależności do tej samej europejskiej rodziny partyjnej co niemiecka CDU, która toleruje w swoich szeregach kogoś takiego jak Erika Steinbach (przewodnicząca niemieckiego Związku Wypędzonych). Drugim powodem podanym przez Kaczyńskiego była zasadnicza – jak stwierdził – rozbieżność między EPL i PiS-em w dziedzinie polityki europejskiej. Ponownie potwierdził swój daleko idący sceptycyzm wobec integrowania struktur i polityk unijnych. Uznał tę tendencję za szkodliwą i sprzeczną z interesami Polski. Szczególnie krytycznie odniósł się do kończących się prac konwentu nad tzw. „konstytucją europejską”, później nazwaną potocznie Traktatem Lizbońskim. Jak widać nie zmienił swoich poglądów od czasów słynnej rozmowy z Kohlem. Dobry przykład na to, jak nie zawsze konsekwencja jest dla polityka cnotą.

Martens, po spotkaniu z Kaczyńskim, miał powiedzieć w gronie swoich współpracowników: „Mój Boże, mam nadzieję, że nie będziemy z nim mieli nigdy do czynienia jako premierem Polski”. Można wyobrazić sobie jego nastrój, gdy rok później PiS doszedł do władzy! Niestety nie był w tym odczuciu w środowisku polityków unijnych odosobniony. Stosunek do Jarosława Kaczyńskiego i jego partii najlepiej oddaje żart, jaki krążył w chadeckich kręgach – „Gdyby w Colloseum zamiast chrześcijan męczono chrześcijańskich demokratów z PiS-u, lwy musiałyby mieć się na baczności”.

Ostatecznie europosłowie Prawa i Sprawiedliwości weszli do Parlamentu Europejskiego, tworząc z brytyjskimi konserwatystami małą frakcję pozbawioną wpływu na główne decyzje, które tam zapadały. Nie dodało to skuteczności polskiej polityce unijnej, w okresie, gdy PiS objął rządy w Warszawie.

Postscriptum

Pisałem swoje notatki w 2010 roku. Pięć lat później PiS ponownie doszedł do władzy. Dla polityki unijnej Polski oznaczało to katastrofę. Trudno byłoby w historii III Rzeczpospolitej znaleźć porównywalny przykład na to, jak dalece fobie, ignorancja i idiosynkrazje jednego człowieka uformowały negatywny obraz kraju i sposób, w jaki jest on postrzegany za granicą. Osobliwości temu przykremu zjawisku dodaje fakt, że człowiek ten – Jarosław Kaczyński – dzierży pełnię władzy, poza, a nieraz ponad, obowiązującym porządkiem konstytucyjnym, a więc za swoje działania nie ponosi prawnej odpowiedzialności. Jest to ewenement w skali współczesnej Europy, a być może i świata. Polityka zagraniczna Polski, pod faktycznym kierownictwem Jarosława Kaczyńskiego, jest funkcją walki politycznej, jaką obóz zjednoczonej prawicy prowadzi w kraju i jest jej w pełni podporządkowana. To, co uchodzi PiS-owi w kraju – gwałcenie państwa prawa, ksenofobia i populizm – na arenie międzynarodowej budzi zażenowanie i ostrą krytykę. Lider PiS-u widzi w tych reakcjach potwierdzenie słuszności wybranej drogi. Jest, jak dowodzi tego lektura moich notatek, nieustępliwy i niereformowalny. Polska pod jego rządami oddala się od centrum demokratycznego świata i utrwala swój półperyferyjny status. Płacimy za to wysoką cenę. Niestety, tak długo jak Kaczyński będzie decydował o polityce polskiej, cena ta będzie rosła.

Andrzej Kostarczyk

* Skróconą wersję artykułu Andrzeja Kostarczyka opublikowała „Gazeta Wyborcza”

Print Friendly, PDF & Email

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating 5 / 5. Vote count: 4

No votes so far! Be the first to rate this post.

0 0 vote
Article Rating

Możesz komentować z użyciem konta WordPress.com, Twittera, Facebooka, lub Google+.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments